poniedziałek, 14 lutego 2022

Karolina pisze pierwszą (i ostatnią) walentynkę


„Drogi Palancie,

Minęły lata odkąd odnalazłam ten mały domek, ale że go odnalazłam, zajęło mi lata zrozumienie. Jednak kiedy go odnalazłam i później po latach, kiedy dopiero się w tym odnalezieniu utwierdziłam, przekonałam się, że nosiłam go cały czas w sercu. Wiele lat wcześniej, zanim moje myśli zaczęły krążyć wokół wszelkiego rodzaju zapomnianych mitów, filozoficznych dysput z samą sobą, a z czasem twierdzeń tak ostatecznych, że doprowadzały mnie nieraz do różnorakich uniesień oraz depresji (zresztą naprzemiennie), pewien człowiek, przyjaciel z dawnych lat, którego darzyłam wtedy jeszcze estymą, a z czasem litością, w wyniku nękających jego rodzinę, a także ostatecznie i jego samego, okropnych chorób dziedzicznych, powiedział mi, że człowiek przez życie nie staje się sobą, a zwyczajnie przypomina sobie zaledwie kim jest w istocie i był od samego początku. Może tak właśnie jest. I teraz, kiedy jest późno w nocy i o tym myślę, stwierdzam, że być może niektórzy z nas rodzą się z amnezją, która z czasem ustępuje. Ale zdecydowana większość z nas rodzi się z amnezją, która nie ustępuje nigdy, a na koniec zapadają jeszcze na demencję starczą i ich zapomnienie siebie samych jest wtedy już dwukrotne. Mnie to jednak nie grozi. Przypomniałam sobie siebie do trzech pokoleń wstecz. 


Siedzę w małym domku swojej dawno zmarłej babki, a zmarłej tak dawno, że wspomnienie jej pogrzebu jest drugim w kolejności z pierwszych wspomnień mojego życia. W pierwszym z nich babka przykuta do łóżka, rozrzuca mnie i przynależnemu mi pokoleniu kuzynów, małych berbeci, traktujących jej chorą osobę jako stałą atrakcję domu dziada, tabletki na kołdrę. Pod kołdrą chowało się jej umęczone ciało. Tabletki te zjadaliśmy i najprawdopodobniej były to witaminy, a nie ciężkie leki na jej substancję, umysł i duszę, rozpadające się pod naporem świata. Zresztą nie wiedziałam, że świat na nas napiera, aż do momentu, kiedy wyskoczyłam pierwszy raz z samolotu ze spadochronem. Przekonałam się wtedy, że powietrze jest tak gęste, jakby ziemia nie chciała mnie przyjąć z powrotem na swoje łono, bezwstydnie uderzając w me ciało tak mocno, że ostatecznie ustałam w spadaniu na poziome kilometra. Złożyłam wtedy spadochron i po godzinie odpadłam w końcu na pas lotniska. Kiedy dotknęłam stopami traw porastających pas startowy, uniosłam w górę głowę i zdałem sobie sprawę z tego, że napierają na mnie niepoliczone kilotony powietrza, i że nam, ludziom, udaje się tu tylko przeżyć dlatego, że jesteśmy podobni do węgorzy, choć tego nie widać - tak obśliźli od grzechu pierworodnego, że mordercze powietrze prześlizguje się bezpieczenie po naszej skórze. Ktoś mógłby się zapytać - jak więc żyją tutaj razem z nami winne niczemu zwierzęta i rośliny, a już patrząc dalej i wstecz, jak przeżyli ci pierwsi nieszczęśni ludzie, którzy grzechu żadnego jeszcze nie popełnili i skóra ich podobna była do papieru ściernego? Otóż wiem to, i śpieszę to wyjaśnić, choć powoli. Sęk w tym, że jeszcze sobie tego nie przypomniałam i przypisuję to ostatkom mojej amnezji dziecięcej lub też alzhaimerowi noworodków, tak jak poprawnie napisane jest w encyklopedii. W tym wydaniu, które posiadam jedynie ja.


Po trudach Drugiej Wojny, które jeszcze bardziej wyeksponowały jej dziedziczną chorobę psychiczną, babka, kiedy stawała się nie do zniesienia dla męża i jej dzieci, a więc dla mojej matki i licznego wujostwa, wyjeżdżała do swojego małego domku nad jeziorem. Tak opowiadał mi mój ojciec, który wiedział o tym od swej żony. Matka sama z siebie nigdy by mi nie opowiedziała tej historii rodzinnej. Niewiele mi mówiła, chyba, że w przypływie gniewu. Wracając do  babki… Wyjeżdżała na przykład wtedy, kiedy w furii pocięła moją matkę nożem po głowie, albo w innym przypływie szału przewróciła świąteczną choinkę, a prezenty powrzucała do rozgrzanej kozy. Traciła nad sobą panowanie, jednak nie do tego stopnia, by nie wiedzieć, że musi się oddalić od swojej rodziny, tak, by pozwolić im funkcjonować. Dziad zostawał więc sam w domu z dzieciakami, które musiał nakarmić i wychować. Babka natomiast kontemplowała swoją samotność dobrych kilkadziesiąt kilometrów od nich, w jej małym domku, gdzie nikt jej nie niepokoił. Trwała tam miesiącami. Zdarzało się tak, że dziad jechał po nią w końcu, w całej swej wyrozumiałości mimo wszystko tęskniąc za nią, a czasami wracała sama. Kiedy czuła się na to gotowa. Nigdy nikogo jednak nie przeprosiła, nie umiała.


Domek nad wodą, który należał do mojej babki, dawno już nie istnieje w tym świecie. Noszę go jednak w sercu. Oprócz niej, jest też tu moja prababka i matka. Siedzimy tak we cztery, ja żywa, one dawno umarłe. Czuję w sobie ich grzechy, tylko w przeciwieństwie do nich, nie przyjeżdżam tutaj na chwilę. Na ten miesiąc, dwa, żeby się uspokoić. Mieszkam tu na stałe, tak, aby nikogo w przypływie gniewu nie skrzywdzić. Teraz i w przyszłości. Nie ma też dzieci, którym mogłabym przekazać moje dziedzictwo.


Dlaczego Ci więc to wszystko opowiadam, Drogi Palancie? Śniłeś mi się siódmego sierpnia, pamiętasz? Wtedy widziałam Cię pierwszy i ostatni raz. Powiedziałeś mi, że chcesz ode mnie wszystkiego. I tak minęło mi lato, jesień, a teraz zima ma się już ku końcowi. I ja czekam na Ciebie. Bo pomyślałam, że weźmiesz także moją chorobę. Bo jak wszystko, to też i to. I ze wszystkich ludzi świata, pomożesz mi spalić ten dom, który noszę. Tak, by doszczętnie strawił go ogień i nikt już nie musiał się od nikogo oddalać.


Jednak może Ty nie istniejesz? A może drogi do mnie tak dalekie i zawiłe? Uwikłane w nasze osobne czasy i przestrzeń, zawsze nieodpowiednie i niedopasowane.


Twoja Karolina”


***


W swoim mieszkaniu Karolina skończyła pisać list. Starannie włożyła go do koperty, a tą podarła i wyrzuciła do kosza. Obiecała sobie odrzucić mrzonki o miłości, które dręczyły ją od pamiętnego, letniego snu. Spojrzała przez okno na czarne, nocne niebo, ostatecznie uzmysławiając sobie, że nikt taki jak Czarny Pan nie istnieje. Na niebie nie było nigdy żadnej czarnej karocy, a ona uznała, że jednak jest pospolitą idiotką, uwięzioną w świecie własnej fantazji. Samotną jak pies, choć z wyboru.

sobota, 28 sierpnia 2021

Garnitur.

Przeczytałem kiedyś, że to nie szata zdobi człowiek, ale że tylko człowiek ubrany dobrze, czuje się naprawdę godnie. Z czym zgadzam się i nie zgadzam. Zależnie od sytuacji.

Wyprasowałem wczoraj swoją nową i białą koszulę. Kupiłem ją w ostatnim czasie w lokalnym sklepie mody męskiej. Sklep ten był otwarty jedynie na telefon i kiedy w końcu podjechał właściciel, aby zdjąć ze mnie miarę i coś odpowiedniego dobrać, ukazał mi się w dresie. Przeprosił mnie za swój ubiór, tłumacząc się pracami w ogrodzie i nawet dał mi za taką nieelegancką obsługę zniżkę, bo było mu trochę wstyd tak paradować wśród tego przepychu ubrań i tkanin. Nasza rozmowa zeszła ostatecznie na to, że pozwolił mi przymierzyć koszulę, ponieważ widział, że jestem zdecydowany na zakup oraz przede wszystkim czysty. Zdradził mi, że mężczyznom zdarza się przychodzić do jego sklepu nie do końca świeżymi.

"Pan, jak mówi, odświeżył się przed przymiarką. A tu był jakiś czas temu facet, przymierza koszule i garnitury, w końcu wychodzi z niczym. Potem okazuje się, że białe mankiety są całkiem żółte od potu. I co ja z tym zrobię? Wyrzucić muszę, a przecież koszule to nie bułki!"

Nie bułki, pomyślałem, ale przecież "gdzie kruszynę chleba, podnoszą z ziemi przez uszanowanie dla darów nieba". Wypastowałem także wczoraj buty, spinkami spiąłem mankiety. Założyłem spodnie i marynarkę od garnituru. Postanowiłem bowiem jechać do centrum handlowego po garnek. O garnku tym myślałem od dłuższego czasu. Stało się tak, że przez ostatnie lata namiętnie paliłem grube świece. A paliłem z różnych powodów. Wśród niektórych ludzi ugruntowało się przekonanie, że moje świece intencyjne działają cuda. Kiedyś zadzwonił do mnie ktoś przegnieciony życiem i prosił: "Pal dla mnie twą cudowną świecę, ratuj!". Świecy jednak nie zapaliłem tego wieczora, bo zapomniałem. Rano następnego dnia otrzymałem jednak telefon zwrotny: "Bardzo ci dziękuję, wszystkie moje problemy cudownie się rozwiązały!". Ze wstydu nie wyprowadzałem tej osoby z błędu, bo oto odkryła się przede mną siła placebo duszy, której nie chciałem tej osobie ujawniać, wychodząc z przekonania, że wtedy mógłbym wszelkie cuda ponownie obrócić w porażkę. Nie palę jednak świec dla swoich intencji. Ja mam już wszystko. Choć i na to moje twierdzenie znalazłem mędrca, który odpowiedział mi, że wszak i on także ma wszystko, ale wszystko w d*pie. A taka anegdota jest warta zapamiętania, więc ją przytaczam. Czasami moja świeca rozświetla tylko mrok nocy. Zapalam ją zanim położę się spać i gaszę dopiero kiedy się budzę. Widać ją z ulicy, przez okno, i wyobrażam sobie, że może w jakimś przechodniu rozpalić wyobraźnię, może wzbudzić za czymś tęsknotę. Bóg raczy to wiedzieć. Nikt z nas nie wie do końca jaki ma wpływ na otaczający go świat, a jeśli myśli, że wie, to z pewnością tkwi w błędzie pychy. Przez lata uzbierało mi się sporo wosku z tych wszelakich świecy i w różnym kolorze. Nie wyrzucałem go, tylko odkładałem na bok. A teraz, kiedy naprawdę widziałem, że nie mieści się w dużej misce dla niego przeznaczonej, postanowiłem jechać po najtańszy garnek, który miałby mi służyć jedynie do przetapiania wosku i wyrobu świec z pozostałości starych. Zastanawiałem się także nad naturą nowych świecy i tych wyrobionych przeze mnie, z odzysku. Czy przetopione świece, będą jak stare kościoły, z których murów biją zaklęte w nich przez wieki litanie, prośby i dziękczynienia? Grzechy wiernych ujawniane szeptem w konfesjonale, do rozpalonego ucha księdza, żyjącego tymi opowieściami, jak swoimi własnymi historiami, które mogłyby mu się wydarzyć w innym życiu? I czy moje przetopione świece będą ponownie ujawniały wszelkie historie ludzi w nich zawarte? A czy te nowe knoty w parafinie, które kupuję w sklepie, są jak kościoły, które dopiero co postawili na miejskich osiedlach, gdzie pasują jak pięść do oka, wśród cieni bloków i nowoczesności, która zjada okultyzm na śniadanie? Pachnie w nich gipsem, a słów kapłana nie można zrozumieć, bo w tych czasach nikt nie dba już o dawną sztukę akustyki pomieszczeń. Treść kazania, choć wzmocniona mikrofonem i głośnikiem, odbija się od ścian i słowa układają w chaotycznym szyku zdania, którego nikt nie jest wstanie zrozumieć, ponieważ wyrazy zmieniły swą kolejność. Podobno było tak kiedyś, że pobożny Żyd zapomniał swojego modlitewnika, a był w drodze i na pustkowiu. Wieczorem przepraszał Boga za swoją głupotę i kiepską pamięć, która nie pozwoliła zapamiętać mu żadnej modlitwy. Wypowiedział więc po prostu cały alfabet i poprosił Boga, by ten sam ułożył litery w słowa głoszące jego chwałę. I choć do tej pory Żydzi twierdzą, że była to najlepsza modlitwa ze wszystkich, to mi tu chodzi o zgoła odwrotny efekt. Zresztą konia z rzędem, dla tego kto przyswoi sobie te moje myśli kostropate. Nie obstaję przy tym, że dusza istnieje i w przeciwieństwie do tych, którzy pójdą się posiekać za swoje poglądy, albo jeszcze lepiej, pójdą posiekać za te poglądy innych, mnie w tym tłumie nie znajdziecie. Jest jednak tak, że mój przyjaciel, znamienity psycholog, który wszystkie moje fantazje sprowadza do niegroźnych konstruktów mojej własnej religii, przyznał w końcu, że dusza jednak musi być, choć pewnie jest zaledwie wyrazem umysłu i inteligencji.

Ubrałem się więc wczoraj odświętnie, na zwykłe wyjście do supermarketu, i nawet nie dlatego, że gdybym był Żydem, to piątkowe zachodzące słońce znaczyłoby dla mnie rozpoczęcie Szabasu. Choć ponoć mój pradziad miał na imię Jakob, więc może coś jeszcze z tego pochodzenia płynie w moich żyłach. Choć zbyt mało, by ktokolwiek pofatygował się kiedykolwiek i zaprosił mnie do Izraela. Tak, bym odnalazł swoje korzenie i jedyną słuszną wiarę. A także uznał Yeshuę za fałszywego, podstępnego proroka, który zdziałał jedynie wyprawy krzyżowe i holocaust. Ubrałem się w garnitur, ponieważ nie pozwoliłem i nie pozwolę sobie na kapitulację przed życiem. Sto lat samotności nie jest w stanie zmusić mnie do poddaństwa i rezygnacji. Wyszedłem celebrować życie bez powodu. Elegancki i umyty. Kupić emaliowany garnek. Bo mi się nadal chce. I choć zamierzałem, swoim starym zwyczajem, obserwować ludzi, wtapiając się w tłum, to było to niemożliwe. Wśród tej smutnej, wymęczonej i ubranej w szarości masie, budziłem zainteresowanie, każące skupiać na mnie wszelkie spojrzenie. Dzieci i dorosłych, mężczyzn i kobiet. I pomyślałem, że to dobrze. Na miłość boską! Ubierzcie się w garnitury, suknie, kreacje i do diabła, tańczcie! Wszak jutro nic już z nas nie będzie.

sobota, 7 sierpnia 2021

Karolina niesie nadzieję.

Otworzyła oczy. Blask księżyca wlewał się przez okna do środka pokoju wynajętego w domu letniskowym pośrodku małej karkonoskiej wsi. Zasypiała na wznak i zwykle budziła się w tej właśnie pozycji. Kładła się na łóżku w jego dalszej od drzwi sypialni części. Jakakolwiek byłaby to sypialnia i jakkolwiek łóżko byłoby usytuowane względem wejścia. Kiedy zastanawiała się czemu tak robi, odpowiadała sobie, że gdyby nocnym traktem szedł jakiś zmęczony i zziębnięty duch, mógłby wtedy łatwiej położyć się przy niej. Nie musiałby okrążać łóżka lub nad nią przeskakiwać. Mógłby się po prostu wśliznąć od razu w ciepłą pierzynę, ogrzać duszę od jej ciała, a w zamian opowiedzieć do ucha historię w postaci snu. Snu o miłości lub o czymkolwiek ciekawym. O czymś o czym mogłaby myśleć o czasie, kiedy tak jak dzisiaj budziła się jeszcze przed zachodem księżyca, a wschodem słońca. W porze, kiedy nie nastał jeszcze dzień, ale nie trwała także już noc. W czasie, kiedy zagubione dusze wiodły swą odwieczną wędrówkę. Karolina uważała, że nie było w tym żadnej zagadki. Noc przynależała do świata śmierci, a dzień do żywych. Zagubione dusze trwały jednak gdzieś po środku. Zbyt przywiązane do życia, aby całkowicie oddać się Tanatosowi i odejść go Hadesu, i ze zbyt ewidentnym brakiem ciała, by móc za dnia poruszać się wśród żywych i zakończyć swoje sprawy. Wielkie i małe prace swego życia, przerwane w pół słowa śmiercią. Karolina zastanawiała się, czy opiekuje się nimi Hermes, patron podróżnych, czy też byli oni całkowicie pozostawieni w swojej wiecznej niedoli i bez mapy nie zdołają dojść do celu swej podróży, aż do końca świata. Co do jej snów, były one zwykle powtarzalne. Po śmierci matki, ta w marze nocnej wciąż wstawała z martwych z grobu i krytykowała wszystkie jej poczynania począwszy od jej przedwczesnego zgonu. Zarzucała jej wtedy, że źle wykorzystała otrzymany spadek, mieszkanie i czas. Karolina budziła się wtedy zlana zimnym potem i cały dzień spędzała w poczuciu winy, wiedząc, że woli świat, w którym matka cudownie z grobu nie wstawała i była martwa jak tylko się dało. Pewnej jesiennej nocy po kolejnym matczynym koszmarze, wstała o trzeciej nad ranem, ubrała się i poszła na cmentarz. Wykrzyczała wtedy matce w nagrobek, że albo będzie śnić się od tej pory jako przyjaciel, albo niech nie przychodzi wcale. I koszmary cudownie minęły, a w snach matka była już zawsze wiernym przewodnikiem po krainach zmarłych i śniących. Milczącym, lecz oddanym. I jakkolwiek dziwnie by to brzmiało, w końcu udało im się obu zaprzyjaźnić. Choć po czasie i po życiu. Długo śnił się Karolinie także jej kot. W snach zwierzę wpadało w różne tarapaty, a Karolina musiała go zawsze ratować przed śmiercią. Opowiedziała kiedyś o tym śnie przyjaciółce, a ta po chwili zastanowienia skwitowała, że sen wskazywał na to, że Karolina broniła za wszelką cenę swojej samotności. Ta nie odpowiedziała znajomej nic, ale w głębi ducha podejrzewała, że tak właśnie mogło być. Kot był jej jedynym prawdziwym życiowym kompanem. Umarł jednak rok wcześniej i choć bardzo by chciała, bo tęskniła za nim czasami, to już się jej więcej nie przyśnił. Teraz od kilku miesięcy śnił się jej dzik. Najpierw był wobec niej bardzo agresywny i musiała wspinać się na drzewo, szukając ratunku. Jednak z każdym kolejnym snem jego temperament łagodniał, i ona sama bała się go coraz mniej. Tej nocy znów do niej przyszedł. Miał jednak tym razem białą sierść i zachowywał się jak najwierniejszy z psów. Nie odstępował jej na krok, a ona gładziła jego wielką, białą głowę. Teraz, po przebudzeniu, wiedziała, że dzik już się jej więcej nie przyśni. Cokolwiek przepracowywała jej podświadomość, zostało zakończone sukcesem. Enigmatycznym zwycięstwem nad jej nieujarzmionymi zmysłami, karzącymi jej spać po drugiej stronie łóżka od drzwi. Wiedziała bowiem, że tak naprawdę nie czekała na ducha, tylko na mężczyznę. I to ona chciała ogrzać sobie od niego własne samotne ciało. Postanowiła tego ranka, że od tej pory będzie spała na środku łóżka i znajdzie w swoim kobiecym umyśle tę męską cząstkę, której jej brakowało, aby dojść do ostatecznego wniosku, że urodziła się w całości. Z książki o Buddyzmie, którą niedawno kupiła, a która leżała teraz niedaleko łóżka, spoglądał na nią Siddhartha i zdawał się mówić: „Nie ma dwóch połówek jabłka. Nie ma nawet samego jabłka. Nie przywiązuj się do starego sposobu myślenia, a poczujesz się o niebo lepiej”. Jednak pomysł o porzuceniu przywiązania do potrzeby wielkiej miłości, napawał ją strachem. Wzięła jednak kilka głębokich oddechów, wciąż leżąc w łóżku i pomyślała, że akceptacja samotnego życia zawsze boli najbardziej tych, którzy mają wielkie serca. A serce Karoliny było bardzo pojemne. Nigdy nie przestała kochać mężczyzn, którzy towarzyszyli jej na różnych etapach życia. Po czasie wspominała ich z uśmiechem i kłaniała im się w duchu, dziękując za wszystkie lekcje. Te radosne, i te bolesne. Bez nich wszystkich byłaby emocjonalnym żebrakiem. Rozstania nigdy nie były przyjemne. Śmierć podobno różni się tym od rozstania, że ta nie pozostawia nadziei. Jednak z czasem i nadzieja umierała, ponieważ czas umiał doskonale leczyć większość ran, choć przecież nie wszystkie. Zresztą, to ona zawsze uciekała z relacji. Kiedyś była małym pokiereszowanym dzieckiem, teraz po wszystkim co ją spotkało, dorosłą kobietą, która z rozmysłem stawiała każdy swój kolejny krok. Krok w kierunku ludzi, lub krok wstecz, aby się uchronić przed ich nienasyceniem. Patrząc na drugiego człowieka potrafiła z matematyczną precyzją przewidzieć, jak bardzo może pozwolić mu się zbliżyć, tak aby go nie ranić, i przy okazji także siebie. Nie chodziła z nikim przypadkowym do łóżka, a tak naprawdę od dłuższego czasu już z nikim. Albo też wyznaczała jasne granice dla tych, którzy nie mieli wobec niej romantycznych planów. Ale przecież mieli lub mogli mieć inne plany. Chcieli ją mieć za przyjaciółkę, koleżankę, powierniczkę. Za stawianie granic ludzie jej zbytnio nie lubili, choć bardzo chcieli ją lubić, ponieważ umiała ich słuchać lepiej niż ktokolwiek inny. Ale także nie można było powiedzieć, że budziła w nich antypatię. Była jak duch, który błąka się pomiędzy zachodem księżyca, a wschodem słońca. Tyle, że wśród ludzi. Nigdy zbyt blisko nich, ale też nie całkiem daleko. Zbyt częste kontakty z innymi drenowały ją z energii. Jednak nie wszyscy byli wstanie jej to wybaczyć, a tym samym w pełni ją zaakceptować, czy zrozumieć.

O czwartej rano wstała z łóżka. Zdjęła piżamę i stanęła naga w łazience przed lustrem. Założyła okulary i spojrzała na swoje chude ciało i małe piersi. Była wdzięczna za to, że jej członki są w pełni sprawne i może do woli spacerować po górach, co właśnie miała w planach na ten letni dzień. Przez chwilę poczuła się wolna, mając świadomość, że to ona decydowała o tym jak spędzi wolny czas. Te myśli jednak szybko rozpierzchły i dały pole innym. Tym, które podpowiadały, że jeśli tylko złamałaby mały palec od stopy, to na tym kończyłaby się jej swoboda ruchowa. Wolność ograniczona ciałem. I nie mogłaby iść wtedy na żaden z górskich szlaków. Przez małą, niesprawną błahostkę w jej ciele. A nawet gdyby mogła porzucić ciało i być czymkolwiek czym by sobie wymarzyła - zwierzęciem, chmurą lub nawet planetą, to i to byłoby ograniczone jej umysłem, wyobraźnią i zdobytym wcześniej doświadczeniem oraz wiedzą. Pomyślała, że mylił się ten, kto uważał, że jest prawdziwie wolny, bo zapomniał o podstawowym więzieniu własnego ciała i umysłu. Póki co jednak Karolina nie cierpiała na czterokończynowe porażenie mózgowe i mogła iść przed siebie w góry. I to było wystarczająco dobre. Wręcz najlepsze. Ponieważ zdrowe ciało i umysł dawały większe możliwości. O czym nie była jednak już po chwili w pełni przekonana, mając w pamięci tych, którzy rozwinęli wspaniale swój potencjał z poważnymi defektami i niepełnosprawnością. Z podobnymi przeciwnościami ona nie musiała się mierzyć. Przez ułamek sekundy pomyślała, że mogłaby dawać z siebie więcej. Jako osoba w pełni zdrowa. Ale po chwili z okładki książki upomniał ją znów Siddhartha. „Pragnienie, któremu towarzyszy namiętność i zachwyt, to nie droga, która będzie cię dziś prowadzić przez górskie szlaki i lasy. Wrzuć na luz i odrzuć swój wewnętrzny bełkot. Od razu będzie ci lepiej.” Karolina przystała na taki pomysł, ubrała się odpowiednio jak na góry, spakowała do plecaka termos z herbatą i kanapki, by następnie cichutko wymknąć się z jeszcze zaspanego ośrodka letniskowego.

O wschodzie słońca na szlaku nie było nikogo, mimo, że w tym roku wszędzie w kraju było więcej ludzi niż w latach poprzednich. Więcej o tych, którzy przeważnie o tym czasie zalegali na zamorskich plażach w kurortach, gdzie obsługiwali ich ubodzy obywatele egzotycznych krajów, do których wybierają się właśnie ci turyści, którzy są spragnieni hoteli z bogactwem all inclusive, bezruchu i pijaństwa. To przez pandemię. Pandemia… Karolina zbyt dużo już o niej nie myślała. Nigdy nie zachorowała, choć miała kontakt z wieloma zakażonymi i po czasie przestała się nią zadręczać. Była natomiast wdzięczna za ten poranek w lesie, kiedy nie było w pobliżu żadnych ludzi. Ludzi pierwszego świata, ludzi drugiego, ani nawet trzeciego świata i czwartego. Zaledwie ona. Jedyny obywatel świata tysiąc pięćset sto dziewięćsetnego. Czasami te wszystkie światy i ich mieszkańcy przerażali ją tak bardzo, że wydawało jej się, że traci dech. Starała się więc nie myśleć o ludziach i zaczęła wypatrywać dzwonków karkonoskich i skalnicy śnieżnej. Tych reliktów flory, które jeszcze tutaj gdzieniegdzie występowały. Szukając ich wzrokiem, napotykała kamienie, głazy, strumyki je przecinające i drzewa świerczyny sudeckiej. Te wszystkie rodziły się z Ziemi i Ziemia była przez nie umiłowana. Karolina pomyślała, choć bardzo starała się przez dłuższą chwilę nie myśleć o ludziach, że człowiek rodził się z człowieka, ale nie miłował go. Ani Ziemi, po której przecież stąpał i nawet choćby bardzo chciał, aby było inaczej, był na nią skazany. Choć przecież to Ziemia była bardziej skazana na człowieka. W swoim sporym plecaku turystycznym, oprócz kanapek i termosu z herbatą, miała sporo miejsca na śmieci zebrane po drodze. Podnosząc butelkę piwa spod jarzębiny, które także rosły w Karkonoskim Parku Narodowym, pomyślała jak bardzo była naiwna ze wszystkimi swoimi poglądami na rzeczywistość, w której przyszło jej żyć, przy jednoczesnej ogromnej niemocy wpływu na świat. Była jednak wdzięczna za to, że w jej kraju nie było wojny, że żaden reżim nie wsadził jej do więzienia, ani że grupy rebeliantów nie ostrzelały jej wioski, zmuszając do emigracji. Że nie brakowało jej wody i jedzenia. Zastanawiała się czy może dać sobie prawo do bycia szczęśliwej w świecie, w którym w każdej chwili i nieprzerwanie ktoś kogoś zabijał i gwałcił w taki lub inny sposób. Fizycznie lub mentalnie. Uznała jednak, że jeśli wszyscy ludzie będą w sercu nosić tylko zgryzotę, to ten świat przepadnie. Zostawiła więc wszystkie złe myśli. Zapomniała na chwilę nawet o tym, że pszczoły umierały na potęgę od pestycydów, monokultury i pasożytów. Tak postanowiła. Serce wypełniła nadzieją, choć może głupią i infantylną. Poszła wyżej w góry, niosąc w sercu już tylko miłość i spokój.

Około godziny trzynastej osiągnęła cel swojej podróży. Szczyt góry odpłacił jej za cały wysiłek widokiem pięknym i dalekim. Spoglądała w dół, na krainę rozciągającą się hen poza wzrok i ginącą za krzywizną Ziemi. Góry, skały i lasy gdzieniegdzie zamieniały się w dalsze lub bliższe miasta i miasteczka. Z tak wielkiej odległości wydawały się spokojne i wolne od zgryzot ich mieszkańców. Od ich codziennej pracy, która zdawała się nie mieć sensu, początku, ani końca. Od kłótni małżeńskich i problemów wychowawczych. Od zachodzenia w głowę, czy starczy pieniędzy od pierwszego do pierwszego. Od myśli na temat tego, czy on wróci trzeźwy, czy też znowu nie. Od rozważań o tym, co pomyślą sąsiedzi z klatki obok, po kolejnej awanturze, którą przecież słychać przez ścianę, co do słowa. Z tej odległości miasta milczały, jawiąc się jako wyludnione i pozbawione trosk. Zdawało się, że ludzie przebywają nie w nich, ale tu gdzie stała Karolina. Na szczycie góry. Z jej podnóża dowoził ich w ilościach hurtowych wyciąg krzesełkowy. Oni zaś oglądali majestatyczną panoramę ze szczytu, tak jak Karolina, a gdy się już znudzili po kilku minutach, szli na piwo do schroniska. Ona także stanęła w kolejce do baru. Nie po to, by coś zamówić, bo wszystko miała ze sobą, ale dlatego, by spytać czy może zostawić tu śmieci zebrane ze szlaku. A kiedy po dziesięciu minutach, dzięki uprzejmości obsługi, się z tym problemem uporała, siadła na chwilę przy wolnym stoliku wewnątrz budynku. Nalała sobie herbaty z termosu i wyciągnęła swój notatnik do zapisków z podróży. Przyglądała się ludziom, szkicując na papierze zarówno samo wnętrze schroniska, jak i ich samych. Przysłuchiwała się rozmowom znudzonych sobą par, jak i tych, których miłość dopiero co zakwitała. W umyśle rysowała parabolę stosunków pomiędzy kochankami. Od nasiona, aż po zwiędły kwiat. Była wdzięczna, że nie jest w żadnym stadium związku. Ani w rozkwicie, ani w okresie nieuniknionego przemijania. Trwała w czymś rozleglejszym i przede wszystkim sama. W czymś, co rozpoczęła z niemowlęcym krzykiem, przy asyście żywej wtedy jeszcze matki, a być może zakończy w samotności, kiedy na chwilę wyprosi wszyskich swoich bliskich ze szpitalnej sali. Tak aby mogła odejść w pełnym skupieniu, nie martwiąc się o uczucia smutku rodziny, a jedynie o własne doświadczenie śmierci. Kiedy będzie stara i przyjdzie na to czas. Przy szkicu ludzi i baru, zapisała w swoim notatniku krótki wiersz José de Sousa Saramago, który znała na pamięć i uznała za stosowny do przemyśleń.

Glina do gliny,
Proch do prochu,
Nic się nie zaczyna,
Co się nie ma skończyć.
Wszystko co się zaczyna,
Z tego co się skończyło, się rodzi.

Spakowała swoje rzeczy do plecaka i wyszła ze schroniska. Wracała innym szlakiem, niż doszła na szczyt. Ten był bardziej uczęszczany, a w połowie drogi prowadził przez kurort wypoczynkowy. Kiedy się w nim znalazła późniejszym popołudniem, jej uszu doszedł gwar morza ludzi. Płacz dzieci, które wymuszały na rodzicach zakup futrzastej pamiątki ze sklepów z souvenirami, nadmiernie głośny i rozochocony bełkot pijanych mężczyzn czekających w restauracji na swoje schabowe bo góralsku, muzyka, która dochodziła z każdego lokalu, a także z głośników telefonów tych, którzy mimo wszystko chcieli dzielić się nią z innymi, potęgując jedynie hałas. Karolina patrzyła na ten cały tłum z uśmiechem. Pomyślała, że dopóki znajdzie na świecie jedno miejsce dla ciszy, zawsze będzie w jakiś sposób wdzięczna za taką ludzką kakofonię i zgiełk. Jeśli będzie wiedziała, że ta cała wrzawa jest efemeryczna i skończy się jak tylko postawi nogę w lesie. A przez las, oświetlony najpierw światłem zachodzącego słońca, a potem już tylko zanurzony w potęgującym się mroku, wpierw wieczora, a później nocy, wiodła jej droga. Okazjonalnie używała latarki, wyszukując oznaczenia szlaku na drzewach. Znała te drogi na pamięć, chodziła nimi odkąd była zdolną do ciężkiego marszu dziewczynką. W myślach podziękowała swojej zawsze wymagającej mamie za wytrwałość.

Do domu letniskowego dotarła późną nocą. W małej stołówce, zgodnie z ustaleniami, właściciele zostawili jej pod przykryciem obiado-kolację. Wygłodniała zjadła ją zanim jeszcze zdjęła z siebie przepocone ubranie i wzięła prysznic. Później, kiedy leżała już w łóżku, nie mając siły na lekturę słów Siddharthy, uśmiechnęła się szczęśliwa i zasnęła.

***

Znalazła się w karocy, wyściełanej czarną skórą i atłasem. Musiała być w ruchu, bowiem wszystko się trzęsło. Przez małe okienko wlewało się światło księżyca, a gdzieś z zewnątrz dobiegała muzyka skrzypiec, tak niepokojąca i smutna, że ścisnęło ją serce. Otworzyła drzwi i podmuch wiatru, od niebywałego pędu, rozwiał jej jasne włosy. Spostrzegła się, że karoca porusza się dobre kilkadziesiąt metrów nad ziemią. W dole migały, szybko przesuwając się i po chwili znikając, pojedyncze światełka domostw, przeplatane następnie ciemnością lasów i pól. W oddali ujrzała górskie szczyty, a także ten który tego dnia zdobyła. Jej uszu doszło prychanie koni i kiedy obróciła się w tę stronę, ujrzała czworo czarnych ogierów, przebierającymi nogami w powietrzu i jakąś magiczną siłą ciągnących zaprzęg. Lecąc nad światem niby koszmarna wersja sań Świętego Mikołaja i jego reniferów. Ostrożnie wyszła przez drzwi i kurczowo trzymając się dachu karocy, przeszła do woźnicy. Usiadła na ławie obok mężczyzny w czarnym fraku i białej koszuli. Był szczupły, miał czarne kręcone włosy. Trudno było jej odgadnąć jego wiek. Był jednocześnie bardzo stary i młody. Ten, zamiast trzymać jakiekolwiek lejce, grał na skrzypkach swą upiorną muzykę. Kiedy zobaczył Karolinę, odłożył smyczek i spojrzał na nią przeszywająco ciemnymi oczyma.

  • Kim jesteś? - spytała.
Mężczyzna odwrócił od niej wzrok i spojrzał ponad swój zaprzęg, na horyzont ginący gdzieś w mroku.
  • W nocy jestem Czarnym Panem. Przelatuję swym zaprzęgiem nad śpiącymi, dbając o to, by świat nie rozleciał się w drobny mak, kiedy ich oczy nie mogą go już doglądać i nie ma już nic, co mogłoby trzymać materię w szyku - odpowiedział, powoli dobierając słowa, jakby zdawał sobie sprawę, że ich treść może być dla Karoliny niezrozumiała.
  • Czy to znaczy, że o innych porach jesteś kimś innym?
  • Kiedy księżyc zaczyna zachodzić, a nieśmiało wyłania się słońce, staję się Hermesem, z braku lepszego określenia, i doglądam zagubionych w odwiecznej wędrówce dusz, które nie pasują ani do świata żywych, ani do umarłych - uśmiechnął się pod nosem - dbam o to, aby za bardzo nie napsociły, wślizgując się na przykład niespodziewanie w czyjąś pościel.
Karolina spłonęła rumieńcem, mężczyzna w końcu znał jej sekretne myśli. Po chwili spytała jednak gnana ciekawością.
  • A za dnia? Kim jesteś?
Mężczyzna nie odpowiedział. Zdawał się zawstydzony. Po dłuższej chwili westchnął.
  • Żadne słowa lepiej tego nie wytłumaczą, niż mój podarunek. 
Odłożył skrzypce na ławę, po czym zaczął rozpinać guziki swej białej koszuli, aż pod splot słoneczny. Lewą dłonią uchylił pole marynarki, a prawą sięgnął na wysokości serca przez skórę, w głąb swego ciała. Jęknął boleśnie i po chwili wyciągnął ze swoich trzewi oślizgłe od krwi serce. Wręczył je Karolinie i odwrócił znowu wzrok, jakby speszony. Kobieta spojrzała na swe ubrudzone krwią dłonie, które dzierżyły ciepły i miarowo bijący organ. Zrozumiała wtedy, że za dnia mężczyzna był po prostu samotnym człowiekiem. Jej własne serce zabiło mocniej.
  • I czego chcesz za taki podarunek? - spytała cichutko poruszona Karolina.
Mężczyzna odwrócił się do niej i przystawił twarz do jej twarzy. Wpatrywał się jej głęboko w oczy i syknął przez zęby.
  •  Wszystkiego!
***

Otworzyła oczy. Blask księżyca wlewał się przez okna do środka pokoju wynajętego w domu letniskowym pośrodku małej karkonoskiej wsi. Zasypiała na wznak i zwykle budziła się w tej właśnie pozycji. Nie zawsze budziła się jednak tak poruszona jak tej nocy. Sen pozostawił ją wzburzoną na kilka następnych dni. A i potem pozostawił w niej jakąś nieopisaną tęsknotę, której nie był w stanie wyleczyć nawet sam Siddhartha.

niedziela, 1 sierpnia 2021

Zwierzę

photo courtesy by AMO.

 "Człowiek żyjący w samotności, poza społeczeństwem, jest albo zwierzęciem, albo bogiem." 

To Arystoteles. A ja sam, po pół roku widywania się z jednym zaledwie człowiekiem (ale nie byle jakim, co należy dodać na wszelki wypadek), w ramach protestu przeciwko swoim fantazjom na temat istoty życia, postanowiłem zostać istotą społeczną. Zaprosiłem więc wielu, których znałem, na pewne wydarzenie cykliczne, którego nie obchodziłem od lat i choć jeszcze nie doszło do skutku, to już jestem ewidentnie wykończony i wina jest tu jedynie moja. Jednak czasami trzeba zrobić coś na odwrót, wspak i do tyłu. Żeby sobie coś udowodnić i potem iść dalej z odpowiednią wiedzą, podpartą doświadczeniem empirycznym. Teoria to za mało dla umysłu małej wiary, takiego jak mój własny i w tym właśnie przypadku. Ale zdaję mi się, że teraz sam lepiej się rozumiem, więc jest warto mi trochę pocierpieć jeszcze, aż się wydarzy, co ma się wydarzyć i wszyscy pójdą, a ja zostanę z brudnymi naczyniami i swoimi myślami, których mimo wszystko jestem ciekaw. Zakładam także, że wtedy poczuję się jak Bilbo Baggins, kiedy przepadł po raz drugi, biorąc pod uwagę niepotrzebny rozmach moich poczynań. W samym twierdzeniu Arystotelesa wykrywam pewien paradoks, który mógłby zostać jedynie rozwiązany przez swoistą osobowość wieloraką, nagłą mutację genotypu, lub wniebowstąpienie. Inaczej trzeba by było od razu założyć, że ktoś spoza społeczeństwa nie był człowiekiem od samego początku swojej egzystencji, a jedynie się takim zdawał, zanim nie przepadł przed wzrokiem ludzi właściwych. Chris śpiewał jednak, jak jeszcze żył: "Człowiek czy zwierzę, nie robi mi to większej różnicy". 

I choć to wszystko co stoi wyżej, zdaje się jedynie fraszką słowną czy też błahostką bez większego znaczenia, kiedy się temu po chwili przyglądam, to jest tak, ponieważ napisałem to jedynie dlatego, że wiersz "Turysta", jak bardzo by mi się nadal podobał, zostawia tutaj, na tych stronach i od kilku miesięcy, wrażenie, że mógłbym mieć zły nastrój lub humor. A wcale takie nie jest moje samopoczucie i nie było nawet takie, kiedy pisałem owe dzieło. To zaledwie wyraz pewnych moich poglądów i absolutnie nie miał być z założenia to twór pesymistyczny - przynajmniej w rozumieniu autora, czyli mnie. Oczywiście, nie odbieram odbiorcy własnej możliwości interpretacji, bo było by to zachowaniem zahaczającym o pewną artystyczną omnipotencję, której sam nie lubię u innych twórców. Dodatkowo, odnosząc się do moich fantazji na temat istoty życia, tych z początku akapitu pierwszego, mógłbym przysiąc, że sensem życia jest nadanie życiu sensu. Jakikolwiek by on nie był. Tak zwyczajnie, indywidualnie.

Pula zagadek została pomniejszona o jedną, jeśli chcesz i ci to wystarcza, tak jak mi.

wtorek, 11 maja 2021

Turysta

Niemal niezauważalnie
Ale wciąż i stale
Powoli, wręcz bez oznak
Jednak z namiętnym uporem
Niczym morze
Wydzierające wyspom port Dunwich
Dom po domu
Nie szczędząc kościołów i grobów
Umieram od poczęcia
Kończę wraz z pierwszym oddechem

W tym ostatecznym czasie
Jak bardzo bym się nie starał
Pozostaję tu zawsze turystą
Nie rozumiem tutejszych zwyczajów
A mowa moja jest obca

Ktoś widział, że mieszkam
Że jestem stąd i na stałe
Niech jednak ten wie
Że nigdy mnie nie zastanie

Wyszedłem
Poszedłem wgłąb i do środka

Odkrywam swe łąki radości
Targane wiatrem namiętnym
Nadaję nazwy szczytom szaleństwa
Pokrytym śniegiem spokoju
Za zwrotnikiem pustynie smutku
Wdzierają się w morze rozważań

I moja droga tu wiedzie
Przez mnogość miejsc i emocji
Bez końca, wciąż głębiej
Aż skompletuję swą mapę
Wbijając ostatnią flagę

Znalazłem też list od Boga
Na jednej z mych wysp nieodkrytych
Zatknięte w szklaną butelkę
Jego miłosne wyznanie
Że tęskni już za mną okrutnie
Bym stawił się na wezwanie

Na kartce ujęte dwa słowa
Czułe jak szept kochanki


W jej objęcia więc idę
Bo, choć czarne jej włosy i szata
A oczy puste jak studnie
Które wyschły przez lata
To nic piękniejszego
W życiu swym nie widziałem

Ty jednak mnie nie zastaniesz

Wyszedłem
Poszedłem wgłąb i do środka
Przeczekać, aż skończy się ciało
Pukaj w mą skorupę, pukaj
Aż w końcu odpadnie ci palec

Gdy czas nadejdzie, ja wyjdę
Tylnymi drzwiami, na przełaj
Wezmę swe lądy i morza
I z ulgą odkryję, że oto
Nadszedł bez wątpienia
Kres dualizmu mojego istnienia

poniedziałek, 26 kwietnia 2021

O tym jak spędziłem walentynki. Część Trzecia: Powrót Królowej.

W domu o nieskończonej ilości pokoi i pokoików, a także pomieszczeń całkiem sporych i gigantycznych; w domu pełnym drogich szaf i mebli z litego drewna, a także sprzętów różnorakich: pięknych i kosztownych; w domu, w którym nie brakowało jedzenia, nieznana choroba toczyła domowników. Dolegliwość nieodgadniona trawiła ich serca, umysły i dusze ciągłym pragnieniem rzeczy, które musiały być spoza tego świata, ponieważ nigdy nie odczuwali ulgi, jakkolwiek pokaźny był ich stan posiadania. Kiedy człowiek nasycał się dobrami doczesnymi, a w nocy grzejnik dbał o ciepłotę jego ciała, zasypiał zaś z pełnym brzuchem, oraz świadomością, że rano będzie jadł sowite śniadanie, a mimo to nadal w środku czuł niewypełnioną pustkę ducha i gniew, mógł spodziewać się, że panaceum na jego wszystkie dolegliwości jest poza zasięgiem jego możliwości i zrozumienia. Nie znając innego rozwiązania na ból swego serca, pragnął nasycić się wtedy strachem i władzą nad innymi ludźmi. To przynosiło mu ulgę, jednak na bardzo krótki okres czasu, a zostawiało w nim jeszcze większy głód górowania nad innymi. W domu o nieskończonej ilości pokoi i pokoików trwała wojna. Dla jednych domowników była to wojna o dominację, dla innych o zwykłe przetrwanie. Działo się to wszystko wiele lat temu, tak wiele, że nie wszyscy ci, których wspominam, jeszcze żyją. Była to noc jak każda inna, jednak jedynie z pozoru, bowiem jej reperkusje miały znaczący wpływ na kształt świata, który miał nadejść po eonie trwania gatunku ludzkiego. Ludzkie szczenię wybiegło wtedy przed ten właśnie potężny dom, nim jednak wcześniej delikatnie domknęło drzwi wejściowe, tak aby nikt go nie usłyszał, na ulice wylał się z wnętrza budynku męski krzyk, kobiecy płacz i szczęk butelek. Dziecko wzięło głęboki wdech, zastanawiając się gdzie mogłoby właściwe się udać. Gdzie znaleźć schronienie? Noc była wyjątkowo ciemna, pochmurna i bezgwiezdna, a jedyna postawiona tutaj w tamtych czasach lampa uliczna, dawała niewiele światła. Wzrok dziecka utkwił skupiony na pobliskim lesie. Rósł on pomiędzy ludzkim osiedlem, a polem. Tam mrok wydawał się jeszcze większy. Poza kawałkiem ścieżki prowadzącej w głąb kniei, niewiele było widać. Tak jakby las zasysał wszelkie światło ludzkiej latarni. Nie wiedząc co dalej ze sobą począć i gdzie indziej znaleźć schronienie, ludzkie szczenię wkroczyło na ścieżkę ciemności, biegnącą wsród drzew. Serce niespokojnie i mocno kołatało mu w piersi, a strach niemal paraliżował kończyny. Dziecko szło jednak nadal w głąb nieprzeniknionego cienia i wiedziało, że oto wkroczyło w nocne królestwo roślin i zwierząt, niedostępne w tamtych czasach dla niemal każdego człowieka. Zdawało mu się, że oślepło. I że jego oczy rejestrują jedynie mrok. Wpadało wciąż na drzewa i gałęzie, a jego nogi potykały się o przewrócone konary. Jego słuch wytężył się jak nigdy wcześniej i dobiegały go zewsząd odgłosy zwierząt, które pośród nocy wracały nie niepokojone przez ludzi do swego zielonego królestwa. Ludzkie szczenię słyszało tętent kopyt, pohukiwanie sowy, szum liści i szczęk uginających się pod wiatrem zdrewniałych łodyg starych drzew. W oddali żaby rechotały, z pewnością śmiejąc się z jego dziecięcego strachu. 

  • Hehe, czarne chmury zebrały się nad tym ludzkim szczenięciem! Los jego będzie tej nocy przesądzony, hehe! - zdawały się rubasznie śmiać, choć treść rechotu podawała dziecku jedynie wyobraźnia.

Dziecko zastanawiało się, dlaczego trwało w tym oddalonym od ludzi miejscu, z dala od własnego gatunku, jego krwi z krwi. Powinno uciekać z lasu w popłochu, jednak jakaś niepojęta siła pchała je wciąż naprzód w zmrok.

  • Czemu nie wracasz do swoich? Do bezpiecznego schronienia murów? Do łóżka schowanego za oknami i drzwiami, gdzie nie słychać zawodzenia wiatru pośród gałęzi? - drzewa zdawały się śpiewać na wietrze - Czego tu szukasz?

Ludzkie szczenię otarło łzy w rękaw piżamy. I choć nikt nie mógłby tego dostrzec w nieprzeniknionej nocy podniosło zuchwale głowę, starając się znaleźć w sobie odwagę i maszerowało dalej w głąb, w bezmiar natury. Czuło bowiem, że wszystko było milsze niż dom i trawiąca jego domowników groźna choroba. W końcu w samym sercu leśnego gąszczu wykończone z przerażenia, wymościło sobie miejsce wśród korzeni i liści i w ten sposób modląc się do wszystkich ludzkich bogów o swoje bezpieczeństwo, ułożyło się w runie. Przetrwało tak skulone, aż zaczęło świtać. Wtedy słońce poczęło wydobywać z mroku kształty i strach dziecka przemijał. Zdało sobie ono sprawę, że to czego się bało, było w istocie swojej piękne i spokojne oraz, że niemożliwe było aby intencjonalnie chciało mu wyrządzić krzywdę. Cóż mógłby chcieć zrobić mu korzeń, o który się potknął pośród mroku? Czy to nie jego stopa o niego zahaczyła, kiedy szedł nieostrożnie i w popłochu, przerażony mrokiem? Kiedy ludzkie szczenię w końcu powstało w zagajniku, w którym przeczekało noc, zdawało mu się, że widzi przebiegającą pomiędzy drzewami postać. O tej porze światła było jeszcze niewiele, więc nie było pewne czy to co widzi, nie jest jedynie konfabulacją jego wyobraźni. Postać nogi miała bowiem sarnie, ale tułów jak od dziecka, no i rogi na głowie. A w tych rogach listowie przeróżne. Szczenię zaśmiało się na ten widok i klasnęło w ręce. Poczęło gonić postać, zrzucając z siebie ostatnie cząstki strachu, które jeszcze w nim tkwiły. Biegli tak wspólnie dłuższą chwilę, jednak przedziwne zwierzę nie dało się dogonić ani na chwilę, wciąż utrzymując dystans. W końcu zaś, tak nagle jak się pojawiło, tak nagle zniknęło wśród gałęzi i gęstych krzaków, przez które dziecko przejść nie mogło. Jakby jakaś magiczna siła spowodowała, że ten kawałek lasu był tak porośnięty, że nie do przebycia. Zorientowało się wkrótce, że biegnąc za przedziwnym zwierzęciem dotarło do wejścia do kniei. Tu poprzedniej nocy, powodowane strachem przed domownikami, weszło zagubione. Teraz o wschodzie słońca wychodziło podniesione na duchu. Znalazło bowiem miejsce mroczne i straszne na pozór, ale w którym jednak nikt nie wyrządził mu żadnej krzywdy. Było bowiem wolne od ludzi. Na skraju ludzkiego osiedla i lasu dziecko skłoniło się nisko w kierunku drzew i zwierząt, dziękując za schronienie. I choć nikt od ludzkiego szczenięcia tego nie wymagał, złożyło ono obietnicę. Aby móc powracać każdej nocy i szukać wśród listowia schronienia, przyrzekło w zamian powrócić także wtedy, kiedy będzie dopełniał się los tego świata. Tak aby drzewa nie czuły się same, kiedy przyjdzie czas aby odejść. Potem po cichutku przekroczyło na powrót próg swojego domu i bezszelestnie skryło się pod pierzyną w jego dziecięcym łóżku, czekając aż domownicy wybudzą się ze snu. Choć dziecko nie wiedziało co przyniesie nowy dzień, było spokojne. Zdawało mu się, że oto znalazło lekarstwo na chorobę, które toczyła dusze reszty domowników. Miłość głęboką i zieloną, nie znającą żadnych warunków. Biegnącą aż po krańce ukrytych pod ziemią korzeni. Potem przysnęło.

***

  • Boże sprawny i wszechmocny, całodzienny i conocny. Boże lisów i kojotów, Boże dołów, Boże wzlotów, wskaż mi drogę bo pobłądzę. Wiesz, że sobą dziś nie rządzę. (*)
Ze snu wybudziła mnie pieśń Brunona. Siedział obok mnie w koronie drzew, kiedyś spływaliśmy z naszą zieloną kompanią rzeką pośród gwiezdnej nocy. Słowa jego pachniały szarą sierścią i ciepłem zwierzęcego oddechu wypełnionego świeżością perzu. Patrzył na mnie przez dłuższą chwilę, po czym zwrócił spojrzenie na nocne niebo.
  • Spałeś niespokojnie - rzekł Osioł po dłuższej chwili - bałem się, że wpadniesz w nurt wody.
  • Dziękuję, że mnie zbudziłeś - odrzekłem, po czym wstałem na nogi, utrzymując równowagę chwytając się gałęzi Brzozy, która utrzymywała nas na powierzchni wody - śniły mi się zaszłe sprawy i inne życia, które niegdyś wiodłem.
Nasza zielona kompania szła już wtedy spod Poznania jakieś dwa tygodnie. Działo się to wszystko na początku marca. Jakiego dnia konkretnie - nie wiem, ponieważ straciłem już wtedy rachubę i przestało mnie to zajmować. W powietrzu czuć już jednak było wczesną wiosnę i w rozmowach między roślinami dało się często słyszeć temat radosnego oczekiwania na pierwsze pąki. Aby pozostać niezauważonymi dla człowieczych oczu, przemierzaliśmy ludzką krainę jedynie w nocy. W dzień dołączaliśmy do innych skupisk leśnych na granicach kniei i pól i tak trwaliśmy bez ruchu, aby nikt nie mógł nas o cokolwiek podejrzewać. Szlak naszej wędrówki zdawał się wtedy kończyć na skraju lasu, niczym ślepy zaułek. Kiedy wschodziło słońce, udawaliśmy się na spoczynek i spaliśmy aż do zachodu, nie niepokojeni specjalnie przez nikogo. Ja z Brunonem przysypywaliśmy się liśćmi i tak spaliśmy niewidoczni w świetle dnia, kiedy do naszych uszu dobiegało nawoływanie ludzi kroczących wśród naszej kompanii, nie zdających sobie sprawy, że to właśnie my jesteśmy odpowiedzialni za wszystkie poczynione im szkody. Zostawialiśmy za sobą w końcu szlak zniszczenia. Korzenie Brzóz i Sosen brodziły w ziemi, niczym ludzkie nogi brodzą w strumyku. Na polach, które przekraczaliśmy, szkody były stosunkowo niewielkie. Zaledwie głęboki rów wśród upraw. I choć trzymaliśmy się z dala od ludzkich skupisk, to jednak świat był w tamtym czasie poprzecinany jeszcze asfaltowym drogami, większymi i mniejszymi. I tak naszą ofiarą padła ogromna autostrada zwaną przez ludzi „wolności”, kiedy przeprawiając się przez nią na wysokości wsi Byliny, zniszczyliśmy wszystkie cztery pasy drogi biegnącej od wschodu na zachód kraju, a może na odwrót. Dla mocnych korzeni asfaltowa nawierzchnia nie stanowiła żadnej przeszkody i pękała niczym lód na jeziorze, bardzo już późną zimą. Nieopodal wsi Białe Piątkowo, obróciliśmy w pył krajową piętnastkę, a w międzyczasie jeszcze wiele innych, mniejszych dróg. Między Czeszowem i Orzechowem dotarliśmy do rzeki Warty, gdzie nakłoniłem kompanię, aby zmylić ewentualną pogoń i przebyć część trasy wraz z prądem wody. Zdawałem sobie dobrze sprawę z tego, że każdym momencie możemy zostać zatrzymani, a nasza ucieczka z ludzkiego osiedla mogła nagle skończyć się fiaskiem i zostać udaremniona. Sosny i Brzozy położyły się więc w nurcie rzecznym niczym kłody spędzane przez flisaków. Ja z Brunonem, a także reszta roślin: Tawuły, Bzy, Hortensje i Trawa zwinięta w rolki, umościliśmy się wygodnie wśród koron drzew i tej nocy dopłynęliśmy niezauważeni do miejscowości Pyzdry, by na dzień dołączyć do pobliskiego lasu. Fortel ten zastosowaliśmy i tej nocy, kiedy Brunon wybudził mnie swoim śpiewem. Tego dnia zniszczyliśmy drogę numer siedemdziesiąt dziewięć na wysokości wsi Ossala, potem zaś niedaleko wsi Różniaty zanurzyliśmy się w wody Wisły. Nasza wędrówka była coraz trudniejsza do ukrycia. W nieomal każdym lesie, w którym przystawaliśmy na dzień, by uzyskać schronienie i odpoczynek, dołączały do nas coraz to inne drzewa. Czterysta kilometrów wstecz, rozpoczęliśmy naszą podróż zaledwie w kilkoro, teraz byliśmy już małym lasem. Były z nami Olchy, Akacje, Dęby, Buki, Jodły, Modrzewie, Cisy i Lipy, Topole oraz Jesiony. W końcu z Brunonem straciliśmy rachubę, trudno było bowiem policzyć wszystkie zastępy w naszym towarzystwie. Stara i piękna Brzoza, która niegdyś rosła w moim ogrodzie, a która teraz służyła wspaniałomyślnie mnie i Osłowi za łódź, płynęła na czele spławu. Za nami ciągnął się na jakiś kilometr zastęp drzew, utrzymujący się w rzecznym nurcie.
  • Czy nie tęsknisz nigdy za Królową Lasu? - spytał Brunon, obserwując z zaciekawieniem zmieniający się nadbrzeżny, nocny krajobraz.
  • Tęskniłem za nią, nie zdając sobie z tego sprawy. Chyba odkąd zostałem powołany do życia. Nie znając nawet jej imienia, ani oblicza - tutaj pogłaskałem Osła czule po uszach, bowiem lubił to bardzo - a teraz, kiedy zatańczyłem z nią jeden raz, czuję się spełniony i ukontentowany. Cóż więcej mógłbym chcieć?
  • Myślałem, że ludzie, tak jak i osły, pragną łączyć się w pary na całe życie?
  • Tak, w takim przekonaniu ludzie są wychowani. Cała nasza kultura, pieśni i opowieści każą nam wierzyć, że jest w połączeniu między kobietą i mężczyzną jakiś cel życia ostateczny i nadaje mu się boską właściwość.
  • A nie jest tak? - spytał Brunon - Osły to zwierzęta stadne i źle im robi przebywanie w samotności. Bez partnerów dziczejemy strasznie i smutek dopada nas nieskończony.
  • Pragnę wierzyć, że każdy może nadać swojemu życiu własny sens, nawet jeśli jest on najbardziej niedorzeczny i niezrozumiały dla jego własnego gatunku. Myślę, że w samotności jest pewna świętość zapomniana i niedoceniona. Poza tym ja mam swoje stado. To ty Osiołku i Drzewa.
  • Faktycznie, nie jest źle! - prychnął radośnie Brunon.
  • Jest bardzo dobrze przyjacielu! - odpowiedziałem mu równie entuzjastycznie.
Mimo zapewnień byłem jednak zmartwiony. Niejednokrotnie starałem się wytłumaczyć roślinom nasze trudne położenie i wynikające z wędrówki zagrożenie ze strony ludzi. Czułem bowiem, że trwa na nas polowanie, którego skala zwiększała się z każdą nową zniszczoną drogą, z każdym zniweczonym przez nas polem. Kiedy dopłynęliśmy Wisłą w okolice Zawichostu, przekonałem drużynę, aby wytężyć siły i jeszcze dalej popłynąć rzeką. Lecz tym razem w górę prądu, zgodnie z umową i na samym początku wytyczonym kierunkiem południowo-wschodnim. Skręciliśmy więc w San, lecz od tej pory Drzewa musiały wykorzystać swoje korzenie niczym wiosła, płynąc w górę rzeki. Przy tej ilości dusz, na jaką składała się nasza kompania, hałas plusku wody był dotkliwy. Było to jednak lepsze niż danie się złapać przy przekraczaniu kolejnej asfaltowej drogi. Starym zwyczajem na dzień wychodziliśmy z rzeki i przystawaliśmy na odpoczynek przy kolejnym lesie. W nocy płynęliśmy jednak dalej, najciszej jak to było możliwe. Na szczęście transport wodny w tamtych czasach w Polsce już niemal nie istniał i pozostawaliśmy niezauważeni. Ludzie woleli pędzić na złamanie karku po szosach swoimi szybkimi samochodami. I zastanawiałem się nieraz, ile osób sobie ten kark faktycznie złamało, nie dopasowując prędkości do ograniczeń i wjeżdżając siłą rozpędu w nasze wyłomy, pojawiające się znienacka pośród nocy? Ilu to ludzi zmarło wskutek naszej wędrówki, zabitych w metalowych wrakach ich aut? Tego nie wiedziałem i wolałem nie widzieć. Wyrzucałem sobie często, że moje serce stawało się nieczułe na ludzki los. Potem dla równowagi zastanawiałem się, czy ktoś policzył kiedykolwiek ilość drzew wyrąbanych człowieczą ręką? Było do zadanie godne samego Boga. Z takimi liczbami tylko on mógł się mierzyć. 

Podróż rzeką zakończyliśmy nieopodal wsi Hureczko. Nie mogliśmy przecież ot tak przemieszczać się wodą dalej i przepłynąć pod mostami Przemyśla, nie wzbudzając sensacji. Wyszliśmy więc na brzeg i dołączyliśmy naszą gromadą do pobliskiego lasu, rosnącego przy samym brzegu. Nakazałem drzewom zająć miejsca wzdłuż jego północnej ściany, tak aby wizualnie nie zwiększać zbytnio jego objętości. Byłoby to z pewnością alarmujące dla ciekawskich ludzkich oczu. Kiedy po nocy spędzonej na rzece wstało słońce, wybraliśmy się z Brunonem do wsi, zaczerpnąć informacji, które mogłyby się okazać niezbędne dla dalszej wędrówki i bezpieczeństwa naszej kompanii. Tego ranka na ulicach malutkiego Hureczka było jeszcze pusto, co mnie ucieszyło, ponieważ nie ma nic bardziej interesującego w tego typu prowincjonalnych miejscowościach, jak obcy człowiek. To zawsze wywoływało swoistą sensację. Zaszliśmy przed jedyny tutaj sklep i poprosiłem Brunona, aby na mnie poczekał na zewnątrz. 
  • Dzień dobry - skłoniłem się ekspedientowi za ladą, mężczyźnie w wieku około sześćdziesięciu lat, ubranego w stary fartuch - a gazety gdzie znajdę? 
  • A tutaj, za pieczywem. Proszę bardzo - wskazał bardzo zainteresowany moją osobą na odpowiednią gablotę - od wyboru do koloru. 
  • A o zniszczeniach dróg - zagaiłem, ponieważ miałem pewność, że wszystkie pisma musiały o tym wspominać - gdzie najwięcej przeczytam? 
  • A to w „Super Expressie” lub „Fakcie” - odpowiedział właściciel sklepu - tam codziennie zamieszczają wszystkie nowinki w tym temacie, ale nie tylko, bo przecież także dziesiątki teorii i opinii odnośnie tego co właściwie się dzieje w Polsce. 
  • No i co piszą? - zapytałem, szukając po kieszeniach monet, które szczęśliwym trafem jeszcze mi tam zalegały. 
  • Całkiem różnie. Na przykład, że kosmici tworzą znaki w ziemi, aby koordynować potem atak na nasz kraj na nich oparty. 
  • O! - odparłem zaskoczony - a czemu mieliby nas napadać? 
  • To pan nic nie wie? - prawie grzmiał sprzedawca - to ogromni przeciwnicy naszej królowej - tutaj mężczyzna zdjął czapkę i się przeżegnał - Najświętszej Panienki! 
  • A inni co mówią? - przeżegnałem się także i zaskarbiłem tym sobie zaufanie mężczyzny. 
  • A no jest tak, że nasz naczelny krajowy jasnowidz Jackowski twierdzi, że to drzewa idą i robią to całe zamieszanie. Ale wie pan - tutaj mężczyzna ściszył głos - ludzie się śmieją trochę z niego, no bo jak to? Drzewa przecież nie chodzą! 
  • No nie chodzą. To święta prawda. 
  • I wie pan co on jeszcze powiedział? 
  • Niech pan mówi. 
  • Że na czele tych drzew idzie człek z osłem. Wyobraża pan sobie? 
  • Jest to kompletnie niedorzeczne - odpowiedziałem ze strapioną miną. 
  • Ale wojsko bada wszystkie poszlaki, więc nie ma siły. W końcu się ta historia wyjaśni. Pewnie by już wytropili tych szkodników, ale ślady się wciąż urywają. A to przed lasem, a to przy rzece. Skaranie boskie! Tutaj na wsi ludzie mówią, że to Ruscy robią okopy i wojna będzie. 
W tym momencie do sklepu wszedł drugi mężczyzna, na oko koło czterdziestki. Po ubraniu poznać można było, że był rolnikiem. 
  • Ty, Heniek - zwrócił się do sprzedawcy - a co to za osiołek się miota przed twoim sklepem? 
I Heniek nagle zbladł, jakby w jego umyśle wszystkie elementy układanki połączyły się nagle w całość, tworzącą przerażający obraz.
  • O Boże - rzekł z trwogą, cofając się w głąb sklepu - o tobie mówił Jackowski! 
  • O mnie mówił - rzekłem pewny siebie - a teraz słuchajcie obaj... 
I gdybym miał powiedzieć jak dokonałem tego, czego dokonałem w wiejskim sklepie w miejscowości Hureczko, to bym nie potrafił. Jednak stało się tak, że jakaś siła wstąpiła we mnie nagle, a skóra moja zrobiła się całkiem zielona w jednej chwili. Z włosów wyrosło zaś listowie. Mrok zapanował w budynku, bowiem strzeliły na raz wszystkie żarówki. Półki i wszelkie meble drewniane poczęły się trząść i obracać po kolei w drzazgi, tak że spadały z nich na ziemię z łoskotem wszelkie słoiki i inne artykuły spożywcze i tłukły niemiłosiernie. Wkrótce podłoga była pokryta zbitym szkłem oraz groszkiem i marchewką w zalewie, a wszędzie walały się puszki z fasolą. Duchy drzew zatańczyły chwilę po uwalanej podłodze, kiedy je uwalniałem z mebli, potem skłoniły mi się i uleciały przez sufit. Mężczyźni w popłochu rzucili się do starych dębowych drzwi wejściowych, jedynej rzeczy z drewna w sklepie, której pozwoliłem się ostać, ale te ani drgnęły pod ich naporem. Były bowiem na moich usługach i żadna ludzka dłoń nie byłaby ich wstanie zmusić do przesunięcia choćby na milimetr. Jak te czary działały dokładnie - tego nie wiedziałem, bardziej je czułem, niż rozumiałem. Nie wiedziałem także skąd przyszła mi ta wiedza, ale patrząc na obu mężczyzn, sczytywałem z nich całą historię ich życia. Zaszłą i przyszłą.
  • Jestem tym, który idzie z Osłem na czele pochodu Drzew i niszczy wasze asfaltowe drogi. Słuchajcie co wam powiem. Heniu - tu zwróciłem się do właściciela sklepu - syn twój leży chory na COVID pod respiratorem w Szpitalu Wojewódzkim Ojca Pio w Przemyślu. Jak to mówię, płuca jego już ledwie pracują. Ale nie martw się, wyzdrowieje. A ty Mareczku - spojrzałem na rolnika - ty sam zachorujesz. Nie miną cztery dni, a pogrążysz się w malignie. Ale nie biadaj, bowiem ty także ujdziesz żywy. Pomogą wam respiratory, a te pompują tlen. Tlen zaś nie bierze się z powietrza, tylko, choć niewielu o tym na co dzień pamięta, bierze się z liści mojej zielonej kompanii. Tej przewodzę. I mogę ją wstrzymać przed produkcją niezbędnego wam tlenu. Tlenu, którego nawet nie dostrzegacie i bierzecie za rzecz pewną. Mogę uczynić tak, aby cały ludzki gatunek się podusił, ale nie muszę. Nie muszę, bowiem wyjdę stąd bezpieczny, a słowa o mnie nie piśniecie nikomu, prawda? 
Oni jednak nie byli wstanie wydusić z siebie słowa nawet do mnie, zapłakani i zasmarkani pierzchli przede mną, kiedy podchodziłem do wyjścia. Wyszedłem na zewnątrz, a drzwi obróciły się w pył i uciekł z nich dębowy duch, Brunon zaś spojrzał na mnie oszołomiony.
  • Jesteś cały zielony! 
  • Na to wygląda - odpowiedziałem Osłowi - choć do końca nie wiem jak do tego doszło.
Nagle uszu Brunona doszło płakanie i lament mężczyzn dobiegający ze sklepu.
  • Czy uczyniłeś tym ludziom krzywdę? - spytał mnie wyraźnie zmartwiony. 
  • Nie przyjacielu, powiedziałem im tylko słowa prawdy. 
  • Zmieniłeś się - przyznał Brunon - stałeś się hardy i groźny. Ktoś inny o podobnej aparycji chodził do tej pory po kniejach. I podobno wielu ludzi, którzy zapędzili się zbyt głęboko w las, nie uszło po spotkaniu z nią z życiem.
  • Nie zmieniłem się Osiołku - starałem się do niego uśmiechnąć - Nie martw się za nadto, coś mi się po prostu przypomniało. Coś odnośnie mojej własnej natury. 
Powróciliśmy z Brunonem do naszej kompanii, która czekała na nas przy północnej ścianie lasu. Zmiany, które wystąpiły w moim wyglądzie, w przeciwieństwie do reakcji Brunona, wydały się reszcie całkiem naturalne. Drzewa uznały, że przepoczwarzyłem się z człowieka w Zielonego Pana, niczym gąsienica przemienia się w motyla i szybko przeszły nad tym do porządku, jakby nigdy nic się nie stało. Wytłumaczyłem więc wszystkim nasze położenie i starałem się jak najlepiej opisać, jakie zagrożenie niesie za sobą konfrontacja z wojskiem, które śledziło nasze poczynania. Opowiedziałem im o ludzkich maszynach zniszczenia: o czołgach, rakietach i ogniu artyleryjskim. Wspomnienie ognia zaś, napełniło rośliny trwogą. Wielu w naszej drużynie pamiętało jeszcze czasy Drugiej Wielkiej Wojny. 
  • Pomódlmy się o deszcz - rzekły Sosny - on będzie zalewał nasze ślady na polach! 
  • Modlitwa o deszcz nie działa od dawna - odrzekły Brzozy - czary ludzi są silniejsze. 
  • Jakie ludzkie czary macie na myśli? - spytałem. 
  • Ludzkie dymy i zanieczyszczenia zabrały nam deszcz, dały suszę i podniosły temperaturę. Od dawna umieramy. Prosimy niebo o ulewę, ale ono przestało nam odpowiadać. 
Uznałem jednak, że ten świat nie słyszał nigdy wspólnej modlitwy roślin, zwierzęcia i człowieka. Myślałem do wieczora nad odpowiednimi słowami, a kiedy słońce miało się już ku zachodowi, wystąpiłem przed Drzewa i Osła i zaintonowałem pieśń, którą podjęły ze mną wszystkie głosy:  

Czekam na pierwszą, gorącą, pachnącą
Jak wiśnie i jabłka, wiosenną ulewę
Wstanę, jak stoję, wysłucham do końca
Deszczowe spadanie, co zwodzi i mami
Wysłucham, uniosę gałęzie do słońca
Z wdzięczności umaję się cały kwiatami

Słowiki jak słowa niech lecą ku górze
Wyprosić u Boga, błagamy o burzę
Kropelki zielone na dłonie
Kropelki na skronie (**)

I choć zdawałoby się, że było zbyt wcześnie na Słowiki, by przebywały w tym kraju nad Wisłą, to jednak zmieniający się klimat zachęcił je w tym roku do szybszej migracji. Były te śpiewaki niedoścignione pośród nas. I wraz z naszą modlitwą zerwały się z gałęzi i poczęły krążyć nad nami, aż wytworzył się potężny prąd powietrzny. Choć słońce nie zaszło tego dnia jeszcze całkowicie, to całe światło świata zostało nad nami przesłonięte potężnymi czarnymi chmurami, jakich nikt nigdy nie widział wcześniej. Całe to widowisko na firmamencie rozświetlane było jedynie potężnymi błyskawicami, którym towarzyszył łoskot tak dotkliwy, że musiało wybijać okna i w Hureczku, ale przecież także w pobliskich Boletraszycach i Buszowiczkach. Wkrótce spadł deszcz. Deszcz tak dotkliwy, że najstarsi mieszkańcy podkarpackiego nie przypominali sobie nic podobnego. Deszcz siekł z góry, siekł z boku, targany wiatrem i siekł od ziemi, kiedy potężne krople odbijały się od wysuszonego podłoża. Spojrzałem na Brunona. Jego sierść była na szczęścia dobrze przygotowana na nawet najgorsze warunki. On zaś spojrzał na mnie.

  • Twoja zielona skóra zasysa wodę - krzyczał przez ścianę wody - robisz się coraz większy!
Osioł miał rację. Czułem się większy i zdrowszy niż kiedykolwiek.

  • Naprzód! - krzyknąłem i poszedłem na czele pochodu.
Jakaś siła niepowstrzymana wkroczyła w nas wszystkich i nic nie było wstanie nas zatrzymać. Ani droga krajowa numer dwadzieścia osiem, ani osiemset osiemdziesiątą piąta. Deszcz walił niepowstrzymanie na całą ludzką krainę z taką siłą, że nawet jeśli ktoś by nas dostrzegł i tak nie by mógł nic z tym zrobić. Cały świat naokoło spływał na północ, aż do morza. Samochody, śmieci wszelakie, a nawet mniejsze budynki, nic nie mogło wygrać z siłą wody. Nasza kompania natomiast mocno trzymała się korzeniami w ziemi i mimo przeciwności, wciąż posuwała się naprzód. Czułem, że miałem już jakieś trzy metry wzrostu, tak urosłem od kropli spływających po mojej zielonej skórze, kiedy zauważyłem, że Brunon nie może utrzymać się w prądzie wody. Chwyciłem go więc ostrożnie i przerzuciłem sobie przez ramię.

  • Wszystko w porządku?
  • O tak! - krzyknął do mnie w odpowiedzi - Osioł jedzie na człeku. Warto było tu dojść, aby tego doczekać!
Bardzo cieszyłem się na jego entuzjastyczną reakcję. Wiedziałem, że coraz bardziej się martwi o to, co się ze mną działo, odkąd wkroczyłem do wiejskiego sklepu. I ja również  się trochę martwiłem. Wiedziałem jednak, że sprawy zaszły zbyt daleko, bym mógł się jeszcze jakkolwiek wycofać z raz podjętej ścieżki.

Szliśmy tak w ulewie kilka dobrych godzin, aż dotarliśmy w okolice Dubnikowych Skałek, nieopodal Nowych Sadów. Deszcz powoli ustawał, a i tak kompania była zbyt wykończona, aby iść dalej. Postanowiliśmy zostać w tym miejscu i odpocząć, położyłem więc Osiołka ostrożnie na ziemię. Przypuszczałem, że po tym kataklizmie, który właśnie nastąpił z nieba, nikt nie będzie się za nami fatygował. Ani wojsko, ani nawet Święty Walenty. Ślad jaki zostawiliśmy za sobą od Sanu, był prawie niewidoczny, wypełniało go bowiem błoto. A nawet gdyby ktoś uważny go dostrzegł, to i tak zdawał się zaledwie jedną z wielu rzek, które powstały wskutek ulewy. Drogi asfaltowe podmywane przez spływające wody popękały i bez naszej pomocy. Nie tylko w Polsce, ale i na Ukrainie i Słowacji. Byliśmy bezpieczni. A do świtu pozostały jeszcze dwie godziny. Zanim się więc udaliśmy na spoczynek, postanowiłem zrobić obchód naszej świty, aby mieć pewność, że nikt nie został w tyle. Po kolei meldowały się wszystkie nasze zastępy: Dęby, Świerki, Buki, Jodły, Modrzewie, Cisy, Lipy, Wierzby, Olchy, Klony, Graby, Kasztanowce, Topole, Jesiony, Platany, Jarzębiny,  Jawory i Leszczyny. Zdawało mi się, że jest nas więcej niż przed ujściem z Hureczka. Na koniec doszedłem do najwierniejszej części mojej kompanii, składającej się z Sosen i Brzóz, a także Tawuł, Hortensji, Bzu i Traw.
  • Niechaj przemówią Trawy - rzekłem donośnie, nie uzyskując wcześniej od nich odpowiedzi.
Trawy jednak nie odpowiedziały na moje zawołanie. Brzozy, które do tej pory niosły je w swoich koronach, ostrożnie ułożyły je przede mną w rolkach. Złożyłem na nich swoje wielkie zielone dłonie i czułem, że toczy je już tylko śmierć. Zbyt duże ilości wody, zarówno podczas pokonywania rzek, jak i podczas ostatniej ulewy, musiały im poważnie zaszkodzić. Myślami wróciłem do czasu, kiedy jeszcze jako ludzkie szczenię biegałem po nich swymi małymi stópkami i załkałem. A ze mną łkał cały las. Poruszenie było tak duże, że zdawało mi się, że drży cała ziemia pod nami. Rozejrzałem się jednak naokoło i doszedłem do wniosku, że wszystkie Drzewa stoją w miejscu, z korzeniami zanurzonymi w glebie. To nie my poruszyliśmy grunt, tylko sama Dubnikowa Skałka, która okazała się ogromną kamienną głową. Zamrugała do mnie wielkimi głazami, które zastępowały jej oczy. Mały ustęp skalny okazał się natomiast ustami, które wkrótce otworzyły się, aby przemówić.
  • Czy to już nadszedł czas? - spytała patrząc na mnie Dubnikowa Głowa, zwana przez ludzi Skałką.
  • Czas na co? - odpowiedziałem, przecierając łzy.
  • Czas abyś wypełnił swoją obietnicę. Rzekłeś, że gdy przyjdzie czas, to pojawisz się jak zawsze nocą i umrzesz wraz z Drzewami. Żeby ani one, ani ty, nie musiały być wtedy same.
  • Przed tymi drzewami jeszcze długi żywot. Jedynie z naszej ukochanej Trawy uszło życie. Dla niej czas nadszedł tej właśnie nocy.
Głowa Skalna spojrzała na rolki martwej trawy i na łkający wokół Zielony Lud.
  • W takim razie ja, Skalny Olbrzym, idę spać dalej. Nie łkajcie jednak nad Trawą długo. I ona będzie miała swój udział w dalszej waszej historii, choć pośmiertnie. Wsadźcie mi proszę jej rolki w usta, a kiedy już to uczynicie i świat zajdzie mgłą nieprzeniknioną, śpieszcie się. Niewiele zostało wam już drogi, a pościg bliski, bo czas jest ten wśród ludzi niespokojny.
Drzewa posłusznie ułożyły rolki Trawy w ustach głowy Skalnego Olbrzyma. Zgadywałem, że tylko ta część jego ciała wystaje ponad ziemię, reszta musiała pozostawać ukryta od wieków poniżej gruntów. Kiedy dzieło się dokonało, jedna zbłąkana błyskawica uderzyła w Trawę, zapalając ją, choć była mokra. Olbrzym zaś zaciągnął się mocno, niby wielkimi cygarami, a kiedy wypuścił z ust powietrze, wydobył się z jego skalnych płuc dym ogromny i nieprzenikniony, który pokrył całą otaczającą nas krainę. Potem Dubnikowa Głowa na powrót usnęła. I choć nie widać było nic dalej jak na wyciągnięcie ręki, poszliśmy niezwłocznie, zgodnie z udzielonymi wskazówkami.

Dalej posuwaliśmy niemal po omacku. Zdawaliśmy sobie sprawę, że musieliśmy przechodzić niezwykle blisko obok zabudowań ludzkich, ponieważ słyszeliśmy głosy ich mieszkańców. Nikt jednak nas nie zatrzymywał, byliśmy całkowicie niewidoczni. Ostatecznie, pomiędzy wsią Sopotnik, a Paprotnem, na polu wśród lasów, zdecydowaliśmy się zatrzymać.
  • Tu ziemia jest żyzna i nie tak bardzo skażona nawozami - rzekły Sosny.
  • Tutaj pragniemy osiąść - odpowiedziały im Brzozy - na przedsionku prastarych gór.
I tak też się stało. W owym wybranym przez Drzewa miejscu, nastąpił koniec naszej tułaczki. I ponieważ było nas sporo, zajęliśmy większą część tutejszych pól.
  • Cieszę się bardzo i tego nie ukrywam - powiedział do mnie Bruno z wyraźną ulgą - dużo się wydarzyło podczas naszej eskapady, a może nawet zbyt dużo, jak na starego, garbatego osła. Jestem rad, że nie musimy iść dalej!
Uklękłem obok mojego Osiołka i przytuliłem go czule. Zdawało mi się, że jest teraz wielkości psa, ponieważ ja sam w ostatnim czasie pokaźnie urosłem. Starałem się więc obchodzić z nim delikatnie, aby nie wyrządzić mu krzywdy.


***


Kiedy słońce było już w zenicie, poczęły opadać mgły. Przed naszą drużyną wyłonił się piękny widok na północne stoki gór.  Jednak nie tylko to się nam ukazało. Kiedy opadł dym z Trawy wypalonej przez Olbrzyma, dojrzeliśmy także domostwa wsi: na południu Sopotnik a na północy Paprotno. Z budynków poczęli wychodzić mieszkańcy i obserwując nowo powstały las na polach, które przez pokolenia uprawiali, poczęli z niedowierzaniem się drapać w głowę. W końcu zanim opadły na cały świat obłoki dymu, żadnych drzew tu nie wcześniej było. Kilku co odważniejszych rolników z obu miejscowości utworzyło dwudziestoosobową grupkę, uzbrojoną w widły, siekiery i dubeltówki. Obchodzili nasz las dookoła, co jakiś czas nawołując. „Siło nieczysta, wyjdź naprzód!”, albo „I na człowieka z osłem mamy lekarstwo - to śrut!” lub też nawet „Żaden las nie ujdzie z życiem przed ogniem! Dajcie ino trochę benzyny chłopi!”. Muszę przyznać, że nie bardzo podobały mi się takie groźby. Spojrzałem na Brunona.

  • Widać, że nawet tutaj dotarła już wieść o naszej parze. Wyjdźmy im na przeciw, skoro nas oczekują.

Wystąpiliśmy z Osłem z lasu przed grupkę ludzi. O ile Brunon nie wzbudzał kontrowersji swoim wyglądem, o tyle moja cztero-metrowa już wtedy osoba, na dodatek pokryta zieloną skórą i z listowiem zamiast włosów, wzbudziła w nich paraliżujący strach. 

  • Odnosząc się do waszych gróźb, ja i moja zielona kompania, a więc te oto Drzewa i Rośliny za moimi plecami, a także mój wierny przyjaciel, ten oto Osioł, przekazujemy wam co następuje - tutaj poczyniłem przerwę, aby zrobić jeszcze większe wrażenie na chłopach uzbrojonych w siekiery i kanistry z benzyną - w tak zwanej Unii Europejskiej, do której i ten kraj należy, siedemdziesiąt procent upraw rolnych przewidzianych jest na utrzymanie trzody chlewnej. Temu się sprzeciwiamy, ja i Zielony Lud. Nie godzi się zwierząt trzymać w niewoli, a potem bestialsko członkować na mięso, które spożywacie bez umiaru. Uważamy, że wasze pola spływają krwią, dlatego uwalniamy te ziemie spod waszego panowania.

Z grupy chłopów wystąpił najstarszy.

  • Zielony Panie - zwrócił się do mnie zdejmując czapkę i poprawiając zmierzwione włosy - ale z czego będziemy żyć? Uprawiamy tę ziemię od pokoleń, ona nas utrzymuje. Cóż poczniemy?
  • Zostawiamy wam trzydzieści procent pól. Tyle wam starczy na wasze własne wyżywienie, a nawet jeszcze będziecie mieli nadto i coś uda wam się sprzedać.
  • Panie, a jakby choć tak połowę - spojrzał na mnie błagalnie - no przecież jakoś się dogadamy. O las twój przecież też zadbamy: o drzewostan i zwierzęta w nim mieszkające...
  • To nie są negocjacje - odrzekłem groźnie - wiem jak ludzka ręka dba o las i jego mieszkańców: organizując wycinki i polowania. Ten las ma się dobrze, którego żaden człowiek nie tyka.

I czułem ponownie, że jakaś siła ogromna i nowa wzbiera we mnie. Wszystko w promieniu dziesięciu kroków pokrył cień złowieszczy, a głos mój zaś stał się donośny i potężny. Ja sam nie byłem wstanie rozpoznać jego tembru, jakby pochodził spoza mnie, z samego serca lasu.

  • Powiem wam ostatnią rzecz, a potem rozejdziecie się do swoich spraw. Nawet wasz lud posiada mądrość zapisaną w starych papirusach. Zajrzyjcie więc w pradawne zwoje z Qumran. Nachylcie się nad namalowanym tam Drzewem Stworzenia i przypatrzcie się dziesięciu Świętym Sefirotom. Odnajdźcie dwadzieścia dwie ścieżki je łączące. Kiedyś każdy z was wybrał jedną z nich. Nie wiem gdzie jesteście w tej chwili na tej planszy do gry, ale na górze mapy Horyzont Nieskończoności, gdzie jak śpiewała Anita Lipnicka na debiutanckim albumie „Wszystko się może zdarzyć". Macie czas do niego dojść nim nastanie Dzień Sądu. Potem zatrzasną się drzwi i jak to mówią: Lipa. Lub też Brzoza. Taka jaka rośnie za moimi plecami, a która pokonała wraz ze mną kawał drogi. Nadaję jej teraz nowe imię: Manchineel, inaczej Drzewo Śmierci.

W tym momencie moje wierne Brzozy przeszły metamorfozę. Tam gdzie ich kora była biała, tam stała się czarna, tam gdzie była czarna, stała się biała. Puściły też soki ciemnozielone, które rozlały się wpierw po nich, a potem na otaczającą je glebę. Na gałęziach wyrosły owoce o ciemnej skórze, wydające zapach słodki i zachęcający.

  • Manchineel puścił oto trujący sok z kory, a jeden kęs jego owoców jest dla człowieka tym ostatnim. Być może dlatego wytworzyło się właśnie wokół mego lasu potężne zaklęcie ochronne, z magii starej i zielonej. Tak aby w swym powolnym toku myślenia charakterystycznym drzewom, Manchineel zapomniał o swych morderczych upodobaniach, zastanawiając się raczej, czy to on w swej wściekłości zamknął cały świat wokół, aby ten nie mógł się uwolnić, czy też raczej ludzie otoczyli go zaklęciem, tak aby się przed nim chronić. Kiedy znajdzie odpowiedź na te pytania, życzę wam żeby was nie było w pobliżu. Bo wszelkie stworzenie ma prawo do Świętego Gniewu. Do Psalmów Złorzeczących. Tak aby się oczyścić i zemścić. A komu może złorzeczyć Drzewo Śmierci jeśli nie wam, ludziom?
Drzewa Śmierci, Manchineel (Hippomane mancinella)

Chłopi pobiegli w strachu do swych domostw, zostawiając za sobą kanistry, siekiery i strzelby. Uciekł także Brunon. Biegł polem przed siebie, zlękniony i smutny. Dogoniłem go prędko na swych potężnych nogach i zastąpiłem drogę.
  • Gdzie uciekasz przyjacielu?
  • Przepuść mnie, jeśli jestem naprawdę twoim przyjacielem - odpowiedział przez łzy.
  • Dlaczego opuszczasz naszą kompanię w popłochu?
  • Zmieniłeś się i nie mam na myśli tu jedynie twojego wzrostu - rzekł Brunon - Czy mnie także poczęstujesz śmiercionośnymi owocami, kiedy zrobię coś nie po twej myśli?
  • Nie pamiętasz jak ludzie zabrali ci łąkę? Nie pamiętasz już jak musiałeś się potem tułać, aż okulałeś i wyrósł ci ze zmartwienia garb na plecach?
  • Pamiętam to wszystko - odpowiedział butnie - ale czy ty pamiętasz jeszcze swoje imię? Czy nie byłeś Jackiem, kiedy się poznaliśmy na parkingu przed willą ambasadora? Czy teraz jesteś już tylko Zielonym Panem, kimś kto zapomniał o swoich korzeniach i nie ma żadnej litości dla ludu, z którego pochodzi? Czy tak właśnie wygląda ścieżka mędrca wywodzącego się z twojego rodzaju? Czy mędrzec odnosi się do gróźb i przemocy? - Osioł krzyczał na mnie, aż zabrakło mu tchu, w końcu usiadł zmęczony i cicho dodał - nigdy nie pragnąłem nikogo krzywdzić. Nawet tych, którzy krzywdzili mnie. Tak wybrałem.

Przysiadłem się koło Brunona i otoczyłem go ramieniem,

  • Kochany Osiołku, wysłuchaj mnie ostatni raz - rzekłem najbardziej przymilnym tonem - Pewnie masz rację, choć mi może się zdawać, że nie miałem innego wyboru, zachowując się tak, a nie inaczej. Ludzie uciekli w popłochu i więcej tu nie wrócą. Więcej nie będą nas niepokoić. Nasza zła sława będzie trwała, a umacniały ją będą ludzkie legendy i mity. Żaden z nich się tu już nigdy nie zabłąka, choćby i za dwieście lat. Nie będę musiał już być groźny, ani przerażający. Las nasz chroni pradawna magia. To koniec naszej wędrówki i wszelkich potyczek. Daję ci moje słowo. Czy je przyjmujesz?

Wyciągnąłem przed siebie dłoń, a po chwili zastanowienia Brunon złożył na niej swe kopytko. Tym samym zawarliśmy nowy pakt o braku przemocy. Wróciliśmy do kniei i było tak, jak obiecałem. Nikt z ludzi nie przekroczył więcej granicy naszego lasu. Nasza zła sława dotarła w najdalsze ludzkie miasta.


***


Wraz z całą kompanią żyliśmy spokojnie kilka następnych dekad. Mijały nam zimy, wiosny, lata i jesienie. W ustalonym rytmie mijał nam czas, który spędziliśmy opowiadając sobie historie ze świata drzew i zwierząt, bowiem wiele z nich znalazło w naszym lesie schronienie. Żubry, sarny, daniele, dziki, wiewiórki, zające i króliki, a nawet konie i krowy, które uciekły w swoim czasie z pobliskich gospodarstw. Żaden z gospodarzy nie miał odwagi się po nie upomnieć. Było też ptactwo niepoliczone i gospodarne owady. Zdawało się, że tłok tu panuje i harmider okropny, jednak zarówno ja, jak i Bruno, lubiliśmy niezmiernie całe to towarzystwo. A co do Brunona to zdawało mi się, że zapomniał moje stare winy i był radosny jak nigdy dotąd. Wszystko szło dobrze, aż pewnej wiosennej nocy, może koło roku dwutysięcznego pięćdziesiątego lub sześćdziesiątego, rozbłysły na horyzoncie potężne bomby. Najpierw na wschodzie widzieliśmy grzyb atomowy przerażających wielkości, a potem w odpowiedzi pojawił się drugi, daleko na zachodzie. Łoskot był przy tym potworny, a siła podmuchu zmiotła drzewa wokół, wszystkie poza naszym lasem. Byliśmy bezpieczni, ponieważ chroniły nas stare zaklęcia. Brunon przybiegł i mocno się we mnie wtulił.

  • Jacku, co się dzieje? Boję się okrutnie.
  • To ludzie toczą ze sobą Ostatnią Wielką Wojnę. Wojnę o wpływy i przekonania. Obawiam się, że przy okazji zmietli z powierzchni ziemi większość istnienia, używając najgorszych swych  broni - wyjaśniłem, głaszcząc go czule po sierści.

Następną dekadę spędziliśmy w mroku lub półmroku. Na terenach wokół naszego lasu zalegała mgła z ciężkiego radioaktywnego pyłu, która w ciągu dnia przepuszczała niewielkie ilości słońca. Nie było już drzew, które mogłyby przekształcić zanieczyszczenia w czyste powietrze, nie ostały się także żadne zwierzęta, które byłyby wstanie przemierzać zniszczoną planetę. Żadne prócz ludzi. Tych musiało trochę przetrwać, bowiem czasami dochodziły nas ich odległe wrzaski.

  • Jacku, co to za krzyki? - spytał Brunon.
  • To ludzie toczą ze sobą Ostatnią Małą Wojnę. Wojnę o wodę. Nie mają już swoich rakiet i bomb, dlatego tłuką się kijami i kamieniami. Powoli zabija ich także głód i pragnienie.

Po kolejnej dekadzie mgły poczęły ostatecznie opadać. To co ukazało się naszym oczom przyprawiło nas o ból serca. Otaczała nas aż po horyzont niekończąca się pustynia. Byliśmy niczym oaza, ostatni ostęp roślin i zwierząt. Zdawało mi się, że poza nami nie było na ziemi wtedy już żadnych żywych organizmów. Pewnej nocy okazało się jednak, że nie miałem racji. Spaliśmy wtedy z Brunonem wśród korzeni, kiedy dobiegły nas krzyki.

  • Jacku, czy to znowu ludzie się mordują?

Przysłuchiwałem się przez chwilę dochodzącym nas dźwiękom i rozmowom, a więc temu wszystkiemu co musiało się dziać nieopodal naszego lasu, po czym mu wyjaśniłem.

  • To dwoje ostatnich ludzi. Kobieta i mężczyzna. Spotkali się po latach samotności i przemierzania pustyni. Tulą czule wychudzone ciała i głaszczą swoje wypadające włosy, bowiem są bardzo wzruszeni. Każde z nich myślało, że jest ostatnim człowiekiem na tej planecie. A jednak na siebie trafili. Nie chcą się zabijać już ani o wodę, ani o jedzenie. A nawet gdyby chcieli, to żadne z nich nie ma przy sobie ani kropli płynu, ani ostatniej puszki konserw, które mogłyby się ostać ze starych czasów.

Kiedy wstało słońce, Brunon podszedł na skraj lasu. Chciał zobaczyć ostatnią ludzką parę. Leżeli wtuleni w siebie wśród pustynnych piasków, zaledwie kilka metrów od skraju naszej kniei. 

  • Jacku, szybko! - Osioł zawołał - Patrz oni umierają!

Przyszedłem na zawołanie Brunona i przekonałem się, że miał rację. Nie dawałem tym ludziom wielu szans na przetrwanie. Ich boki zapadały się, skóra była popękana i wysuszona od słońca. Oddech zdawał się ciężki. Ostatkiem sił gładzili wzajemnie swoje zniszczone ciała.

  • Proszę, ratujmy ich! - Osioł spojrzał na mnie podekscytowany - Mamy tu zdrową wodę, mamy i drzewa, których owocami mogliby się posilić!
  • Czy cała nasza historia nic cię nie nauczyła przyjacielu? Czy nie wszedł Adam z Ewą do Raju i nie sprawili, że całe stworzenie nie stało się im podległe? Czy ich potomkowie nie zniszczyli wszystkich lasów, czy nie pozabijali wszystkich zwierząt, czy nie zniszczyli całego swego królestwa?
  • Może i tak było, ale tylko spójrz na nich, proszę! - Brunon nie zamierzał tak szybko rezygnować z przekonywanie mnie do swoich racji - Ta para z pewnością będzie pamiętać błędy swych przodków. Będą wiedzieli, że wszystko może się źle skończyć, będą uczyć swoje potomstwo jak żyć w zgodzie z Naturą.

Uklękłem przy Brunonie, ująłem jego głowę i spokojnie zacząłem tłumaczyć.

  • Masz bardzo dobre serce, Osiołku. Wiedz, że jestem Jackiem, twym dawnym przyjacielem, ale jestem także Zielonym Panem i mam wgląd w wiele rzeczy, które były dla mnie niedostępne, kiedy byłem jeszcze tylko człowiekiem. Ta historia, która dzieje się na naszych oczach, powtarza się już nie pierwszy raz. Powtarza się wciąż i wciąż na przestrzeni kolejnych mileniów i kolejnych ludzkich cywilizacji, które ostatecznie zawsze padają. A przy okazji umiera prawie cała natura. Ci ludzie, którym udaje się przeżyć, zakładają zawsze nową kolebkę ludzkości. Żyją w zgodzie ze światem przez kilka pokoleń. Potem z czasem ludzkie dzieci coraz bardziej zapominają o tym kim byli ich rodzice i skąd się wywodzą i znowu doprowadzają do wojen i katastrof. Ale Ośle, nie tym razem. Na tym ta historia się kończy.

Bruno wyrwał swą głowę z moich dłoni i cofnął się na kilka kroków. 

  • A więc nie zamierzasz im pomóc?

Wstałem i pokręciłem przecząco głową. Osiołek spojrzał na mnie przez łzy i z wyrzutem, po czym wybiegł z lasu, wprost przed siebie w pustynię. Wyrwałem się natychmiast za nim i chciałem go jak niegdyś zatrzymać, ale kiedy wystąpiłem stopami na okalający knieję piasek, uszła ze mnie cała siła mego zielonego ciała. Skóra zaczęła mi pękać, a listowie spadać z włosów. Zwyczajnie usychałem, jak drzewo pozbawione korzeni. Wróciłem szybko dla lasu, aby się ratować. Krzyczałem za moim przyjacielem i płakałem przez wiele dni i nocy, ale on nigdy nie powrócił. Smutek ogarnął mnie wielki. Tak wielki jak wielka była moja miłość do Osła. Wiedziałem, że poczuł się przeze mnie zraniony i miał mnie za tyrana. Wiedziałem, że tak jak ostatni ludzie zmarli przez wejściem do naszej zielonej oazy, tak samo i Brunon musiał dokonać swego żywota na nieprzyjaznej życiu pustyni. Ostatni Osioł na tej planecie. Długo roniłem za nim łzy, aż w końcu zasnąłem zmęczony na środku lasu. A sen mój był głęboki jak ocean.


***


Wybudziłem się w ciemnościach. Tkwiłem zakopany głęboko w ziemi. Spać musiałem długo, bowiem z opadających z drzew liści wytworzyła się nade mną warstwa czarnoziemu głęboka przynajmniej na czterdzieści metrów. Kopałem swoimi mocnymi zielonymi rękoma tunel ku powierzchni, niczym ogromna dżdżownica, aż w końcu wydobyłem się na powietrzę i powstałem. Otaczała mnie gęsta puszcza, obfita w gatunki ogromnych drzew, których nie potrafiłem zidentyfikować. Ich pnie, grube na kilka sążni, ciągnęły się daleko ku niebu. Zaciągnąłem mocno w płuca powietrze, a to smakowało wybornie: świeżością lasu starego na milion lat. Przez gałęzie docierało do mnie światło słoneczne, lecz sama gwiazda nie przypominała tej, którą zapamiętałem. Była kilkukrotnie większa niż kiedy widziałem ją podczas ostatnich ludzkich wojen i zakrywała dużą część nieba. Zrozumiałem, że podczas kiedy ja spałem, nasze słońca stało się stare i poczciwe. Powoli przekształcało się w czerwonego olbrzyma.


Po chwili wyraźnie czułem jej obecność. Nie musiałem jej widzieć, żeby wiedzieć, że to właśnie ona. Położyła dłoń na moim ramieniu, a kiedy się obróciłem, dojrzałem ją. W przeciwieństwie do reszty świata, nie zmieniła się. Była wciąż tak samo piękna i smukła. O skórze zielonej barwy, z mchem porastającym ją w intymnych miejscach. Z listowiem pośród włosów. Utuliłem ją bez słowa. Ona zaś utuliła mnie. I trwaliśmy tak w miłosnym uścisku bez słów, a ogromne słońce pojawiało się nad horyzontem, to za nim ginęło. W tym nowym dla mnie świecie nikomu nigdzie się już nie śpieszyło. Zanim Królowa Lasu przemówiła, minęło kilka tygodni.

  • Chodźmy Zielony Panie - szepnęła mi w końcu do ucha - Twoje Królestwo czeka.

Ujęła moją dłoń w swoją i ruszyła w knieję. Nawet w moim zaczarowanym lesie, stworzonym wraz moimi drogimi przyjaciółmi z ogrodu: Sosnami, Brzozami i kochanym Brunonem, nie widziałem takiego bogactwa i różnorodności roślin i drzew jak tutaj. 

  • Kiedy skończyła się era człowieka, zapadłeś w sen. Na zewnątrz twojego lasu, a był to ostatni las na ziemi, powoli ustępowało zanieczyszczenie. Z każdym kolejnym rokiem zmniejszało się szkodliwe promieniowanie. Pustynia, która was okalała, przestała w końcu tworzyć dla roślin śmiertelne zagrożenie. Cierpliwie, metr po metrze, twoi przyjaciele, ci którzy wystąpili z twego ogrodu, a także ci, którzy w waszej niebezpiecznej wędrówce przystępowali do waszej kompanii, zaczęli ją opanowywać. Przez wieki, areał po areale, aż w końcu nie było na ziemi miejsca, gdzie nie rosłyby drzewa - tłumaczyła Królowa.
  • A ty Królowo? - spytałem - jak ty przetrwałaś?
  • Tak jak i ty Zielony Panie, tak i ja pochodzę z ludzi. Przyszłam na świat z kobiety, były to jednak czasy bardzo odległe od twoich. Na ziemi panował wtedy matriarchat i nikt nie myślał nawet, że kiedyś mężczyźni się zbuntują i będą starali się dojść do władzy. Że stworzą mity o wielkim i straszliwym Bogu, przed którym mieliby chronić kobiety. A jednak przewrót ten się dokonał, a kobiety dały się zwieść. Opowiadam ci o tym wszystkim, abyś uzmysłowił tobie jak bardzo jestem wiekowa. Widzisz, i mnie pewnej nocy las wybrał na swojego ambasadora. Miałam jednak więcej czasu niż ty, na zgłębienie zielonej magii. Dlatego wystarczy mi zaledwie jedno ostatnie źdźbło trawy, aby przetrwać. W niefizycznej formie ducha - tu zatrzymała się i złożyła na mych ustach pocałunek - Przetrwałam, ponieważ przetrwał twój las.

Przez następne milenia przemierzaliśmy zieloną domenę. Królowa Lasu i jej Zielony Pan. Od morza, po najdalszy ocean. Od najwyższych pasm górskich, po najgłębsze doliny. Trwało to tak długo, aż złożyliśmy hołd wszystkim naszym poddanym. Od najwyższego drzewa, po najmniejszy kiełek ukryty wśród kamieni. Poznaliśmy wszystkie ze zwierząt i pozdrowiliśmy je. Od tych, które sięgały głowami po najwyższe łodygi, po te, które nie były większe od mrówek. Kiedy odpoczywaliśmy, kładliśmy się z Królową w runie, wtulenie w siebie, niczym jeden organizm. Tam gdzie kończyła się ona, tam zaczynałem się ja, a gdzie kończyłem się ja, tam zaczynała się ona. Był to dla mnie czas błogostanu i spełniania. O tym jak długo to wszystko trwało, świadczyła tylko wielkość słońca, które powiększało się powoli, acz nieustępliwie i systematycznie.


Po wiekach wędrówek trafiliśmy na nietypowy głaz. Kojarzył mi się z czymś dawnym. Zdawał się jak nieuchwytny kawałek snu, który próbujemy przywołać po przebudzeniu nad ranem. Poprosiłem więc korzenie Drzew, aby wydobyły kamień z ziemi. Kiedy stał już w całości na powierzchni, otarłem go z oblekającej go ziemi.

  • Spójrz Królowo - rzekłem wzruszony do swojej oblubienicy - to Bruno, największy mój przyjaciel. Milenia wcześniej, kiedy uciekł ode mnie, pustynia musiała zamienić go w kamień. I tak stał tutaj przez ten cały czas i czekał na mnie. Zawsze wierny, nawet w śmierci.
  • I ty byłeś mu wierny. Zawsze starałeś się go chronić.
  • Czasami zdawało mi się, że dziecko, które każdy nosi w sobie, pod wpływem ludzi umarło we mnie. Ale wtedy w moim życiu pojawił się Brunon, Osioł prawy i łaskawy nawet dla tych, którzy czynili mu szkodę. Starał się uratować we mnie wszystko to, co było niewinne. 
  • Na tysiąc ludzi odrąbujących gałęzie zła, tylko jeden karczuje korzenie (***) - rzekła Królowa - Zginął gatunek ludzki, ale zostało uratowane nieskończone morze istnień leśnych.
  • Osioł uważał, że nikt nie powinien mianować się panem życia i śmierci. Uznał, że władza skorumpowała moje serce.

Spoczęliśmy na ziemi i oparliśmy się z Królową o boki kamiennego Osła, tak jak zdarzało mi się to robić, kiedy jeszcze żył.

  • Spójrz w niebo Zielony Panie - rzekła - wszystko co dojrzałe pragnie umrzeć. Tak jak owoc, kiedy przychodzi jego czas, spada z gałęzi dojrzały w soki na ziemię, tak i słońce wzbiera w siłę i woła o koniec.
  • Widzę to - odpowiedziałem - coraz gorzej oddycha się ziemskim powietrzem, a temperatury stają się trudne do wytrzymania. Niebawem słońce nas pochłonie.
  • Schrońmy się w tej jaskini - Królowa wskazała na jamę pod korzeniami olbrzymiego drzewa.
W głębi jamy.

Wziąłem więc przemienionego w głaz Brunona pod pachę, a w drugą rękę ująłem dłoń Królowej. Weszliśmy do jamy, która okazała się rozległą jaskinią. Odetchnęliśmy z ulgą, ponieważ było tu chłodno, a powietrze było wilgotne i przyjemne. Poszliśmy wgłąb, wśród korzeni, skał i podziemnych strumyków. Jaskinia biegła daleko, tak daleko, że nie wiem jak długo nią szliśmy, tracąc rachubę czasu. Pewnego dnia, na sam koniec naszej wędrówki zamieniła się w rozległą salę pełną stalaktytów, pośrodku której znajdował się ogromny głaz. Głaz zamrugał do nas oczyma, po czym przemówił.

  • Czy to już czas?
  • Dubnikowy Olbrzymie, to ty! - rzekłem rozradowany, wspominając jak uratował kiedyś moją kompanię, tworząc nad światem nieprzeniknioną mgłę.
  • Czy przyszedłeś spełnić swoją obietnicę Zielony Panie? - Olbrzym zadał mi kolejne pytanie.
  • Tak - odpowiedziałem po dłuższej chwili zastanowienia, patrząc głęboko w oczy mojej ukochanej - Jestem do twojej dyspozycji.
  • Zatem stańcie na mym ramieniu.  

Stanęliśmy z Królową obok jego głowy, a ziemia zaczęła drżeć. W rozległej podziemnej sali Olbrzym wydobył na powierzchnię swe ogromne ramiona i ręce, po czym rozbił kamienny sufit, a przez utworzoną dziurę wpadło słoneczne światło. Zapierając się łokciami, Olbrzym wydobył całe swe ciało na powierzchnię lasu i stanął wyprostowany. Kiedy staliśmy na jego ramieniu, zdawało nam się, że ogromne drzewa pod nami, są małe niczym młode łodygi. Nie wiem jak długo przebywaliśmy pod ziemią, ale słońce przez ten czas stało się większe niż kiedykolwiek i przesłaniało całe niebo. Dubnikowy Olbrzym donośnie krzyknął na wszystkie strony tego świata.

  • Niech mnie wszyscy posłyszą! Oto nadchodzi ostateczna i wieczna noc dla tego świata. Nie płaczcie jednak! Zielony Pan i Królowa Lasu przybywają, aby Drzewa, Rośliny i Zwierzęta nie były teraz same w trwodze.

Kiedy już to wyrzekł, postawił nas na ziemi. Mnie, moją lubą i przemienionego w kamień Brunona. Skłoniliśmy się Olbrzymowi, po czym złożyliśmy z Królową ostatni pocałunek na swych ustach.

  • Kocham cię - rzekła czule.
  • I ja ciebie zawsze kochałem - odpowiedziałem i uroniliśmy po zielonej łzie na naszych policzkach. 

Osioł stał martwy między nami, zaś my chwyciliśmy się za ręce. Królowa prawą dłonią, a ja lewą. Drugą ręką ujęliśmy po gałęzi z pobliskich drzew. Poprzez nie wysłaliśmy mentalnie komunikat, który rozszedł się przez wszystkie korzenie tego świata, które łączyły się przez grzybnię w jeden ogromny organizm.

  • Nie lękajcie się!

Potem słońce powiększyło się tak, że zaczęliśmy płonąć. Trwało to jednak chwilę i nie bolało prawie wcale. Wkrótce zaś gwiazda pochłonęła i całą naszą planetę. I z perspektywy nieskończonego wszechświata zdawało się tak, jakby Ziemi nigdy nie było.


KONIEC


Mapa poglądowa i archiwum podróży zielonej kompanii.

(*) Jerzy Pilch z książki "Żywego Ducha"
(**) Wiersz Piotra Roguckiego z piosenki "Drzewo"
(***) Henry David Thoreau z książki "Walden"