Nie wiem jak mogę Ci to wytłumaczyć. Opowiem Ci więc o Eneaszu, może to pozwoli mnie lepiej zrozumieć. Widzisz, tak jak i on bardzo obawiam się Greków przynoszących dary. Nie potrafię chyba nic przyjmować bez lęku. Chcę Ci powiedzieć, że po upadku Troi Eneasz zagubił swoją żonę. Poszukiwał jej w ruinach miasta, jednak nie było dane mu jej odnaleźć. I oto rozpoczęła się jego tułaczka. Poprzez Trację, Delos, Kretę, Strofady, Chaonię i Kartaginę, dotarł aż do wybrzeży Italii. Tam, w świętej grocie boga Apolla, złożył ofiarę i wszedł do krainy zmarłych. Nie wiesz jak wygląda ta kraina, to zrozumiałe, bo jeszcze żyjesz i choć marniejesz w moich oczach, to jeszcze się tam nie wybierasz. Nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, że największą pustynią nie jest Sahara. Jest nią ta na Antarktydzie. Jej powierzchnia ma czternaście milionów kilometrów kwadratowych. Jeśli chcesz mieć jakiekolwiek porównanie wielkościowe, to wyobraź sobie Europę, a potem dodaj do niej jeszcze trzy dziesiąte jej całkowitej objętości. Warstwa lodu sięga w najgłębszych miejscach pięciu kilometrów, a przy tym znaczna część tego lodowego spektaklu znajduje się trzy kilometry nad poziomem morza. Tak i wygląda kraj nieżywych, z tymże ten jest bezkresny. To nieskończona pustynia lodu, obumarłych roślin i pochłaniającej wszystko złowieszczej mgły przez którą przebijają się do ucha wędrowca jedynie szum wiatru i zawodzenie. Jęki wielu pokutujących, których trudno wypatrzyć. Może zaledwie ich cienie. Czasami jest to krzyk Syzyfa po raz kolejny tracącego swój głaz na lodowym zboczu. Bojownika przeciwko autorytetowi bogów i jakże udanego obrazu absurdu ludzkiego żywota. Możesz usłyszeć też ujadanie Prometeusza, gdy po raz kolejny orzeł wyjada jego wątrobę, kiedy nad światem umarłych zaczyna świtać. To jego odwieczna kara za darowanie ludziom wiedzy o ogniu, ale przecież to wiesz, bo wszyscy pamiętają jego poświęcenie. Choć niektórzy zwą go teraz Jutrzenką i przestali go pojmować odpowiednio. Wsród lodu brnął wtedy także Eneasz, poszukujący nadal swojej żony. Na drodze zatrzymały go lew, pantera i wilczyca i zaczęły do niego przemawiać.
„Możesz spotkać się ze swoją umiłowaną pod jednym warunkiem. Przyjdzie do ciebie codziennie w miejsce koło olbrzymiej lodowej skały, ale nie będzie pamiętać. Będzie żyła w niej jednak pamięć uczucia, którym na całe życie cię obdarowała. Kierowana miłością zacznie zbliżać się do ciebie w rozmowie, a ty będziesz przypominał jej kim jesteś i kim dla niej byłeś. Kiedy już będzie świadoma twego imienia, imienia swojego męża, padnie w twoje ramiona. Kiedy ją utulisz i łzy radości napłyną do twych i jej oczu, wtedy odepchniesz ją i powiesz, że nią gardzisz. Ujdzie od ciebie w płaczu i zrozpaczona. Jeśli tego nie zrobisz rzucimy się na nią i rozszarpiemy jej ciało. Jeśli spiszesz się, twoja żona powróci następnego dnia, bez pamięci, a ty odtworzysz całą scenę”.
Eneasz padł przed nimi na kolana, a przed niego wystąpił lew.
„Wiatr dziś niesie do naszych uszu trud Syzyfa i wyczerpany oddech Prometeusza, któremu właśnie odrasta na danie dla orła jego własna wątroba. Ty jednak nie musisz pozostać tu wiecznie. Jam jest pychą, pantera rozwiązłością, a wilczyca to chciwość. Pokonaj nas, a ujdziesz z żoną z tego miejsca.”
Czy słyszysz mój donośny głos, wybijający się ponad tłum? Bądź na niego głuchy. MYŚL I CZYŃ SAMODZIELNIE.
czwartek, 1 marca 2018
piątek, 29 września 2017
Rozdział czwarty: Pył na wietrze
Tego dnia Hiob skończył siedem lat. W izbie jego rodzinnego domu unosił się zapach świeżo wypieczonego chleba. Wiedział, że jego matka już od wczesnych godzin porannych krzątała się po obejściu. Słyszał, że najpierw cichutko zamiotła pomieszczenie, potem zabrała się za wyrabianie ciasta na wypiek. Na koniec rozpaliła ogień pod piecem, obok którego znajdowało się łóżko Hioba. I poczuł przyjemne ciepło. Nie śmiał otworzyć jednak oczu. Podekscytowany i niepewny czekał na to co miało się tego dnia wydarzyć i udawał, że nadal śpi.
***
- Zbudź się kochany.
- Dzień dobry mamusiu - cichutko wyszeptał Hiob.
- Dzień dobry Hiobie. Spójrz przez drzwi izby. Zobacz jak pięknie wpadają przez nie promyki słońca. I grają, grają dla Ciebie. Na drobinkach kurzu wesoło unoszących się w powietrzu. A drobinki tańczą wesoło i bardzo cichutko śpiewają. Śpiewają tak cichutko, żeby ich śpiew mógł dotrzeć tylko do bardzo małego ucha.
- Mamo, a jak małe musi być takie ucho, żeby usłyszeć co śpiewają?
- Och... musi być tak małe jak ucho siedmioletniego chłopca.
Hiob nic na to nie odpowiedział. W wysiłku aż zmarszczył czoło i starał się usłyszeć delikatny śpiew. Skoncentrowany nasłuchiwał, a przez chwilę zaczął wątpić czy to na pewno dziś jest dzień jego siódmych urodzin, a jego ucho osiągnęło już właściwy rozmiar. Widząc to jego matka nachyliła się nad nim czule i najciszej i delikatniej jak tylko potrafiła zanuciła mu do ucha.
- Kolejny piękny dzień.
Jak każdego ranka Hiob na polecenia matki umył twarz i ręce w misce, a następnie siadł przy stole na środku izby, zjadł kawałek chleba i popił wodą. Następnie matka poprosiła by odstawił krzesło od stołu na odległość trzech kroków, kucnęła przed nim i patrząc z miłością w oczy rzekła:
- Dziś kończysz siedem lat. A z dalekich pastwisk do domu wraca twój ojciec. Zwyczaj każe, abym tego dnia specjalnie przygotowała cię na jego powrót. Kiedy będziesz już sprawiony wyruszysz z nim pomóc mu przy jego stadzie, które choć niewielkie dawało nam zawsze pożywienie i pieniądze, a przede wszystkim schronienie. Twój ojciec nauczy cię o zwierzętach, nauczy ich zwyczajów, tego jak rozumieć ich mowę, aby czuły się bezpiecznie i podążały za tobą. Nauczy cię jak rozpoznawać dobre pastwiska, a także wykorzystywać wszelkie rośliny i zioła na swoją korzyść. A w nocy, kiedy będziecie leżeć przy ognisku pod otwartym niebiem, będzie uczył cię o gwiazdach, tak abyś nigdy nie czuł się zagubiony i zawsze mógł odnaleźć drogę do domu. Do mnie. A ja zawsze będę na was czekać.
Po policzkach Hioba w ciszy spłynęły łzy smutku. O tym co miało się wydarzyć wiedział już wcześniej i nie było dla niego zaskoczeniem. Inni okoliczni chłopcy, których znał, kończąc wiek siedmiu lat także przechodzili pod opiekę swych ojców. Niektórzy wyruszali na polowania, inni wypływali w morze. Jeszcze inni uczyli się rzemiosła, którego ich ojcowie nauczyli się od swoich ojców. Hiob wiedział więc co zajdzie. Nie był jednak przygotowany ani na lęk przed nieznanym, ani na rozpoczęcie życia z dala od matki, która była całym jego dotychczasowym światem. Ta widząc jego ogromny smutek przytuliła go mocno, a zwykle kiedy go tuliła tak mocno mówiła: "Muszę uważać, żeby nie połamać ci żeber!". Dziś jednak, żadne słowo nie było w stanie jej przejść przez usta. Ujęła jego dłoń i posadziła na krześle. Nabrała z miski wody i dokładnie zwilżyła mu włosy. Następnie ujęła ostry nóż i kolejno zaczęła ścinać kosmyki włosów tuż przy głowie, które potem opadały na podłogę izby. Kiedy była bliska końca usłyszeli najpierw beczenie owiec dobiegające z dworu, następnie już tylko kroki, by na koniec ujrzeć postawną męską postać stojącą w promykach słońca przedostających się przez drzwi. Hiob nerwowo poruszył się na krześle i matka tnąc ostatni kosmyk włosów zraniła go nożem w głowę. Chłopiec krzyknął w bólu.
- Witaj żono, witaj synu.
- Chodź ze mną chłopcze.
- Spójrz Hiobie. To ziemia Us. Kiedy tu przybyłem nie miałem niczego. Nie miałem nawet marzeń. Miałem tylko kilka prostych potrzeb i chciałem przetrwać. A każdy dzień był zmaganiem i niewiadomą. Kiedyś na targowisku ujrzałem twoją matkę. I choć widziałem cuda natury, to wszystkie zdawały się przy niej blednąć. I wtedy zacząłem marzyć. I choć każdy dzień nadal był zmaganiem, to nie był już niewiadomą. Bo zaufałem Bogu, że mój wysiłek zaowocuje spełnieniem mojego snu, że kiedyś twoja matka zostanie moją żoną i wyda mi na świat syna. I tak zarobiłem na pierwszą owcę własnymi rękoma, a pierwsza owca zarobiła już na drugą. I tak powoli powstawało moje stado. I kiedy znany byłem już w okolicy ze swojej pracowitości, poprosiłem ojca twojej matki o jej rękę. A potem na świat przyszedłeś ty mój mały chłopcze. I dzięki tobie nie żałuję żadnego dnia swojej ciężkiej pracy. Bo wiedziałem, że dzięki temu ty kiedyś będziesz miał lżej. Że zawsze będziesz miał dom, do którego będziesz mógł wracać, a twoje dni nie będą nigdy niewiadomą i przepełnione strachem, którego nie raz doświadczałem. Kiedyś weźmiesz moje stado i rozmnożysz je jeszcze bardziej, a także dodasz do niego inne gatunki. A ludzie będą cię szanować, a przez to ty będziesz szanować moją pamięć, kiedy mnie już dawno nie będzie.
Ojciec spojrzał na Hioba. Przeczesał jego krótkie włosy szorstką dłonią.
- Czy nadal boli cię rana nad uchem?
- Tak tato.
- Wiesz, nie raz byłem chory albo ranny. Albo tak głodny, że nie widziałem już nadziei na poprawę swojej sytuacji. I kiedy nie mogłem znaleźć już żadnego powodu, żeby wstać i maszerować dalej, wtedy stosowałem magiczne zaklęcie.
- Naprawdę znasz magiczne zaklęcia tato?
- O tak, a przynajmniej jedno.
I ojciec ujął z ramienia Hioba drobne ścinki włosów i ułożył na szeroko rozpostartej dłoni drugiej ręki.
- Widzisz synku, kiedy coś mi dolega, albo mam jakieś zmartwienie, wtedy wyobrażam sobie, że ten ogromy problem przybiera postać odrobiny pyłu. Kładę wtedy taki pył na swojej dłoni i mocno na niego dmucham, aż ulatuje wesoło tańcząc na wietrze. I wiesz co?
- Co tato?
- Nigdy już nie wraca - po czym mocno dmuchnął na ścinki włosów Hioba, które następnie porwał wiatr.
***
Siedzieli przy nim już cztery dni. Hiob zaś cztery dni głównie był nieprzytomny, a kiedy spał spokojnie oddychał, bo śnił i nie czuł bólu. Jak co noc Elifaz rozpalał ognisko, Bildad wracał z rybami wyłowionymi z morza, zaś Sofara przemywała ropiejące rany Hioba. I choć przybyli z odległych miast Temanu, Szuach i Naamy, od kilku dni pieczołowicie zajmowali się swym chorym przyjacielem. Hiob w końcu otworzył oczy.
- Wiesz Sofaro? Śniłem o swoich rodzicach. I przez chwilę myślałem, że to moja matka znowu czuwa nade mną.
- Nie Hiobie, to ja czuwam nad tobą. Zaś Elifaz rozpalił ognisko, byś mógł ogrzać swoje ciało. A Bildad jak wiesz jest nieocenionym rybakiem. Jak mu się chce oczywiście. Ale widzę, że dla Ciebie mu się chce, bo właśnie niesie piękne ryby.
Hiob spojrzał na przyjaciółkę, a potem na dwóch mężczyzn krzątających się przy ognisku. Spojrzał na nich z miłością.
- Przybyliście mi towarzyszyć w ostatniej wędrówce?
- Przybyliśmy czekać przy tobie, aż wyzdrowiejesz.
I milczeli potem dość długo. Słychać było tylko szum wiatru i morza, a także strzelający ogień.
- Sofaro? - wyszeptał Hiob.
- Tak przyjacielu?
- Znam was wszystkich większość mojego życia i zawsze mogliśmy liczyć na siebie, choć los od dzieciństwa porozrzucał nas daleko po świecie. Ale nie opowiadałem wam jednej historii. Niechże Elifaz i Bildad podejdą do nas.
I kiedy cała trójka przyjaciół usiadła w półokręgu wokół Hioba, ten spokojnie kontynuował.
- Mój ojciec nauczył mnie magicznego zaklęcia. Widzicie, kiedy miałem jakiś problem wyobrażałem sobie, że jest on niczym pył na drodze po której stąpam, taki malutki. - tu Hiob ujął trochę piasku z ziemi, na której leżał i ułożył na swojej rozpostartej dłoni - kładłem pył na ręce, dmuchałem na niego mocno, a jego drobinki unosiły się na wietrze wesoło tańcząc w promykach słońca i nigdy nie wracały. Choć moje uszy były już zbyt stare by słyszeć cichy i radosny śpiew, o którym opowiadała mi matka, to moje problemy bezpowrotnie odpływały i niknęły jak pył na wietrze.
Tu Hiob uczynił przerwę i spojrzał po kolei w oczy swych przyjaciół. Po czym tak mocno jak jeszcze potrafił znaleźć siłę w swym trędowatym ciele, dmuchnął w dłoń. Piasek pozostał jednak niezmiennie na jego ręce, przylepiony do mazi wydobywającej się z ropiejących ran.
środa, 23 sierpnia 2017
Rozdział trzeci: Prezentacja
Siedziała w ciszy. Na wygodnym dębowym fotelu, wyściełanym atłasowym płótnem o burgundowym kolorze. Na okrągłym stoliku umiejscowiona była lampka, na której złotym podeście pół-cylindryczny zielony klosz dawał oszczędne światło, rozświetlając zaledwie jej czarne źrenice, bladą twarz, czarną szatę i ciemne włosy sięgające ziemi i wijące się w wysokiej trawie. Wokół niej w półmroku rysowały się potężne półki uginające się pod nieskończoną ilością woluminów. Gdzieś wysoko ponad Nią, gdzie nie sięgały już księgi, widocznie świecił gwiazdozbiór Łabędzia ze swym nadolbrzymem Denebem, któremu inne gwiazdy nie dorównywały w wielkości i mocy.
Na stole rozłożona był tylko jedna księga. Trzymała na niej dłoń.
Pomiędzy regałami pojawiła się wysoka męska postać. Nie sposób było rozpoznać jej rysów czy stroju, jednak biła od niej bladoniebieska poświata ujawniająca kształt.
Starannie zamknęła księgę. Obok stolika na drugim dębowym i wygodnym fotelu wyściełanym burgundowym atłasem, a w miejscu gdzie przed chwilę nie było jeszcze nic, siedział szczupły mężczyzna w smokingu, o ciemnych włosach zaczesanych do tyłu. Na stole oparł łokieć i otworzył dłoń, nad którą uniosła się świetlista kula, której blask nadał nieco ciepła przestrzeni.
Na stole rozłożona był tylko jedna księga. Trzymała na niej dłoń.
Pomiędzy regałami pojawiła się wysoka męska postać. Nie sposób było rozpoznać jej rysów czy stroju, jednak biła od niej bladoniebieska poświata ujawniająca kształt.
- Tak Michale? - spytała spokojnie nie podnosząc wzroku z otwartej księgi.
- Przybyłem oznajmić wieści. Jutrzenka przebywa na naszej gęstości. Prosi... nie to niewłaściwe słowo. On oznajmia swoją audiencję u Ciebie.
- Dobrze. Niechaj wejdzie, skoro przybył. I odnajdź Imamiah, niechaj zaparzy nam herbaty. Mam do niej jeszcze kilka sprawunków.
- Czy coś jeszcze? - spytała.
- Przybył z liczną świtą. Z mojej rachuby wynika, że tradycyjnie towarzyszy mu dziewięciu wiernych lordów, każdy z zastępem 73 poddanych - tu uczynił pauzę - i każdy z poddanych dzierży przynajmniej kilka par łyżew.
- Rozumiem, że cała ta sytuacja powoduje dość spore zamieszanie na gęstości. Poproś Jutrzenkę by łaskawie zostawił swój dwór przed moimi drzwiami - tu spojrzała w końcu na Michała - i pofatygował się osobiście lecz w pojedynkę.
Starannie zamknęła księgę. Obok stolika na drugim dębowym i wygodnym fotelu wyściełanym burgundowym atłasem, a w miejscu gdzie przed chwilę nie było jeszcze nic, siedział szczupły mężczyzna w smokingu, o ciemnych włosach zaczesanych do tyłu. Na stole oparł łokieć i otworzył dłoń, nad którą uniosła się świetlista kula, której blask nadał nieco ciepła przestrzeni.
- I cóż przynosisz Jutrzenko? Oczywiście prócz światła.
- Och, z pewnością się domyślasz. Przecież wiesz wszystko, a cała ta ilustracja Twojej osoby... - spojrzał na nią rozbawiony - ta ilustracja tego nieskończonego pomieszczenia imitująca Twoje rzekome powiązanie ze stanem duszy ludzkiej i jego wyobrażeniu o Tobie, ta maskarada, jest po prostu ujmująca. Zresztą chyba nie jesteś na bieżąco z biegiem wydarzeń. Matriarchat skończył się eon temu. Tam na dole. Pamiętasz jeszcze gdzie to jest?
- Zakład. Nasz zakład - wyszeptał w końcu Jutrzenka, niecierpliwie bawiąc się świetlistą kulą i przerzucając ją między palcami.
- Tak, zakład - odpowiedziała niewzruszona.
- Przybywam oddać łyżwy i żądam egzekucji zakładu wynikającej z mojej wygranej!
- I cóż uczyniłeś z tego daru otrzymanego ode mnie Jutrzenko? Komu i jak go zaniosłeś?
- Uczyniłem z niego pożytek jak i miałem uczynić. Zaniosłem go im wszystkim, także Głupcowi. A teraz, skoro Głupiec nie żyje, żądam egzekucji zakładu.
- A cóż się stało, że tak sądzisz?
- Testujesz moją cierpliwość?
- Oczekuję twojej interpretacji wydarzeń.
- Siedział tydzień w tej swojej chacie. Stan depresyjny można określić jako ten, kiedy talerze jak przestają mieścić się w zlewie, zaczynają wypełniać wannę. Chyba choć trochę znasz ludzi? Ale on tam wanny nie miał. Siedział i czekał. I w sumie się chyba spodziewał. Więc na koniec jak zabrałem mu dom, to zajęcie które wykonywał w celach zarobkowych i kobietę, a ludzie go pozostawili, z czego się właściwie cieszył, ponieważ uważał, że oddaje innym tylko swój smutek i ich krzywdzi... Wiesz, wtedy zabrałem mu syna. Bezskutecznie szukając pomocy wznosząc podniosłe modły do Twoich zastępów i jak wielu nie znajdując pomocy udał się do psychiatry. Wiesz, kto to psychiatra? Miał taki cały zestaw tabletek gotowych unicestwić jego materialne ciało. Przeczytał uważnie ulotki, chciał mieć pewność, że jego serce stanie i zażył wszystkie. Napisał pożegnalny list i położył się do łóżka. Po czym umarł. To znaczy nie żyje. Ujmując to innymi słowami - Jutrzenka uśmiechnął się delikatnie lecz z satysfakcją.
- Prosiłaś o herbatę Pani. Dla Ciebie i Twojego gościa.
- Tak Imamiah. Dziękuję.
- Zakład! Nasz zakład. Tak się składa, że dziewięciu moich lordów...
- ...każdy z zastępem 73 poddanych, z czego każdy dzierży po kilka par łyżew czekają pod drzwiami Pani. Och Jutrzenko, są urzeczeni naszą gęstością! - przerwała mu z entuzjazmem Imamiah. - proszę skosztuj herbaty - Imamiah skończyła nalewać płyn do jego szklanki - Czy zdajesz sobie sprawę, że nieznaczna część populacji ludzkiej jest odporna na działania farmakologiczne? - zakończyła z nieskrywaną radością - To takie niespotykane!
- Gdzie on jest? - spytał cedząc słowa przez zęby.
- Głupiec? Nie martw się, jest bezpieczny. Gdzieś pomiędzy. Czeka na powrót. - odpowiedziała Imamiah.
- Jam jest Lucyfer, gwiazda zaranna. Jam jest ten, który niesie oświecenie i wiedzę i poddaje charaktery próbom i wyzwaniom. Jam jest ich orędownikiem źle pojętym. I wrócę upomnieć się o swoje. Do Ciebie Pani.
wtorek, 25 lipca 2017
Z listów nie wiadomo już kogo chwilowo i do kogo: Tutaj, 25.07.2017
Łapię się na tym, że chcę Ci wysłać wiadomość i nerwowo sięgam po telefon do kieszeni. Ale naprawdę nie mogę i po chwili dochodzi do mnie absurdalność całej sytuacji. Po tym całym czasie, który minie od napisania dzisiejszego listu, a momentem jego Twojej lektury, też już będziesz wiedziała dlaczego.
Kupiłem jednak maszynę do pisania. Kosztowała mnie dwadzieścia złotych na starociach oraz dodatkowe pięć złotych za jednego pluszowego misia koala oraz mamę kangurzycę z małym kangurkiem w torbie. Mały kangurek jest na sznureczku i można go z torby wyciągać, ale bez obawy, że zginie. Całość wybrała sobie H., a ja sam ją do tego zachęcałem. Potem wypraliśmy te wiekowe pluszaki i tak każdy był zadowolony. Ona, że darowała drugie życie starym zabawkom, a ja, że do końca wypruje kiedyś flaki z tej starej niemieckiej maszyny do pisania. To wiekowy Adler "Tippa" z lat pięćdziesiątych, więc dzięki Bogu, żaden (przynamniej aktywny) nazista nie maczał paluchów w jej produkcji. Chyba, że się zniechęcę i z czasem kupię nową, albo ukradnę moim dziadkom tę, którą pisałem przepisy kulinarne będąc dzieckiem. Są już tak zaawansowani w wieku, że naprawdę krzywda im się nie stanie, bo i tak nic nie zauważą. Powodem jest to, że mój Adler nie ma polskich znaków i dodatkowo "Z" zamienione z "Y". Trochę to męczące podczas zapisywania całej kartki formatu A4 drobnym tekstem do Ciebie.
Tak więc napisałem. Znajdę teraz kopertę w szufladzie. Chyba mam w gabinecie. Jak się zbiorę to za jakiś czas znowu coś napiszę. Biorąc moje uwielbienie epistolograficzne, to nawet jestem zadowolony. Tylko ten układ klawiszy "QWERTZ"... zobaczyłem dopiero w domu, ale za tę cenę nie ma co narzekać.
Cholera wie, kiedy to przeczytasz. Za miesiąc, rok? Nie wiem. Oczekiwanie stało się czymś niezauważalnym.
Kupiłem jednak maszynę do pisania. Kosztowała mnie dwadzieścia złotych na starociach oraz dodatkowe pięć złotych za jednego pluszowego misia koala oraz mamę kangurzycę z małym kangurkiem w torbie. Mały kangurek jest na sznureczku i można go z torby wyciągać, ale bez obawy, że zginie. Całość wybrała sobie H., a ja sam ją do tego zachęcałem. Potem wypraliśmy te wiekowe pluszaki i tak każdy był zadowolony. Ona, że darowała drugie życie starym zabawkom, a ja, że do końca wypruje kiedyś flaki z tej starej niemieckiej maszyny do pisania. To wiekowy Adler "Tippa" z lat pięćdziesiątych, więc dzięki Bogu, żaden (przynamniej aktywny) nazista nie maczał paluchów w jej produkcji. Chyba, że się zniechęcę i z czasem kupię nową, albo ukradnę moim dziadkom tę, którą pisałem przepisy kulinarne będąc dzieckiem. Są już tak zaawansowani w wieku, że naprawdę krzywda im się nie stanie, bo i tak nic nie zauważą. Powodem jest to, że mój Adler nie ma polskich znaków i dodatkowo "Z" zamienione z "Y". Trochę to męczące podczas zapisywania całej kartki formatu A4 drobnym tekstem do Ciebie.
Tak więc napisałem. Znajdę teraz kopertę w szufladzie. Chyba mam w gabinecie. Jak się zbiorę to za jakiś czas znowu coś napiszę. Biorąc moje uwielbienie epistolograficzne, to nawet jestem zadowolony. Tylko ten układ klawiszy "QWERTZ"... zobaczyłem dopiero w domu, ale za tę cenę nie ma co narzekać.
Cholera wie, kiedy to przeczytasz. Za miesiąc, rok? Nie wiem. Oczekiwanie stało się czymś niezauważalnym.
Tutaj, 25.07.2017
El Emperador.
piątek, 21 kwietnia 2017
Nowy New Age dla ubogich na duchu i umyśle jak ja i według mnie.
- Co ma być to będzie.
- A co ma wisieć nie utonie.
- Gdyby kózka nie skakała to by nóżki nie złamała.
- Więc miej baczność jak sobie pościelisz, bo tak się wyśpisz.
- Miej wyrąbane, a będzie Ci dane.
- Lecz się nie nastawiaj na nic konkretnie, zanim kule nie wpadną do maszyny losującej.
- Z pustego i Salomon nie naleje, a już na pewno nie ty mały smrodzie.
- Krzykiem skrzypiec nie nastroisz, a lato byłoby dłuższe, gdyby nie zima.
- Wiedz, że niewiele wiesz.
- A Twój bliźni wie niewiele więcej.
- I jedenaste. Jak nie ma rozwiązania to nie ma problemu.
Et voilà, ç'est prêt. Good night and good luck et bon chance.
poniedziałek, 20 marca 2017
Z listów Głupca (2): do M.
- Widzisz synku, ja nie jestem z tego czasu.
- Przecież Cię widzę i rozmawiam z Tobą.
- Tak, ale to moje jedyne wspomnienie z tego obecnego dla Ciebie czasu.
- Przecież jesteś tu cały czas! Zawsze byłeś. I wczoraj i przedwczoraj.
- Nie kochanie. W tym okresie, w którym ja funkcjonuje jesteśmy od siebie oddaleni. Jesteś lub właściwie byłeś jednak zbyt mały, żeby to zachować w pamięci. Widzisz, nie miałem żadnej pewności czy się spotkamy... Więc wykorzystałem prekognicję i wpompowałem to jedno zdarzenie z przyszłości do mojej pamięci wtórnej. Tak aby mieć pewność, że obojętnie co się wydarzy to ewentualnie dojdę do tego właśnie punktu na osi czasu, gdy siedzimy razem i spokojnie rozmawiamy.
- Widzę, że to jedna z Twoich opowieści, których masz bez liku i nie wiem czy w nią wierzyć. Opowiadasz mi o wizualizacji, tak? Uczyłeś mnie o tym. Przyciągania danych wydarzeń poprzez ich uporczywe wyobrażanie...
- Uczyłem Cię o tym? A widzisz, ja tego nie pamiętam.
- Jesteś zabawny tato. Poza tym nie można wpływać w sposób w jaki mówisz na przyszłość. W każdym razie nikt tego nie udowodnił, a przecież zawsze kazałeś mi wątpić w to co nie jest poparte logicznymi dowodami.
- W takim razie opowiem Ci jedynie jak tego dokonałem. Słyszałeś o dylatacji czasu? I o tym jak jego upływ zmienia się wraz ze zmianą grawitacji?
- Będziemy rozmawiać znowu o teorii względności?
- Nie ma na ziemi machiny czasu, ale są czarne dziury. Jesteś w stanie wyobrazić sobie upływ czasu w jednej z nich?
- Nawet jeśli tak, to masa naszego słońca jest zbyt mała, żeby kiedykolwiek w naszym układzie słonecznym czarna dziura powstała. Mówiliśmy o tym. Musiałbyś najpierw przenieść się poza nasz system planetarny, wyprzedzić mój czas, porozmawiać tu ze mną i potem to jeszcze jakoś odkręcić i wrócić do siebie jakby nigdy nic. A już poza tym, to kompletnie nie ma nic wspólnego z prekognicją! Widziałem raz na filmie jak superman tak długo zataczał krąg wokół ziemi aż zaczęła kręcić się w odwrotnym kierunku pod wpływem jego pędu i tak cofnął czas i uratował swoją Louis Lane przed śmiercią, która zdążyła się wydarzyć. Zapomnieli tylko pokazać oceany występujące z brzegów.
- Ale spójrz, jak przekraczałem horyzont zdarzeń to spojrzałem na swoją rękę i jej nie zobaczyłem, bo pole grawitacyjne dziury wciągnęło całe światło, które mogłoby dojść do moich oczu. I od tej pory nie mam ręki, o patrz!
- Tato, wyjmij ją z rękawa. Chodźmy lepiej popływać.
- Umiesz pływać?
- Tato!
- A opowiadałem Ci jak wyłowiłem z rzeki kamień dla Ciebie? Pomyślałem sobie wtedy, że jestem głupcem wyławiając dla Ciebie właśnie zwykły kamień. I jak tak pomyślałem to wypadł mi z ręki, rozbił się na dwie części odkrywając rudę złota.
- Tak tato. Trzymam go w szufladzie.
- Tak tato. Trzymam go w szufladzie.
piątek, 2 grudnia 2016
Rozdział drugi: Jan
Słońce już dawno zaszło nad miastem Ávila. I choć był początek grudnia hiszpańska zima była jak co roku, tak samo i w roku 1577, bardzo przyjemną dla mieszkańców miasta porą. Była godzina trzecia rano, gdy pięciu mężczyzn w habitach, wskazujących na ich przynależność do zakonu karmelitów, pojawiło się w ciemnościach alejki odchodzącej od placu katedralnego w centrum miasta.
Z grupy wystąpił mężczyzna zwany Markiem i otworzył drzwi małego mieszkania, do którego następnie w ciszy weszła cała grupa. Wewnątrz na kilku metrach kwadratowych znajdowało się niewiele mebli. Jedynie stół z dwoma krzesłami, na stole pismo święte otwarte na bogato ilustrowanej przypowieści o Hiobie, dzban z wodą i kawałek chleba złożony w materiał. Równo ułożony i zapisany stos kartek, pióro i kałamarz, a także świeca. Na wieszaku opodal drzwi wisiał habit. Nie inny niż te, które noszone były przez mężczyzn, jedynie krótszy. Przy ścianie znajdowało się łóżko wyłożone słomą, na którym spokojnie spał mężczyzna przykryty kocem, na wygląd trzydziestu-kilkuletni. Jego ciemnie włosy przystrzyżone były zgodnie z zakonną modą i wygolone na czubku głowy. Zakonnik, który nakazał otwarcie drzwi usiadł na skraju łóżka, a pozostała czwórka otoczyła ich w półokręgu.
I Jan otworzył oczy. Widząc w ciemności ponure zarysy postaci nie był przekonany, czy była to już jawa czy jeszcze sen. Był jeszcze zbyt zaspany by być przerażonym takimi odwiedzinami i przebudzeniem.
Po chwili śpiącemu dotąd Janowi ukazały się twarze pięciu przybyłych mnichów, znajomych mnichów. I choć nie wypowiedział ani słowa to znajomość owych twarzy nie uspokoiła go wcale.
Jan był jednak jeszcze zbyt zaskoczony najściem i nagłym wybudzeniem by w jakikolwiek sposób ustosunkować się do pytania mężczyzny siedzącego u jego nóg. Ten niezniechęcony kontynuował.
Jan spojrzał rozmówcy już ze spokojem prosto w oczy.
Piotr jednak przyłożył dłoń do jego klatki piersiowej uniemożliwiając powstanie.
Tu brat Piotr spojrzał z uśmiechem na swych towarzyszy, a oni odpowiedzieli mu tym samym.
Jan wyskoczył z łóżka w kierunku drzwi, ale nie uszedł nawet dwóch kroków kiedy został przez pięciu mężczyzn przewrócony na podłogę, a następnie w sposób brutalny związany i zakneblowany. Na koniec został uderzony drewnianą pałką niedaleko skroni i wtedy stracił przytomność.
I tak na rozkaz Piotra reszta braci umieściła Jana w brudnym worze i wyniosła poza mury miasta, gdzie czekał na nich powóz i dwa konie.
Jan ocknął się dopiero po dniu drogi, gdy dojeżdżali do miasta Toledo. Jego głowa wciąż pulsowała bólem i czuł, że ciało ma zalane zarówno krwią, jak i własną uryną. Kiedy powóz stanął Jan został zrzucony z niego na ziemię, wciąż spętany w oblekającym go materiale.
Po chwili Jan, choć nadal spętany linami został wyswobodzony z worka. Jego oczom ukazał się plac klasztoru karmelitów w Toledo. W świetle pochodni zobaczył wiele znajomych twarzy współbraci, a pośrodku nich starą twarz prowincjała Jakuba.
Dwaj bracia podeszli do Jana i chwycili leżącego pod ręce, tak aby pomóc mu się podnieść. Ten jednak po chwili upadł na kolana nie mogąc opierać się na zdrętwiałych od długiej podróży nogach.
Zakneblowany Jan spojrzał jedynie prowincjałowi prosto w oczy.
Piotr wystąpił przed klęczącego Jana, po czym rozwinął zwój.
Zakneblowany Jan zaczął jedynie kręcić głową. Z ust dochodził zaledwie bulgot.
Jan spojrzał na nich z przerażeniem i nie mógł wydobyć z siebie słowa, choć jeszcze chwilę wcześniej chciał krzyczeć. Po chwili drzwi zamknęły się z trzaskiem, a on pozostał sam w ciemnościach.
W kompletnej izolacji. Bo oto nadeszła noc. Oscura noche del alma.
- To te drzwi - wskazał na nie palcem jeden z nich - Marku użyj klucza otrzymanego od gospodarza.
Z grupy wystąpił mężczyzna zwany Markiem i otworzył drzwi małego mieszkania, do którego następnie w ciszy weszła cała grupa. Wewnątrz na kilku metrach kwadratowych znajdowało się niewiele mebli. Jedynie stół z dwoma krzesłami, na stole pismo święte otwarte na bogato ilustrowanej przypowieści o Hiobie, dzban z wodą i kawałek chleba złożony w materiał. Równo ułożony i zapisany stos kartek, pióro i kałamarz, a także świeca. Na wieszaku opodal drzwi wisiał habit. Nie inny niż te, które noszone były przez mężczyzn, jedynie krótszy. Przy ścianie znajdowało się łóżko wyłożone słomą, na którym spokojnie spał mężczyzna przykryty kocem, na wygląd trzydziestu-kilkuletni. Jego ciemnie włosy przystrzyżone były zgodnie z zakonną modą i wygolone na czubku głowy. Zakonnik, który nakazał otwarcie drzwi usiadł na skraju łóżka, a pozostała czwórka otoczyła ich w półokręgu.
- Janie - powiedział łagodnie - zbudź się.
I Jan otworzył oczy. Widząc w ciemności ponure zarysy postaci nie był przekonany, czy była to już jawa czy jeszcze sen. Był jeszcze zbyt zaspany by być przerażonym takimi odwiedzinami i przebudzeniem.
- Andrzeju - siedzący na łóżku mężczyzna zwrócił się do towarzysza - bądź łaskaw zapalić świecę.
Po chwili śpiącemu dotąd Janowi ukazały się twarze pięciu przybyłych mnichów, znajomych mnichów. I choć nie wypowiedział ani słowa to znajomość owych twarzy nie uspokoiła go wcale.
- Janie, powiedz mi, mam takie pytanie nie dające mi spokoju. Co jest gorsze - reformacja czy kontrreformacja? Niedaleko twych urodzin zmarł Marcin Luter i to co namieszał w boskim porządku jeszcze długo nam się czkawką będzie odbijało. A tymczasem ty w drugą stronę ludziom naszym w głowach mieszasz. Tak więc pytam się ciebie. Kto zaś gorszy, ty czy Luter co ludziom żyjącym po bożemu być nie dajecie i wciąż to ciągacie to w jedną, to w drugą stronę, kiedy ład jest pośrodku?
Jan był jednak jeszcze zbyt zaskoczony najściem i nagłym wybudzeniem by w jakikolwiek sposób ustosunkować się do pytania mężczyzny siedzącego u jego nóg. Ten niezniechęcony kontynuował.
- Janie de Yespes, przyjacielu Teresy z tego miasta, powiedz mi, czy ja albo kto inny kiedykolwiek bronił tobie chodzenia boso? Ty zaś namiętnie czepiasz się tego, że ja i mnie podobni chcemy chodzić w trzewikach. Czy ja zabraniam ci pościć przez połowę roku? Czy zabraniam ci kontemplować w ciszy? Ty zaś czepiasz się nas i zmuszasz do tak niepotrzebnego rygoru, miast pilnować własnej świętości.
Jan spojrzał rozmówcy już ze spokojem prosto w oczy.
- Piotrze, jestem rad móc gościć ciebie i twych towarzyszy, a i moich znajomych w mej skromnej izbie. Andrzeju, Marku, Mateuszu i Szymonie, bądźcie pozdrowieni. Pozwólcie, że wstanę i ugoszczę was choćby wodą i chlebem.
Piotr jednak przyłożył dłoń do jego klatki piersiowej uniemożliwiając powstanie.
- Leż spokojnie Janie, nie skończyłem jeszcze przemawiać - powiedział groźnie - Czyż przełożeni nie kazali ci powrócić do twej rodzinnej wioski Fontiveros? Cóż więc robisz przyjacielu w tym mieście i czego tu jeszcze szukasz?
- Przecież mimo naszych dyskursów dostałem ostatecznie pozwolenie od nuncjusza, aby móc pozostać i kontynuować z przełożonymi dialog - odparł Jan.
- A i owszem. Słyszałem o twoim pozwoleniu od nuncjusza, ale z tego co mi wiadomo, informacje te pochodzą pośrednio od Ciebie, a i zgaduję, że pisma właściwego nie posiadasz.
- Chyba Piotrze nie zarzucasz mi kłamstwa?
- Wobec braku dowodów uważam jedynie twe słowa za niewiarygodne.
Tu brat Piotr spojrzał z uśmiechem na swych towarzyszy, a oni odpowiedzieli mu tym samym.
- Widzisz Janie, mam dla Ciebie dobre wieści. Ja i moi towarzysze przybyliśmy pomóc ci wprowadzić twoje reformy w życie. Skoro tak tęskno ci za Regułą Pierwotną, co ją zniósł sam papież Eugeniusz, to pomożemy ci ją wprowadzić w życie na nowo. W twoje życie. Bracia! Zajmijcie się naszym Janem od Krzyża. A skoro takie imię przybrał to i może na tymże krzyżu skończy!
Jan wyskoczył z łóżka w kierunku drzwi, ale nie uszedł nawet dwóch kroków kiedy został przez pięciu mężczyzn przewrócony na podłogę, a następnie w sposób brutalny związany i zakneblowany. Na koniec został uderzony drewnianą pałką niedaleko skroni i wtedy stracił przytomność.
- Na chwałę Boga bracia! Wsadźcie go do wora, nie chcemy wzbudzać sensacji w mieście pośrodku nocy.
I tak na rozkaz Piotra reszta braci umieściła Jana w brudnym worze i wyniosła poza mury miasta, gdzie czekał na nich powóz i dwa konie.
Jan ocknął się dopiero po dniu drogi, gdy dojeżdżali do miasta Toledo. Jego głowa wciąż pulsowała bólem i czuł, że ciało ma zalane zarówno krwią, jak i własną uryną. Kiedy powóz stanął Jan został zrzucony z niego na ziemię, wciąż spętany w oblekającym go materiale.
- Rozwiążcie wór, zobaczmy czy jeszcze życie nie uszło z tego nieszczęśnika - uszu Jana doszedł męski tubalny głos.
Po chwili Jan, choć nadal spętany linami został wyswobodzony z worka. Jego oczom ukazał się plac klasztoru karmelitów w Toledo. W świetle pochodni zobaczył wiele znajomych twarzy współbraci, a pośrodku nich starą twarz prowincjała Jakuba.
- Pomóżcie mu wstać - zażądał Jakub.
Dwaj bracia podeszli do Jana i chwycili leżącego pod ręce, tak aby pomóc mu się podnieść. Ten jednak po chwili upadł na kolana nie mogąc opierać się na zdrętwiałych od długiej podróży nogach.
- I dobrze - powiedział Jakub - to odpowiednia dla ciebie Janie pozycja. Czy wiesz po co ciągnęliśmy cię aż do Toledo?
Zakneblowany Jan spojrzał jedynie prowincjałowi prosto w oczy.
- Sąd boży się tu odbędzie nad tobą. Bracie Piotrze, czy możesz odczytać listę stawianych Janowi zarzutów?
Piotr wystąpił przed klęczącego Jana, po czym rozwinął zwój.
- Janie od Krzyża, reformatorze z tak zwanych karmelitów bosych i współpracowniku Teresy z Ávili. Władze klasztorne zarzucają tobie co następuje: nieposłuszeństwo wobec reguł zakonu karmelitów i negacje ich postanowień wobec własnej osoby oraz nieprzestrzeganie postanowień synodu w Piancezie. Wszystkie te zarzuty zostały potwierdzone przez zgromadzonych tu czterdziestu czterech braci naszego zakonu. Czy masz coś na swoją obronę?
Zakneblowany Jan zaczął jedynie kręcić głową. Z ust dochodził zaledwie bulgot.
- Wobec braku argumentów obrony uznajemy cię w takim razie winnym zarzucanym grzechom jakie popełniłeś wobec Boga i współbraci, doprowadzając swoim zaślepieniem do rozłamu w naszej regule, przez co zostajesz skazany na uwięzienie w niniejszym klasztorze. - rzekł prowincjał - Bracie Marku i bracie Andrzeju. Odprowadźcie brata Jana do jego nowej celi, późno już. Dawno po komplecie, a przecież czekają na nas jeszcze nocne czytania.
- W tych ścianach kończy się i zaczyna twój świat. Możesz być tutaj bosy, możesz pościć, możesz milczeć i możesz kontemplować ciszę. Aż do końca swych dni - brat Marek zdjął knebel z ust Janowi, a Andrzej poluzował okalające jego ciało liny.
Jan spojrzał na nich z przerażeniem i nie mógł wydobyć z siebie słowa, choć jeszcze chwilę wcześniej chciał krzyczeć. Po chwili drzwi zamknęły się z trzaskiem, a on pozostał sam w ciemnościach.
W kompletnej izolacji. Bo oto nadeszła noc. Oscura noche del alma.
(c) photo courtesy Łukasz Nowak
Subskrybuj:
Posty (Atom)







