czwartek, 18 lutego 2021

O tym jak spędziłem walentynki. Część Pierwsza: O Królowej i biesach.

Oto serce lasu. Wydaje się być puste, jednak jest nieskończenie pojemne. Znalazłem je w głębokim borze i pozostawiłem nietknięte. Nie powiem wam gdzie to było, bo wolę, żebyście szukali go sami. Las jednak potrzebuje was bardziej, niż wasze mieszkania.

I tak też się stało, że w kościele Mikołaja w wielkopolskiej Krobi pod obrazem z podobizną z rzeczywistością nic wspólnego nie mającą, leżała mała trumienka z relikwiami Walentego. I na wieczór dnia czternastego lutego, roku pańskiego dwa tysiące dwudziestego pierwszego, słysząc wciąż krzyki i nawoływania wśród ludu imienia swego, poruszyła się nieznacznie. Potem wieczko otworzyło się powoli i wypadł z niego na stół kościelnej gabloty, nie mniej nie więcej, ludzki palec. Ludzie wierzyli, że był to serdeczny palec Walentego, jednak w istocie należał do Michała Kmiecia, a co to rękę stracił na kaziukowym jarmarku w 1636 roku w Wilnie. Oskarżony został wtedy o kradzież dóbr wielorakich z kolorowych stoisk kupców. Ręka, teraz całkiem blada, została wkrótce ukryta w brudnym worze, co to w niej jeszcze ręce innych grzeszników leżały, zebrane chyłkiem przez pewnego zaradnego mnicha. Zwał się on Bartoszem i handlował relikwiami. Takimi jakie akurat były potrzebne w danym kościele lub monasterze. Jeśli chodzi o palce to najlepiej schodziły serdeczne. Tak więc Bartosz odcinał je od ręki, najbardziej delikatnie jak potrafił, a z tym co z dłoni zostało, karmił psy przydrożne. I tak też, drogami pokrętnymi, palec Michała Złodzieja trafił do wsi Krobie, gdzie czczony był i dewocjonalia na ścianie kościoła mu wieszano, w podzięce za załatwianie rzeczy różnorakich. W Zaświatach Walenty i Kmieć spotkali się. Umówili się następująco - Walenty zdjął z Michała część win za grzechy i za dwieście lat i nie wcześniej, pozwolił mu przejść z czyśćca do nieba. Pod warunkiem, że ten zrzecze się prawa do swojego palca leżącego w kościele Mikołajowym. Kmieć się zgodził. Od tej pory cała wiara w siłę cudowną palucha, spływała z wiernych bezpośredniego do Walentego. W ten sposób karmił swoją duszę i powiększał swoje wpływy na Dworze Bożym. Bo ludzie w niego wierzyli. I ocalali od zapomnienia.

Palec leżał nadal w gablocie, poza trumienką, kiedy w końcu zaczął drżeć. Mówić nie mógł, ale w języku znanym jedynie palcom i innym członkom ciała ludzkiego, wzywał resztę swojego truchła zmumifikowanego, a poukrywanego w wielu miejscach sakralnych, do przybycia. Aby się z nim połączyło w jedno. Wkrótce zdobione okna kościoła w ogromnym huku i łoskocie pękły na kawałki, pobite przez to co akurat przez nie przelatywało. Nogi, ręce, palce, pukle włosów. Na sam koniec zaś, z kościoła Najświętszej Maryi Panny w Chełmnie, przywędrowała magicznie sama głowa Walentego. Wszystkie te części poskładały się w jakąś całość, lecz widać było, że nic tu do końca nie pasuje, a postać uszyta była z wielu ludzkich ciał. I w takiej formie okrutnej, a może i śmiesznej, ubrany w proporzec bractwa kurkowego, co akurat znalazł się po mszy honorowej stowarzyszenia w budynku, wyszedł Święty z kościoła, aby wysłuchać modły i błagania swego ludu. A tego roku mocniejsze i zdesperowane były bardziej niż kiedykolwiek.

Szedł więc po Krobi, a potem i dalej jeszcze na północ. Słyszał zawodzenia samotnych, proszących o kogoś z kim mogliby wspólnie oglądać seriale, słyszał także tych, którzy zakochani byli nieszczęśliwie. Jedni prosili o zdjęcie z nich czaru miłości, inni prosili, by ci którym darowali swe serca przestali nimi wzgardzać. I nadziwić się nie mógł Walenty, bo z tego co pamiętał, to był patronem od chorób ciężkich, szczególnie umysłowych i nerwowych, a tymczasem chór miłosny wciąż dochodził jego uszu z nowymi prośbami. Z którymi nie bardzo wiedział co począć, bo brakowało mu doświadczenia w tej materii. Stało się tak, że i przez moją wieś przechodził. I posłyszał mój głos. Walenty z niczym innym go pomylić nie mógł. Brzmiał jak pohukiwanie sowy w ciemnym lesie i szum brzozowych liści, drzew co to przyjmują się nawet na nieużytkach i piaskach. Głos szaleństwa brzmi właśnie tak i nie inaczej. Kiedy więc siedziałem spokojnie, choć szalony, w kuchni i grałem sam ze sobą od godziny w karty, przysiadł się do mnie Walenty i wyjął mi z dłoni jedną część talii. Dokończył rozgrywkę w trzech ruchach: „Makao i po makale!”, i wcale mnie to nie zdziwiło, ponieważ szczęścia w kartach nie miałem od zawsze.

  • No i czego ci trzeba obłąkany Jacku? - spytał święty składając wszystkie karty na kupkę - a może chciałbyś, żeby Twoja głowa lekka była i wolna od trosk?
  • Dobrze mi z umysłem właśnie takim, nie nudzi mi się wcale nigdy. A przecież mogłoby.

W międzyczasie Walenty zaczął przeglądać moje żółte papiery, które bez pozwolenia wyjął z szuflady biurka w gabinecie. Patrzył to na nie, a to na mnie. Aż cisza stała się nie do zniesienia i musiałem coś wyrzec.

  • Potańczyłbym. W sumie to przecież święto zakochanych - mój głos przebił ciszę - Twoje święto.
  • Moje, nie moje. Trochę się zgapiłem z tą miłością, bo dawno mnie tu nie było. Ale trzeba iść z duchem czasów, bo ludzie jeszcze nie daj Boże przestaną we mnie wierzyć.

I Walenty pstryknął palcem serdecznym, co go trzymali w Krobi. No ale za mocno i ten odpadł. Święty jednak niewiele sobie z tego robił i przymocował go na powrót do dłoni.

  • Przyjedzie do ciebie dziś ktoś odpowiedni - rzekł Święty wstając od stołu - a ja tymczasem zwracam swoje części do kościołów, żeby mogli je dalej czcić.

I zniknął Walenty, a za chwilę usłyszałem głośne walenie do drzwi. Poszedłem otworzyć, czując i strach i nieludzkie podniecenie. Na zewnątrz stał bies leśny. Wiedziałem, że leśny, bo nie raz się z takimi po lesie goniłem. Nogi miał sarnie, tułów jak od dziecka, no i rogi na głowie, na tych rogach listowie przeróżne.

  • Szykuj się chłopie, bo do ciebie zaraz sama Królowa Lasu zajrzy.

Królowa Lasu! Zatkało mnie i nie nie ma się co dziwić. Drzwi zostawiłem otwarte i pobiegłem czym prędzej przebrać się w garnitur. Kiedy zszedłem na dół, całkiem odstrzelony i wyperfumowany Fahrenheitem, w salonie na smykach grało już czterech biesów pieśni skoczne, ale i romantyczne. I wtem wjechała na ogromnym jeleniu Królowa Lasu. Nie wiem jak się zmieścili pod sufitem, z tym całym porożem i jeszcze z nią na oklep siedzącą, ale podałem jej dłoń, aby pomóc zejść ze zwierzęcia. Królowa, jeśli nie wiecie, wysoka jest i naga, choć pokryta gdzieniegdzie mchem. Skórę ma zielonkawą, twarz nieco dziką, a włosy z dębowych liści. Widok ten piękny zaparł mi dech w piersiach i nie umiałem nic wypowiedzieć. Jeleń wyszedł z salonu na mój ogród, aby skubać trawę spod śniegu i zrobiło się więcej miejsca. W takt biesowej muzyki nogi zaczęły mi same tupać i za chwilę, nie bacząc na własny wstyd i bez pardonu, ująłem Królową w ramiona i zaczęliśmy tańczyć. Tańczyliśmy namiętnie i po całym domu, a biesy leśne ze swymi skrzypkami kroczyły wciąż za nami, niczym w korowodzie. Nie wiem kiedy to się stało, ale zgubiłem gdzieś garnitur i tak całkiem nagi i szczęśliwy, wywijałem z królową takie tańca, o których wstyd jest pisać. Więc nie będę. 


Zanim zaczęło świtać, dopadło naszą kompanię zmęczenie okrutne. Królowa leżała w mym łożu, ja zaś pobiegłem do kuchni. Takich gości należało ugościć z honorami, a więc i odpowiednio nakarmić. Od lat i na specjalną okazję trzymałem w szafce zestaw do fondue. Wyobrażałem sobie, że kiedy przyjdzie pora namiętna i romantyczna, ugotuję w garnuszku ser i jeszcze wypiekę chleb, a potem siądę do stołu z moją panią i będziemy kawałki pieczywa maczać w sosie z nabiału. Moment ten jednak nie nadchodził bardzo długo, i specjalny garnek do fondue pokrył się cały kurzem, a kurz ten do niego przymarzł od moich chłodnych myśli. Jednak nic to! Umyłem go szybko w gorącej wodzie, i potem począłem wrzucać na ogniu składniki. Trochę wina, trochę nalewki z wiśni, nieco masła, ząbek czosnku i jeszcze ser w dwóch rodzajach. Aż zapach się rozniósł piękny po domu i wkrótce w kuchni pojawiły się i muzykujące wcześniej biesy, a na koniec sama Królowa. Siedliśmy przy stole i łapczywie zjedliśmy pieczywo z serem. A kiedy już się najedliśmy. No cóż, nie pamiętam. Zasnąłem na krześle i obudziłem się dopiero w południe, kiedy w domu już nikogo nie było. W kuchni panował bałagan, więc począłem wszystkie naczynia wsadzać do zmywarki. Jeszcze całkiem zaspany. I pomyślałem, że to były udane Walentynki. Choć w całym domu były ślady kozich racic i wiedziałem, że nie obędzie się bez mycia podłóg.

niedziela, 7 lutego 2021

O murach.

To krótki tekst o murach. Wiedz proszę, że to moje mury. Zgaduję, że Twoje są całkiem inne. Jest więc to kilka zdań, mądrych, głupich, a może nieistotnych, ale zaledwie o mnie.

Zawsze w pewnym momencie docieram do miejsca, gdzie brakuje przestrzeni, aby zmieścić moje myśli, poglądy i uczucia. Czuję wtedy, że koniecznie potrzebuję trochę więcej miejsca. Żeby iść dalej. Żeby móc funkcjonować na nowych obszarach, bardziej odpowiednich do zmian, które we mnie następują. Patrzę wstecz i widzę stare mury. Te które już pokonałem. Na środku każdego z nich stoją małe drzwiczki. Murów jest za mną nieskończona ilość, a ja posiadam klucz do każdych z nich. Jest więc to niezwykle bogaty pęk kluczy. Wszystkie wykonane są z różnych materiałów, posiadają inne kształty i wielkość. Kiedy tak postanawiam, klucze nie ważą nic. Są wtedy zaledwie nieszkodliwym konstruktem mojej wyobraźni, zebranym w odpowiedniej szufladzie umysłu. Czasami się zapominam i wtedy ważą zbyt dużo, żebym mógł je dźwignąć. Kiedy czuję ten ciężar, to zdaję sobie sprawę, że droga wstecz jest możliwa i bardzo prosta, a drzwi, które zostały raz przekroczone, można przekroczyć ponownie. Wstecz. Muszę się więc mieć na baczności. Ponieważ nie chcę wracać i nie chcę także, aby coś oderwało moje spojrzenie od obranego celu. Patrzę więc naprzód. Na nowy mur, przez który prawie nic nie widać. Uderzam więc głową, i oto wyłania się z wyłomu promyk słoneczny. Z mojej głowy leci natomiast ciepła stróżka krwi. To nic. My ludzie najlepiej uczymy się z bólu. Mnie samego ból nauczył wszystkiego, co wiem.

Na drodze spotykam ludzi. Jedni starają mi się swoją obecnością powiedzieć o tym, co mi służy, inni mówią o tym, czego nie kocham. Niektórzy za swoje prawdy biorą ode mnie pieniądze. Jednak wskazówki tych, którzy w garderobie za moją prywatną sceną wdziewają kostiumy, na potrzeby odegrania pewnej roli w moim życiu, a robią to nie licząc na jakąkolwiek zapłatę - te drogowskazy zwykle okazują się najbardziej cenne. Z czasem zaczynam na dłoni odczuwać kształt nowego klucza i materiału z jakiego został wykonany. Składa się ze stopu wszystkich wydarzeń, wszystkich ludzi i całej analizy drogi, na jaką mnie stać na danym etapie podróży. W końcu mur staje się przezroczysty. Jest teraz zbudowany z nieskazitelnego szkła. Mogę przez niego spojrzeć, a po drugiej stronie widzę łagodną i mądrą przestrzeń, idealną na kształt mojej duszy. Jest na wyciągnięcie ręki, jednak ja nie potrafię przebić szkła, a klucz jest wciąż niekompletny. Moja frustracja narasta z każdym dniem. Chcę już być po drugiej stronie, ale nie wiem jak i czuje się bezsilny. Walę więc w szkło pięściami i krzyczę z bólu i zawodu. Wtedy cierpię najbardziej, a to cierpienie mnie usypia.

Kiedy śpię, ukryta w podświadomości część mojej osobowości dobiera ostatnie składniki do potrzebnego mi klucza. Kiedy ten jest gotowy, otwiera niewidzialne drzwi w szklanej ścianie, a mnie samego ciągnie bezwładnego po ziemi za kołnierz, przez uchylone teraz skrzydło wrót. Budzę się i wiem, że jestem już po drugie stronie. Jestem w końcu znowu spokojny i szczęśliwy. Nie pamiętam jednak, jak tam trafiłem. Przecież spałem. Nie posiadam więc rozwiązań i nie mam także rad dla innych stojących przed swoimi murami. Wiem, że do pewnych miejsc nie da się dojść. Można się w nich po prostu znaleźć. Wtedy kiedy jesteśmy już na to gotowi.

Często słyszę w mojej krainie, że ktoś ma gotowe rozwiązania na pokonywanie wszelkich murów. Zasady i wytyczne na dobre, słuszne życie. Uważam jednak, że nic podobnego na tym świecie nie istnieje. Albo istnieje w sposób wieloraki i nieskończony. 

Dla każdego stworzone zostało jego własne rozwiązanie tajemnicy przekroczenia muru.

Nie mniej, nie więcej. Taka jest droga.



niedziela, 31 stycznia 2021

Beze mnie, o mnie.

Posiadam w sobie głód. Obecności i wiedzy. Głód obecności sprawia, że czasami, choć bardzo już rzadko, marzę o tym, że kochająca mnie kobieta zasypiała przy moim boku. Dużo jednak wydarzyło się w moim życiu i nigdy już nie modlę się o osobę, która dotrzymywałaby mi towarzystwa w mojej wędrówce. Miałem tyle szczęścia w miłości, że byłoby to grzechem okrutnym. I pychą, na którą mnie już nie stać. Amor sprzyjał mi bardziej niż jakiemukolwiek mężczyźnie, którego poznałem. 

Kiedy myślę natomiast o głodzie wiedzy, to jest to głód tożsamości i własnej historii. O moich przodkach wiem bardzo niewiele. Prababka, niemiecka hrabianka, ukrywała Żydów w czasie drugiej wojny. Pradziad natomiast był bednarzem, a jego beczki można nadal podziwiać w muzeum. Inny pradziad stracił w karty całą rodzinną fortunę. Dziadek walczył w AK, grał na skrzypcach, malował i pisał wiersze. Czasami bardzo cierpię, że nic z jego rzeczy nie trafiło pod moją opiekę. Podarował mi tylko jedno z pierwszych wspomnień dzieciństwa - jego własny pogrzeb. Wujek, jak ja, był w psychiatryku i tak jak ja wychodził z ciała. Ale nie miałem okazji z nim nigdy o tym porozmawiać. 

Siedzę teraz przy ciepłym kominku i myślę o tych wszystkich odległych ludziach, którzy sprawili, że żyję. Myślę o tym co robili podczas każdej z wojen światowych, i podczas rozbiorów. I jeszcze dalej. Kim byli Ci w średniowieczu, co robili jeszcze inni, kiedy Jezus stąpał w odległych krajach po wodzie, i gdzie byli, kiedy Budda uciekł z pałacu swojego ojca, szukając swojej drogi. Chciałbym znać ich historie. I posiadać wiedzę kim jestem, wiedząc kim są Ci, z których każdy dał mi swoją cząstkę. Z nich przecież jestem uszyty.

Wyobrażam sobie całą piramidę ludzkiego istnienia, na czubku której stoję ja. Tysiące osób postawiło swoje życie na szali, żebym mógł teraz napisać te słowa. Czy mają mi za złe moje własne życie i to jak je przeżyłem? To, które tak nieudolnie prowadzę, poszukując wciąż swojej własnej tożsamości? Czy ich wysiłek, w ich ocenie, był warty zachodu? Czy gdyby wiedzieli, że na końcu tej drogi stoję ja, to czy by nadal szli przez zaspy śniegu w wojnach napoleońskich? Nie znam ich, jednak czuję czasami na plecach ich oddech. Chciałbym być spełnieniem ich marzeń. Marzeń o silniejszej ponad wszystko, ludzkiej potrzebie przekazywania kodu genetycznego. 

Do moich przodków: Umiem żyć jednak tylko tak, na ile mi starcza sił i możliwości. Mam także nadzieję, że zostało mi jeszcze trochę czasu. Trochę czasu, by odnajdywać wciąż lepsze wersje samego siebie.

Patrzę jednak także wprzód. Myślę o tych, którzy przyjdą po mnie. Czy oni także będą się upominać o strzępki informacji o ludziach sprzed swoich narodzin? Jeśli tak będzie i cokolwiek to pomoże, to postanowiłem wyjść Wam na przeciw. Ponieważ płynie w Was moja krew. Raz na jakiś czas uporządkuję wszystkie swoje zapiski, wydrukuję i opatrzę w okładkę. Wszystko to w czterech egzemplarzach. Po trzy dla każdego z moich dzieci, i jeden dla osoby, której nie znam, a być może kiedyś przyjdzie i także upomni się o część mojej historii. Tak postanowiłem. Bo warto jest mieć cel w życiu. Nawet jeśli ten cel jest nieodgadniony i daleki. Okryty tajemnicą.

Pragnę Ci powiedzieć, że stąd właśnie pochodzisz. Od człowieka, który nie walczył na żadnej wojnie. Ale walczył o swoją tożsamość i czasami także o lepszy byt. Dla tych którzy mieli przyjść później.


Zostawiam wam także tę książkę. Okropnie się jej wstydzę i nie potrafię jej przeczytać dalej niż kilka zdań początkowych. Ostatnio próbowałem. Choć minęło już tyle lat od jej powstania. Ale taki też kiedyś byłem. Okropnie niedojrzały, z monopolem na prawdę.

środa, 27 stycznia 2021

Świadomy wybór zaświatów.

Mój telefon jest bardzo drogi, ma pięć kamer 
i można nim robić zdjęcia zaświatów oraz portretowe z zamazanym tłem.

Kto nie zaznał w dzieciństwie miłości, zawsze będzie starał się ją odnaleźć w innych. Wyssać ich z niej do szpiku kości, raniąc i zostawiając ogromne spustoszenie w sercach. Nigdy jednak nie mogąc zaspokoić swojego apetytu. Niczym wampir. Ale inni ludzie to nie źródło ukojenia bezgranicznej pustki dzieciństwa. Źródło ukojenia leży gdzie indziej. Zanim jednak niekochane dziecko to odkryje, niczym najeźdźca zniszczy wielu i podbije jak kraje. Wiem o tym, bo to właśnie moja ścieżka.

Pewnego razu, kiedy ojciec mnie bił, powiedziałem mu przez łzy, że pójdzie do piekła, bo jest złym człowiekiem. Odpowiedział mi z beznamiętną pewnością siebie.

Jeśli Hitler myślał, że był dobrym człowiekiem, to na pewno poszedł do nieba. I ja też myślę, że dobrze robię, więc jak on pójdę właśnie do nieba.

I uwierzyłem ojcu, tak jak dziecko powinno.

Jakiś czas temu, wciąż poszukując nowej wiedzy, doszedłem do zaskakującej wizji piekła. Była pozbawiona gotowania ciał grzeszników w kotle i obdzierania ze skóry. Polegała na czymś zupełnie innym. Wszystko co wyrządziliśmy innym, każde złe słowo, uczynek i niesprawiedliwość. To wszystko musielibyśmy przejść ponownie, ale tym razem z perspektywy tych, których skrzywdziliśmy. Przeżyć ich oczyma, ich ciałem i duszą, każdą emocję i ból fizyczny. I mimo, że jestem dorosłym człowiekiem, to ta wizja mną wstrząsnęła, a nawet początkowo przeraziła. Tak jak ojciec wierzył, że był dobry i pójdzie do nieba, tak jak wierzę, że skrzywdziłem wielu ludzi i żyję z tą świadomością codziennie. Dlatego, kiedy umrę, zanim przyjdą po mnie w świetlanym tunelu moi ludzie (niestety na razie nie potrafię sobie wyobrazić, że przychodzi po mnie moja rodzina), to najpierw pragnę wejść do Pałacu Wszystkich Ludzkich Wspomnień. W jego bezkresnej bibliotece odnaleźć wspomnienia osób, które znałem, także tych o których zapomniałem, a nawet tych o których istnieniu nie miałem pojęcia. I przeżyć z ich perspektywy całą krzywdę, którą im wyrządziłem. Taki jest mój wybór zaświatów, jeśli mogę wybrać wedle swoich wierzeń, jak mój ojciec. Jeżeli będę miał wejść z moimi ludźmi do tunelu światła bezgranicznej miłości i przyjrzeć się temu, czego nie sknociłem, to dopiero potem. 

Bo wszystko musi mieć swoje miejsce i porządek. Za wszystko także powinno się dobrowolnie zapłacić oraz ukorzyć. W życiu lub po śmierci. To sprawia, że jesteśmy ludźmi, a nie jedynie zbiorem bezrefleksyjnych mięśni, przytwierdzonych do kości. Ale zostań ze mną proszę jeszcze jedną chwilę.

Myśl jak traktujesz innych.

Czy Twoje myśli na ich temat są sprawiedliwe?

Zastanów się, zanim podejmiesz kolejny krok lub wypowiesz słowo.

Bądź rozważny i cierpliwy.

I uspokój się. Bo nikt już nie chce Cię bić.* 

Pragnę po prostu, abyś uniknął moich błędów.

* No jednak czasami może ktoś jednak będzie chciał. Ale tylko dlatego, że świat nie jest usłany hortensjami, i wylądujesz w złym miejscu o złym czasie. Dlatego rób codziennie pompki jak ja. Na wszelki wypadek.

poniedziałek, 25 stycznia 2021

Sincerely, The Doll Family.

 


Drodzy przyjaciele z dawnych czasów,

Jestem wisienką na waszym torcie upieczonym z życiowego konformizmu i oportunizmu. Choć znamy się od lat, to dopiero teraz powiem jak ja to widzę. Jestem tym dziwakiem, który wzbogaci wasze nudne życie kolejną nieszablonową opowieścią, która tak naprawdę nic dla was nie znaczy. Bo to zaledwie ciekawostka. A ciekawostką można się pochwalić przed znajomymi, którzy akurat także przyszli. Będąc u was, po godzinie już się brzydzę idealnie zaprojektowanego wnętrza waszego domu. Mebli z górnej półki i nowego samochodu. Tego, że trzymacie się kurczowo planu na egzotyczne i drogie wakacje, tak jakby reszta życia nic nie znaczyła i trzeba było ją po prostu przetrwać. W oczekiwaniu na urlop, pracując w korporacji. W całym tym towarzystwie dwuletnie dziewczynka, choć mnie nie zna, wdrapuje mi się wciąż na kolana. Jestem jej wdzięczny za dotrzymanie mi towarzystwa. Choć wiem, że ani jej, ani was, już pewnie nie zobaczę. 

Wracam potem do własnego domu i pragnę pozbyć się tylko z siebie zapachu tamtego, pachnącego egzotycznym odświeżaczem, a może po prostu czymś, czego nie jestem wstanie zidentyfikować.

Nie jestem jednak od was lepszy. Ani gorszy. Tylko wdzięczny za to, jak bardzo mnie określacie. Nie przeszkadza mi brak życia towarzyskiego.

Ps. Gdybyś tam jednak była Kochanie, to śmialibyśmy się do rozpuku z naszych niewypowiedzianych żartów. I wtedy wyprosili by nas sami. Wywieźli na taczkach, których pewnie nie mają, bo przyjeżdża zewnętrzna firma ogrodnicza,

List znaleziony w Jaskini Pływaków.

 

Najdroższy, czekam na Ciebie. Jak długo trwa dzień w ciemności? Lub tydzień? Ogień już wygasł i jest mi potwornie zimno. Powinnam się jakoś stąd wywlec, ale na zewnątrz jest znowu to przeraźliwe słońce. Zużyłam już oświetlenie, podziwiając malowidła i pisząc te słowa. Umieramy. Umieramy wzbogaceni w kochanków i pochodzenie, w smaki których zakosztowaliśmy. W ciała, w które weszliśmy i które przepłynęliśmy niczym rzekę. W lęki tłumione w sobie, niczym w tej nędznej jaskini. Chcę by na moim ciele pozostał ich ślad. Prawdziwe kraje to My. A nie granice na mapie czy imiona potężnych władców. Wiem, że wrócisz po mnie i wyniesiesz mnie stąd do pałacu wiatrów. Tylko tego pragnęłam. Stąpać po takim miejscu z Tobą. I z przyjaciółmi. Po ziemi bez map. Lampa zgasła, a ja piszę w ciemności.

poniedziałek, 4 stycznia 2021

Karolina dźwiga pustkę.

Dochodziła czwarta po południu, a dzień miał się ku końcowi. Za oknem padał śnieg z deszczem. W swoim małym mieszkaniu Karolina przygotowywała obiad. Wyjęła z zamrażarki paczkę warzyw gotowych do podsmażenia na patelni, a z szafki kuchennej kilogramowe opakowanie ryżu. Kiedy przesypywała mrożonkę na patelnię skwierczącą gorącym olejem, obiecała sobie, że od tej pory będzie kupować już tylko warzywa na wagę i bez zbędnych polimerowych opakowań. Pomyślała także, że jednak nic to nie zmieni z perspektywy absolutu, i jeśli prądy oceaniczne będą kiedyś chciały, w wyniku dewastacji środowiska, po prostu ustać lub wyznaczyć sobie nowe kierunki, a planeta pogrąży się w anihilacji wszelkich żyjących gatunków, to właśnie tak się stanie. Bez względu na to czy będzie kupować zamrożone warzywa w plastikowej torbie czy też nie. W obliczu tego wszystkiego będzie miała choć lepszy humor. Powie sobie wtedy, że starała się nie kupować mrożonek w wyniku postanowień noworocznych ad 2021. Innych nie powzięła, ponieważ uznała, że radzi sobie całkiem dobrze. Przesypała następnie pół opakowania ryżu do garnka i zalała wodą. Czekając aż ta zacznie wrzeć, myślała o tym jak wyobrażała sobie wielokrotnie na różne sposoby koniec świata. W jednej fantazji stała na wysokiej górze i obserwowała, jak planeta aż po horyzont zalewana jest przez fale tsunami, w akompaniamencie efektownego gradu meteorytów. W tej wizji jej ostatnią myślą było to, że nawet ostateczne zniszczenie świata jest piękne i po twarzy płynęły jej łzy wzruszenia. Potem szczęśliwa umierała, kiedy jej ciało wyparowywało w skutek uderzenia ostatniej i największej asteroidy. Okazało się jednak, że pomyliła się całkowicie i koniec świata wyglądał zupełnie inaczej. Na końcu świata ludzie siedzieli samotnie w swoich domach. Nie było mowy o tsunami, deszcz padał rzadko, a porządnego śniegu nie było już od czterech lat. Przemilczała dzisiejszy śnieg z deszczem, rzucając mu jedynie przelotne spojrzenie przez okno. Kiedy posiłek był gotowy, nałożyła sobie część na talerz, a resztę przełożyła do plastikowego pudełka na żywność, który zamierzała potem schować do lodówki, kiedy entropia doprowadzi już do wyrównania temperatury powietrza i ryżu. Założyła, że ta ilość jedzenia starczy jej jeszcze na dwa posiłki w kolejne dni. Umyła szybko garnek i patelnię, śpiesząc się, aby posiłek na talerzu nie wystygł. Lubiła jeść wtedy, kiedy naczynia były już wysuszone i odłożone na miejsce, a w kuchni panował porządek. Pomyślała, że jeśli przestanie się starać o takie małe rzeczy, to będzie oznaczało, że życie ją w jakiś podstępny sposób pokonało i jest już bardzo źle. Usiadła przy stole i zjadła posiłek, słuchając z przenośnego głośnika BBC Radio. To jedyna stacja, którą lubiła. Uwielbiała przysłuchiwać się angielskim akcentom reporterów ze wszystkich stron świata i wmawiała sobie, że w ten sposób nie zapomni języka, którego uczyła się większość życia. Jednak tylko słuchała. Nie mówiła. I choć doskonale wszystko rozumiała, zastanawiała się czy byłaby w stanie jak kiedyś prowadzić dyskusje z nienagannym akcentem brytyjskim. Uznała natychmiast, że opinia o nienaganności jej akcentu jest jedynie jej i być może był już on daleki od ideału, a może taki był zawsze. Z radia dowiedziała się, że świat jest pełen przemocy i heroicznych wysiłków jednostek o zachowanie twarzy dla całej ludzkości. Ogarnęło ją przez to gorzkie uczucie na granicy weltschmercu, któremu jednak nie pozwoliła się rozwinąć, uznając, że i ona będzie się starać o tę twarz. Choć trochę i na swój sposób. Po ostanim kęsie ryżu, wytarła usta w chusteczkę i przystąpiła do dalszego zmywania. Teraz był to jeden talerz i sztućce. Po wszystkim zaparzyła sobie herbaty. Earl greya, do którego wkroiła jeszcze trochę imbiru, wsypała kurkumy i goździków, dodała łyżeczkę miodu, a na koniec wycisnęła kilka kropli z połówki cytryny. Na głośniku z bluetootha płynęła teraz muzyka Ólafura Arnaldsa, a Karolina, siedząc w fotelu, wyobrażała sobie, że ten wyjazd do Islandii, na który tak długo czekała, jednak się odbył. Z wiadomych przyczyn nie odbył się jednak. Wszystkie podróże zostały odwołane. 

Nie wszystkie podróże zostały odwołane. Po wypiciu herbaty i godzinie bezczynności, Karolina uznała, że przemoże to narastające uczucie. Uczucie, które każe bać się ludziom zmieniać miejsca zamieszkania, szukać nowej pracy, kiedy męczą się w obecnej, które zabrania im podróżować w samotności do nieznanych miejsc. Gdy było lato, Karolina wyszłaby z domu z naręczem listów, które zostawiałaby pod osłoną nocy na ławkach w parku. Każdy zawierałby wiersz wybranego poety lub złotą myśl filozoficzną. Wyobrażałaby sobie później jak ludzie, nie mogący zapanować nad swym wścibstwem, otwierają je i mierzą się z górnolotnymi myślami innych. I że jedną osobę na tysiąc ta myśl na zawsze by odmieniła. Choć ani Karolina nigdy by tej osoby nie poznała, ani ta osoba nigdy by się nie dowiedziała, jak list w kopercie znalazł się porzucony na parkowej ławce. Była jednak zima, a ławki mokre. Założyła więc zimowe buty, kurtkę, różową czapkę, która kojarzyła się jej z przyjaciółką, która zmarła w zeszłym roku tonąc w oceanie, i poszła na spacer. Po przekroczeniu drzwi klatki schodowej kamienicy, w której mieszkała, założyła na twarz maseczkę i wyszła na zewnątrz. Na ulicy nie było nikogo. Ale tak lubiła najbardziej. 

Kiedy Karolina wychodziła ze swojego pustego mieszkania na pustą ulicę, wyobrażała sobie, że jest ostatnim żywym człowiekiem na ziemi. Że w niewytłumaczalny sposób wszyscy zniknęli, nie zostawiając żadnych pożegnalnych epitafiów. Zastanawiała się ile czasu minie, zanim pozostawione bez obsługi elektrownie przestaną wytwarzać prąd i ostatecznie zgasną uliczne latarnie? Ile czasu zajmie pozostawionym bez nadzoru reaktorom jądrowym wywołanie radioaktywnej zimy? I czy jeśli przeżyje radioaktywną zimę, to jak sobie poradzi? Jak przechowa żywność, którą teraz będzie mogła wziąć ze sklepu, nie pytając się nikogo o cenę? Czy ukradnie ze sklepu myśliwskiego strzelbę i będzie polować na napromieniowane jak ona dziki? Jak sobie poradzi z pasożytami w dziczym mięsie, jeśli i te przeżyją promieniowanie? Czy wegetarianizm jest możliwy w postapokaliptycznym świecie? Ostatecznie postanowiła przeżyć jak najdłużej na konserwowych puszkach i słoikach z warzywami. No i jaki samochód wybierze z opustoszałego salonu sprzedaży? Wybrała dużą terenówkę. Czarną. Ale jak ją zatankuje, kiedy stacje benzynowe będą już dawno nieczynne? Czy lepiej jej będzie w mieście, czy jednak pojedzie w swoje ukochane góry, i tam, jako ostatnia kobieta na ziemi, ostatni człowiek, będzie czekać swojego końca, popadając z czasem w coraz większe szaleństwo? Czego oczywiście nawet by nie zauważyła, niczym staruszka chorująca na kolejne etapy demencji... W tej całej plątaninie myśli, ostatnią była ta o agregacie prądotwórczym. Taki byłby jej niezbędny do słuchania Arnaldsa. Ale przecież nie tylko jego. Słuchałaby na powrót winyli i płyt CD na odtwarzaczach, których już dawno nie posiadała, ale wzięłaby sobie nowe z supermarketu. Ponieważ nie byłoby internetu i Spotify. Myśl o braku internetu sprawiła jej nieoczekiwaną radość. Uznała, że bez sieci wszyscy byliby mniej samotni, trochę bardziej mili i całkiem realni. Mijając kolejne skrzyżowania swojego małego miasta, Karolina zastanawiała się, czy łatwiej byłoby jej żyć będąc ostatnią kobietą na ziemi, czy tak jak teraz, kiedy jest ostatnia osobą na świecie, której telefon wytrzymuje bez ładowania całe trzy doby? Ponieważ nikt nie dzwoni i nie pisze wiadomości tekstowych. Kiedy myślała o swoim telefonie, to zawsze nuciła w głowie piosenkę Joan Osborne.

Nobody callin' on the phone
'Cept for the Pope maybe in Rome

Zawsze uważała, że bycie papierzem, oznaczało bycie szefem w gnieździe jadowitych żmij. I nigdy nie chciałaby nim być, nawet gdyby umarliby nagle wszyscy faceci i cała nadzieja przetrwania kościoła katolickiego pozostałaby nagle w rękach kobiet. Uznała jednak, że w świecie bez mężczyzn sens papiestwa mógłby po prostu nie przetrwać. Kobiety najpierw uznałyby to za niezręczne, żeby tak zwyczajnie utrwalać symbol patriarchatu w nowym feministycznym świecie, a w krótce machnęłyby na to wszystko ręką i zajęłyby się bardziej naglącymi problemami. Takimi jak przetrwanie gatunku w nieoczekiwanym świecie jednej płci. Kiedyś się jej śniło, że jest właśnie nim. Głową kościoła. Dawno temu, kilka stuleci wstecz, kiedy nie wynaleziono jeszcze telefonu, z którego mogłaby zadzwonić do Joan i poprawić jej nastrój. W tym śnie jej komnata sypialniana miała tajne przejście do komnaty jej kochanki. Mogła to być Vannozza Cattanei albo Giulia Farnese. Wiedziała o tym, bo szukała po przebudzeniu informacji na ten temat w internecie, myśląc przez chwilę, że jej sen to wspomnienie dawnej inkarnacji. 

Karolina dotarła z powrotem do drzwi swojej kamienicy. Wcisnęła na domofonie kod i ruszyła klatką schodową na piętro, gdzie znajdowało się jej mieszkanie. Włożyła klucz do zamka i przekroczyła próg swego małego domu całkiem wykończona. Niezdarnie zdjęła buty zimowe, zapierając jeden o drugi, a potem pierwszy o skarpetę. Idąc w kierunku pokoju gościnnego zostawiała za sobą szlak ubrań. Kurtkę, czapkę i rękawiczki. Następnie upadła na wznak na podłodze, tym razem nie robiąc sobie nic z pozostawionego bałaganu. Na jej jeszcze młodą twarz wlewało się przez okno światło ulicznej lampy. Przez chwilę wyobrażała sobie, że to musi być Latarniane Pustkowie i za chwilę Tumnus zabierze ją w hipnotyczny tan po całym lesie. Kiedy z żalem uświadomiła sobie, że faun nie nadejdzie, zaczęła myśleć o tym jak fotony zmieniają swój stan pod wpływem obserwatora, o tym, że kot Schrödingera nadal może być żywy w swoim pudełku wysyłkowym, oraz o tym, że może wszechświat potrzebuje być podziwiany w całej swojej chwale przez parę inteligentnych oczu. Po to żeby nie rozlecieć się w pył. W takim razie w jakim stanie była ona sama? Skoro nikt na nią nie patrzył i nikt nie wiedział, że jest. Czy była już martwa, czy jeszcze żywa? Czy była zaledwie błędem pomiarowym w wyniku eksperymentu, którego nikt przecież nie przeprowadzał?

Gdyby ktoś jednak obserwował Karolinę, to dostrzegłby młodą kobietę leżącą w półmroku. Była ubrana w czarne jeansy i szary znoszony sweter, a jej lewa stopa była naga. Miała krótkie jasne włosy, a gdyby zdjęła niedopasowane do twarzy okulary korekcyjne, z pewnością podobałaby się mężczyznom. Zanim na chwilę przysnęła, pomyślała jeszcze, że nie ma nic niesamowitego w jej najgłębszych myślach. Nie ma w nich nic fantastycznego, ani heroicznego. Ale myślała o nich ciepło, ponieważ dotrzymywały jej towarzystwa i stanowiły o niej.