środa, 27 czerwca 2018

Rozdział piąty: Poczęty z miłości

Czas stanął w miejscu, a każdy dzień był tożsamy. Wiosna roku 1545 w hiszpańskiej wiosce Fontiveros była stanem świadomości, a nie porą roku po której powinna przyjść następna. Ojciec małego Jana, Gonzalo, leżał w łóżku już od miesiąca. Umierał. A umierał, bo tak postanowił. Choć dawno przeminęła jego młodość to starcem nie był. Był natomiast rozczarowany życiem.
  • Medyku... nie prosiłem Cię o badanie, a dopóki moja dusza jeszcze nie uszła z ciała, to moja wola coś chyba jeszcze znaczy? - Gonzalo zwrócił się do stojącego przy jego łóżku lekarza, który przyjechał do niego aż z miasta Ávili.
  • Gonazalo, mój przyjacielu - spokojnie odparł lekarz pakując do drewnianej skrzynki swoje przyrządy medyczne - przyjechałem tutaj po prośbie twojej żony Cataliny. A jak kto prosi lekarza o wizytę u chorego, to taka już kolej rzeczy, że ten przybywa na oględziny.
  • Moja żona Catalina... - Gonzalo zamyślił się dłuższą chwilę - niech Bóg czuwa nad jej duszą. Nie wiem doprawdy jak potoczą się dalsze jej losy i naszych synów Jana i Luisa po mojej śmierci. Znasz naszą historię. Nie było lekkie nasze życie. - tutaj wziął głęboki wdech i poczuł mocne ukłucie w sercu, uczynił więc dłuższą pauzę w wypowiedzi - Nie powinna marnować resztek pieniędzy na twoje usługi, kiedy za chwilę po moim pochówku sama będzie w większej potrzebie. A potrzeba żywego zawsze większa niż potrzeba nieboszczyka.
  • Nie bój się Gonzalo. Nie uszczuplę majątku twojej żony. Wielu odwróciło się od ciebie po waszym ślubie, ale też byli tacy dla których byłeś odważnym orędownikiem ich własnych przekonań, a których nigdy nie mieli odwagi wypowiedzieć.
  • Orędownikiem mezaliansu?
Spojrzenia medyka i Gonzalo spotkały się na dłuższą chwilę. Następnie lekarz bez słowa na powrót otworzył swoją skrzynkę wypełnioną narzędziami stosownymi do jego fachu, a także fiołkami wypełnionymi przeróżnymi cieczami. Wyjął jedną z nich.
  • Kiedy następnym razem będziesz ponownie czuł, że ból rozrywa Twoją klatkę piersiową, weź łyk tego lekarstwa. Przyniesie Ci ulgę.
W drzwiach pokoju pojawiła się Catalina. Drobna kobieta niewysokiego wzrostu. Włosy miała upięte mocno z tyłu, a ubrana była nadzwyczaj skromnie. Pod fartuchem zauważalnie skrywała spracowane ręce. Podniosła wzrok na lekarza, pełne bólu i niewypowiedzianego poczucia winy. Zza jej pleców z ciekawością wyglądało na ojca i medyka dwóch małych i wyjątkowo drobnych chłopców. Siedmioletni Jan i jego dwa lata starszy brat Luis. Lekarz wymuszenie uśmiechnął się do Cataliny i oboje wyszli z pomieszczenia. Gonzalo zawołał swoich synów.
  • Chłopcy chodźcie do mnie, siądźcie przy mnie na łóżku.  
Bracia podbiegli posłusznie do ojca i usiedli oboje na skraju jego łoża. Gonzalo z podniósł rękę, by potargać włosy siedzącemu bliżej Luisowi włosy. Chciał powtórzyć ten gest i z siedzącym dalej Janem, ale zabrakło mu sił by się do syna przybliżyć, kiedy próbował się podnieść. Opadł na poduszkę i zaczął ciężko oddychać, a kiedy nabrał w sobie znów sił zaczął przemawiać do synów.
  • Leżę teraz słaby, ale nie chcę żebyście mnie takiego zapamiętali. Nie zawsze wasz ojciec się tak prezentował. Nosiłem kiedyś i przedniejsze szaty i miałem też dużo więcej niż mogłem prosić. Nie znacie moi drodzy zbytków i pieniędzy. Ale wasz ojciec kiedyś je znał. Bywałem w pięknych domach i jadałem wyborne jedzenie, którego smaku sobie nie wyobrażacie. Widywałem damy, piękne i próżne i zawierałem sojusze z notablami. Nie byłem nikim nadzwyczaj ważnym, ale miałem zawsze dryg do liczb i ksiąg. Pomagałem prowadzić interesy moich krewnych, a gdy te przynosiły im dochody, wtedy i ja byłem sowicie wynagradzany. - tu poczynił przerwę na oddech i spojrzał na swoich chudych synów z jakimś niedowierzaniem, jakby nie pasowali do obrazów, które musiały się przed nim jawić podczas snucia opowieści - Moje życie przedstawiało mi się jako wygodne i miałem złudzenia, że takie będzie już zawsze. - tutaj poczynił kolejną przerwę, tym razem nie na oddech, ale by sprawdzić czy w przyległym pomieszczeniu jego żona jest nadal zajęta rozmową z lekarzem - Interesy, które prowadziłem wiele wspólnego miały z jedwabiem i tak też pewnego dnia trafiłem do pracowni tkackiej dojrzeć pewnej naglącej sprawy, a zobaczyłem tam waszą matkę. I przepadłem dla świata całkowicie. Od jednego spojrzenia ogarnęła mnie jak gdyby gorączka. Kiedyś, gdy będziecie starsi, ujrzycie jakąś kobietę i poznacie smak tej choroby. Powoduje ona, że człowiek przestaje widzieć świat ułożony i prosty niczym działania matematyczne z ksiąg mojej bogatej rodziny, które prowadziłem. Wszystko zaczyna sprowadzać się jedynie do bycia jak najbliżej wybranki swojego serca. Reszta zdaję się być nieistotna. Nawet jeśli wasza ukochana będzie jak wasza matka Catalina jedynie sierotą bez majątku. Moja rodzina, moi chlebodawcy, uważali jednak inaczej i mieli wobec mnie inne plany. Nie w smak było im nasze małżeństwo. I choć oboje przyszliście na świat, oboje poczęci z miłości, to ten rachunek wyszedł w moich obliczeniach ostatecznie niekorzystnie. Wszystko co posiadałem to straciłem. Prócz miłości waszej matki Cataliny. Oraz was.
***
  • Janie. - ktoś cichutku szepnął, nie widząc jednak reakcji delikatnie podniósł głos - Janie de la Croix!
Jan ocknął się. I natychmiast pożałował. Przebywanie w marzeniu sennym, choćby przy łożu umierającego ojca i w zapadającej się chacie początku jego dzieciństwa, było zdecydowanie przyjemniejsze niż powrót do rzeczywistości. A rzeczywistością była jego cela metr na półtora, w której umieścili go dawni przyjaciele.
  • Janie, to ja. Paweł.
Jan przysunął ławkę, która znajdowała się w jego celi, do drzwi. Nad drzwiami znajdowała się kilkucentymetrowa szpara i była jedynym źródłem światła wpadającego z sąsiedniego pomieszczenia. Stanął na ławce i zmrużył oczy przyzwyczajone już jedynie do półmroku.
  • Witaj bracie Pawle. Jak się miewasz?
  • Jak ja się miewam?! Daj spokój Janie, to Teresa z Avili i inni Tobie przychylni drżą o Ciebie!
Jan przez chwilę spuścił wzrok, jakby szukając czegoś w swoim wnętrzu.
  • O mnie... Pawle, wyjaw mi. Jak długo tu jestem?
  • To już będzie pięć miesięcy.
  • Pięć miesięcy... tak myślę Pawle, dochodzę do takich wniosków... że to jednak mój upór... On mnie tu zaprowadził. Do Toledo. A nie moi oprawcy.
  • Wszak nie kazałeś im siebie tu uwięzić przyjacielu!
Oczy Jana zdały się nagle rozżarzone niczym w malignie.
  • Nie, ale wytykałem im błędy, kazałem odnaleźć ukojenie w ubóstwie i umiarkowaniu wbrew ich woli. Chyba chciałem ich uszczęśliwić siłą. Widzisz, kiedy miałem siedem lat odszedł mój ojciec, odsądzony od honoru, od czci. Zmarł nieszczęśliwy mając na uwadze majątek jaki stracił wchodząc w związek małżeński z moją matką. Wydaję mi się, że utracona pozycja społeczna na zawsze przesłoniła mu jasne widzenia. Po dwóch latach od tamtego wydarzenia zmarł z głodu mój starszy brat Luis. Też przy mnie, u mojego boku, choć to zawsze ja byłem tym chuderlawym synem. Obok nas żyli syci duchowni, najedzeni notablowie i ich tłuste dzieci, mające nas za nic. I pomyślałem o słowach Jezusa, który chciał ochrzcić świat ogniem! Poczułem gniew. I wydało mi się, że zamienię utrapienie mojego ojca Gonzalo w mój atrybut. Że ubóstwo dam jako przykład godny stanu duchownego. I że pociągnę innych za sobą. I to co było zmartwieniem mojego ojca będzie moją tarczą i radością. Z gniewu, z bezsilności. Rozumiesz?
  • Mistrzu, otworzyłeś nam oczy! Mnie i innym podobnie myślącym!
  • Mistrzu? - z niedowierzaniem wycedził Jan - Od jakiegoś czasu porównuje stan mojego umysłu do umysłu głupca niespełna rozumu. Ten nie zdaje sobie sprawy jak bardzo ma zawężone horyzonty i pojmowanie, i jak tak samo tego nie wiem! Jak wiele nie wiem i nie rozumiem i co mną dyktuje... Bóg mi świadkiem Pawle! - prawie wykrzyczał Jan - Mistrz! Czy to ten co potrzebuje admiratorów i wielbicieli?
Paweł na chwilę zamknął oczy i pozwolił słowom Jana wybrzmieć w murach. Uspokoił umysł. A kiedy jego umysł był gotowy, otworzył usta.
  • Czy Mistrz potrzebuje admiratorów? Nie wiem, ale w związku z tym, że wszyscy jesteśmy ludźmi, i przez to wszyscy jesteśmy słabi, Mistrz na pewno potrzebuje czyjegoś spojrzenia, choćby po to, żeby mieć w co się wpatrywać, kiedy wszystko wyda mu się nagle ciemnością. Każdy przecież ma chwile ciemności. Nawet on.
Pomiędzy dwojgiem zapadła cisza. Paweł usłyszał, że Jan opadł wyczerpany na swoją ławkę i ciężko oddychał. Odczekał chwilę, po czym wsunął pod drzwiami celi niezapisane zwoje pergaminu. I czekał. Czekał cierpliwie. Usłyszał ruch, po czym pod drzwiami pojawiły się drogą zwrotną zapisane strony. Paweł podniósł je i odczytał nagłówek:

"Oscura noche del alma"
  • Do zobaczenia Mistrzu - rzekł uspokojony Paweł, po czym w ciszy oddalił się.

św. Jan od Krzyża
obraz olejny Francisco de Zurbarána z 1656 roku


Dedykuję ten rozdział Annie Aschenbach, mojej przyjaciółce, bez której nigdy bym nie rozwiązał wielu kwestii metafizycznych, które zajmowały mnie, aż do czasu jej poznania. Znajomość z Anną stanowi dla mnie ogromną inspirację. Spytałem ją kiedyś czy mistrz potrzebuje admiratorów w tym relatywnym świecie. A odpowiedź, którą włożyłem w usta Pawła jest bezpośrednim cytatem z Anny. Zajrzyjcie na jej bloga. https://annaaschenbach.wordpress.com. W przeciwieństwie do mnie, potrafi pisać.