środa, 27 czerwca 2018

Rozdział piąty: Poczęty z miłości

Czas stanął w miejscu, a każdy dzień był tożsamy. Wiosna roku 1545 w hiszpańskiej wiosce Fontiveros była stanem świadomości, a nie porą roku po której powinna przyjść następna. Ojciec małego Jana, Gonzalo, leżał w łóżku już od miesiąca. Umierał. A umierał, bo tak postanowił. Choć dawno przeminęła jego młodość to starcem nie był. Był natomiast rozczarowany życiem.
  • Medyku... nie prosiłem Cię o badanie, a dopóki moja dusza jeszcze nie uszła z ciała, to moja wola coś chyba jeszcze znaczy? - Gonzalo zwrócił się do stojącego przy jego łóżku lekarza, który przyjechał do niego aż z miasta Ávili.
  • Gonazalo, mój przyjacielu - spokojnie odparł lekarz pakując do drewnianej skrzynki swoje przyrządy medyczne - przyjechałem tutaj po prośbie twojej żony Cataliny. A jak kto prosi lekarza o wizytę u chorego, to taka już kolej rzeczy, że ten przybywa na oględziny.
  • Moja żona Catalina... - Gonzalo zamyślił się dłuższą chwilę - niech Bóg czuwa nad jej duszą. Nie wiem doprawdy jak potoczą się dalsze jej losy i naszych synów Jana i Luisa po mojej śmierci. Znasz naszą historię. Nie było lekkie nasze życie. - tutaj wziął głęboki wdech i poczuł mocne ukłucie w sercu, uczynił więc dłuższą pauzę w wypowiedzi - Nie powinna marnować resztek pieniędzy na twoje usługi, kiedy za chwilę po moim pochówku sama będzie w większej potrzebie. A potrzeba żywego zawsze większa niż potrzeba nieboszczyka.
  • Nie bój się Gonzalo. Nie uszczuplę majątku twojej żony. Wielu odwróciło się od ciebie po waszym ślubie, ale też byli tacy dla których byłeś odważnym orędownikiem ich własnych przekonań, a których nigdy nie mieli odwagi wypowiedzieć.
  • Orędownikiem mezaliansu?
Spojrzenia medyka i Gonzalo spotkały się na dłuższą chwilę. Następnie lekarz bez słowa na powrót otworzył swoją skrzynkę wypełnioną narzędziami stosownymi do jego fachu, a także fiołkami wypełnionymi przeróżnymi cieczami. Wyjął jedną z nich.
  • Kiedy następnym razem będziesz ponownie czuł, że ból rozrywa Twoją klatkę piersiową, weź łyk tego lekarstwa. Przyniesie Ci ulgę.
W drzwiach pokoju pojawiła się Catalina. Drobna kobieta niewysokiego wzrostu. Włosy miała upięte mocno z tyłu, a ubrana była nadzwyczaj skromnie. Pod fartuchem zauważalnie skrywała spracowane ręce. Podniosła wzrok na lekarza, pełne bólu i niewypowiedzianego poczucia winy. Zza jej pleców z ciekawością wyglądało na ojca i medyka dwóch małych i wyjątkowo drobnych chłopców. Siedmioletni Jan i jego dwa lata starszy brat Luis. Lekarz wymuszenie uśmiechnął się do Cataliny i oboje wyszli z pomieszczenia. Gonzalo zawołał swoich synów.
  • Chłopcy chodźcie do mnie, siądźcie przy mnie na łóżku.  
Bracia podbiegli posłusznie do ojca i usiedli oboje na skraju jego łoża. Gonzalo z podniósł rękę, by potargać włosy siedzącemu bliżej Luisowi włosy. Chciał powtórzyć ten gest i z siedzącym dalej Janem, ale zabrakło mu sił by się do syna przybliżyć, kiedy próbował się podnieść. Opadł na poduszkę i zaczął ciężko oddychać, a kiedy nabrał w sobie znów sił zaczął przemawiać do synów.
  • Leżę teraz słaby, ale nie chcę żebyście mnie takiego zapamiętali. Nie zawsze wasz ojciec się tak prezentował. Nosiłem kiedyś i przedniejsze szaty i miałem też dużo więcej niż mogłem prosić. Nie znacie moi drodzy zbytków i pieniędzy. Ale wasz ojciec kiedyś je znał. Bywałem w pięknych domach i jadałem wyborne jedzenie, którego smaku sobie nie wyobrażacie. Widywałem damy, piękne i próżne i zawierałem sojusze z notablami. Nie byłem nikim nadzwyczaj ważnym, ale miałem zawsze dryg do liczb i ksiąg. Pomagałem prowadzić interesy moich krewnych, a gdy te przynosiły im dochody, wtedy i ja byłem sowicie wynagradzany. - tu poczynił przerwę na oddech i spojrzał na swoich chudych synów z jakimś niedowierzaniem, jakby nie pasowali do obrazów, które musiały się przed nim jawić podczas snucia opowieści - Moje życie przedstawiało mi się jako wygodne i miałem złudzenia, że takie będzie już zawsze. - tutaj poczynił kolejną przerwę, tym razem nie na oddech, ale by sprawdzić czy w przyległym pomieszczeniu jego żona jest nadal zajęta rozmową z lekarzem - Interesy, które prowadziłem wiele wspólnego miały z jedwabiem i tak też pewnego dnia trafiłem do pracowni tkackiej dojrzeć pewnej naglącej sprawy, a zobaczyłem tam waszą matkę. I przepadłem dla świata całkowicie. Od jednego spojrzenia ogarnęła mnie jak gdyby gorączka. Kiedyś, gdy będziecie starsi, ujrzycie jakąś kobietę i poznacie smak tej choroby. Powoduje ona, że człowiek przestaje widzieć świat ułożony i prosty niczym działania matematyczne z ksiąg mojej bogatej rodziny, które prowadziłem. Wszystko zaczyna sprowadzać się jedynie do bycia jak najbliżej wybranki swojego serca. Reszta zdaję się być nieistotna. Nawet jeśli wasza ukochana będzie jak wasza matka Catalina jedynie sierotą bez majątku. Moja rodzina, moi chlebodawcy, uważali jednak inaczej i mieli wobec mnie inne plany. Nie w smak było im nasze małżeństwo. I choć oboje przyszliście na świat, oboje poczęci z miłości, to ten rachunek wyszedł w moich obliczeniach ostatecznie niekorzystnie. Wszystko co posiadałem to straciłem. Prócz miłości waszej matki Cataliny. Oraz was.
***
  • Janie. - ktoś cichutku szepnął, nie widząc jednak reakcji delikatnie podniósł głos - Janie de la Croix!
Jan ocknął się. I natychmiast pożałował. Przebywanie w marzeniu sennym, choćby przy łożu umierającego ojca i w zapadającej się chacie początku jego dzieciństwa, było zdecydowanie przyjemniejsze niż powrót do rzeczywistości. A rzeczywistością była jego cela metr na półtora, w której umieścili go dawni przyjaciele.
  • Janie, to ja. Paweł.
Jan przysunął ławkę, która znajdowała się w jego celi, do drzwi. Nad drzwiami znajdowała się kilkucentymetrowa szpara i była jedynym źródłem światła wpadającego z sąsiedniego pomieszczenia. Stanął na ławce i zmrużył oczy przyzwyczajone już jedynie do półmroku.
  • Witaj bracie Pawle. Jak się miewasz?
  • Jak ja się miewam?! Daj spokój Janie, to Teresa z Avili i inni Tobie przychylni drżą o Ciebie!
Jan przez chwilę spuścił wzrok, jakby szukając czegoś w swoim wnętrzu.
  • O mnie... Pawle, wyjaw mi. Jak długo tu jestem?
  • To już będzie pięć miesięcy.
  • Pięć miesięcy... tak myślę Pawle, dochodzę do takich wniosków... że to jednak mój upór... On mnie tu zaprowadził. Do Toledo. A nie moi oprawcy.
  • Wszak nie kazałeś im siebie tu uwięzić przyjacielu!
Oczy Jana zdały się nagle rozżarzone niczym w malignie.
  • Nie, ale wytykałem im błędy, kazałem odnaleźć ukojenie w ubóstwie i umiarkowaniu wbrew ich woli. Chyba chciałem ich uszczęśliwić siłą. Widzisz, kiedy miałem siedem lat odszedł mój ojciec, odsądzony od honoru, od czci. Zmarł nieszczęśliwy mając na uwadze majątek jaki stracił wchodząc w związek małżeński z moją matką. Wydaję mi się, że utracona pozycja społeczna na zawsze przesłoniła mu jasne widzenia. Po dwóch latach od tamtego wydarzenia zmarł z głodu mój starszy brat Luis. Też przy mnie, u mojego boku, choć to zawsze ja byłem tym chuderlawym synem. Obok nas żyli syci duchowni, najedzeni notablowie i ich tłuste dzieci, mające nas za nic. I pomyślałem o słowach Jezusa, który chciał ochrzcić świat ogniem! Poczułem gniew. I wydało mi się, że zamienię utrapienie mojego ojca Gonzalo w mój atrybut. Że ubóstwo dam jako przykład godny stanu duchownego. I że pociągnę innych za sobą. I to co było zmartwieniem mojego ojca będzie moją tarczą i radością. Z gniewu, z bezsilności. Rozumiesz?
  • Mistrzu, otworzyłeś nam oczy! Mnie i innym podobnie myślącym!
  • Mistrzu? - z niedowierzaniem wycedził Jan - Od jakiegoś czasu porównuje stan mojego umysłu do umysłu głupca niespełna rozumu. Ten nie zdaje sobie sprawy jak bardzo ma zawężone horyzonty i pojmowanie, i jak tak samo tego nie wiem! Jak wiele nie wiem i nie rozumiem i co mną dyktuje... Bóg mi świadkiem Pawle! - prawie wykrzyczał Jan - Mistrz! Czy to ten co potrzebuje admiratorów i wielbicieli?
Paweł na chwilę zamknął oczy i pozwolił słowom Jana wybrzmieć w murach. Uspokoił umysł. A kiedy jego umysł był gotowy, otworzył usta.
  • Czy Mistrz potrzebuje admiratorów? Nie wiem, ale w związku z tym, że wszyscy jesteśmy ludźmi, i przez to wszyscy jesteśmy słabi, Mistrz na pewno potrzebuje czyjegoś spojrzenia, choćby po to, żeby mieć w co się wpatrywać, kiedy wszystko wyda mu się nagle ciemnością. Każdy przecież ma chwile ciemności. Nawet on.
Pomiędzy dwojgiem zapadła cisza. Paweł usłyszał, że Jan opadł wyczerpany na swoją ławkę i ciężko oddychał. Odczekał chwilę, po czym wsunął pod drzwiami celi niezapisane zwoje pergaminu. I czekał. Czekał cierpliwie. Usłyszał ruch, po czym pod drzwiami pojawiły się drogą zwrotną zapisane strony. Paweł podniósł je i odczytał nagłówek:

"Oscura noche del alma"
  • Do zobaczenia Mistrzu - rzekł uspokojony Paweł, po czym w ciszy oddalił się.

św. Jan od Krzyża
obraz olejny Francisco de Zurbarána z 1656 roku


Dedykuję ten rozdział Annie Aschenbach, mojej przyjaciółce, bez której nigdy bym nie rozwiązał wielu kwestii metafizycznych, które zajmowały mnie, aż do czasu jej poznania. Znajomość z Anną stanowi dla mnie ogromną inspirację. Spytałem ją kiedyś czy mistrz potrzebuje admiratorów w tym relatywnym świecie. A odpowiedź, którą włożyłem w usta Pawła jest bezpośrednim cytatem z Anny. Zajrzyjcie na jej bloga. https://annaaschenbach.wordpress.com. W przeciwieństwie do mnie, potrafi pisać.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Z listów Głupca (4): Alta Pax.

30.03.12. Największe przerażenie. To już ponad sześć lat. A zdaję się, że dekady. Jestem niczym czarna dziura. Ta super masywna stanowiąca centrum naszej galaktyki. Ciężko i bezlitośnie wpływam na dylatację czasu swoją i tych, którzy mieli dość odwagi by kiedykolwiek dotknąć mojej skóry, która jest przecież horyzontem wydarzeń. A robili to w zwykłym akcie chęci utemperowania mnie lub znalezienia czułości. Przearanżowałem ich do kwantowej głębi. Ale oni mnie także. I nie. Nie przepadłem jak porzucone psy po wsiach. Nie odjechałem też w kierunku słońca na karym koniu. Nie wyjechałem także nogami do przodu. Obojętnie jak bardzo bym się nie starał nie pozostałem całkiem sam. Jaka jest moja tożsamość i jaka jest moja rola w tym tutaj, a także dokąd zmierzam w ten sposób? Może patrzę w złym kierunku, a może wypatruję jakiegokolwiek kierunku? Przerażenie mija. Jednak 30.03.18. Cichuteńko szeleszcząc jak liść opadam. Opadam w pastelowym brązie pidżamy darowanej od Państwa wprost na szpitalne łóżko. Cicho i cichuteńko pod powiekami kamer oddziałowych. Pod szelest oddechu starszego mężczyzny leżącego obok mnie. Pod jego prosty uczynek zbudzenia mnie na kolację. Pomiędzy ręce kobiety przeczesującej mi włosy na sali widzeń. Ach tak, przyniosła mi kapcie, żebym nie musiał być bosy jak dziecko mężczyzny stróżującego. Czegokolwiek by nie pilnował. Pomiędzy ten chłodny wschód. Pomiędzy tej łąki chłód. Pomiędzy usta i przełyk. Tabletka. Piękna pielęgniarka zniewalała mężczyzn oddziału afektywnego zapachem włosów. To są zaledwie szampony i odżywki, ale mimo to także i mnie, bo czemu nie dać się na chwilę oszukać? Zanuciłem w myślach "The nurse who loved me". Kary rumak jednak się pojawił. Wjechała na nim w pełnej glorii i cała na biało Ona. Wołałem "Prrr." Ale zbyt cicho i bez przekonania, bo też opierałem się niespecjalnie. Tabletka. Nagle i niespodziewanie wraz z suchością w ustach i wybuchem ciepła w skroniach. Ludzie w sali obok oglądali telewizję na świetlicy. Mogłem na nich patrzeć siedząc sam w jadalni, ponieważ w ścianie znajdowało się okno. Nie, nie siedziałem jednak sam. Przy stole obok siedziała młoda kobieta. Być może wyszła spod stołu jak nie patrzyłem, ostatecznie mogła się po prostu zmaterializować z nicości. A być może kogoś odwiedzała, w najprostszy sposób pokonując wszystkie drzwi i wejścia prowadzące ją aż tutaj do punktu B. Siedzieliśmy w ciszy. Ona czytała książkę. A ja pisałem, ratując resztki intelektu przed farmakologiczną niewiadomą. Zacząłem się uspokajać. Pomiędzy ten chłodny maj. Pomiędzy wiosenny gaj. Pielęgniarka zapaliła światło. "Siedzicie tutaj tak po ciemku". Pisałem kiedyś dziennik. Dziennik był w złotej oprawie. Chciałbym mieć kiedyś jeszcze jeden taki. Chociaż może być ten zeszyt. Ten zeszyt na razie będzie ok.

Alta Pax


"Say hello 
To the shrinking in your head 
You can't see it but you know it's there 
So don't neglect it  

I'm taking her home with me 
All dressed in white 
She's got everything I need 
Pharmacy keys 
She's falling hard for me 
I can see it in her eyes 
She acts just like a nurse 
With all the other guys"


czwartek, 1 marca 2018

Z listów Głupca (3): O Eneaszu, dla Ciebie.

Nie wiem jak mogę Ci to wytłumaczyć. Opowiem Ci więc o Eneaszu, może to pozwoli mnie lepiej zrozumieć. Widzisz, tak jak i on bardzo obawiam się Greków przynoszących dary. Nie potrafię chyba nic przyjmować bez lęku. Chcę Ci powiedzieć, że po upadku Troi Eneasz zagubił swoją żonę. Poszukiwał jej w ruinach miasta, jednak nie było dane mu jej odnaleźć. I oto rozpoczęła się jego tułaczka. Poprzez Trację, Delos, Kretę, Strofady, Chaonię i Kartaginę, dotarł aż do wybrzeży Italii. Tam, w świętej grocie boga Apolla, złożył ofiarę i wszedł do krainy zmarłych. Nie wiesz jak wygląda ta kraina, to zrozumiałe, bo jeszcze żyjesz i choć marniejesz w moich oczach, to jeszcze się tam nie wybierasz. Nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, że największą pustynią nie jest Sahara. Jest nią ta na Antarktydzie. Jej powierzchnia ma czternaście milionów kilometrów kwadratowych. Jeśli chcesz mieć jakiekolwiek porównanie wielkościowe, to wyobraź sobie Europę, a potem dodaj do niej jeszcze trzy dziesiąte jej całkowitej objętości. Warstwa lodu sięga w najgłębszych miejscach pięciu kilometrów, a przy tym znaczna część tego lodowego spektaklu znajduje się trzy kilometry nad poziomem morza. Tak i wygląda kraj nieżywych, z tymże ten jest bezkresny. To nieskończona pustynia lodu, obumarłych roślin i pochłaniającej wszystko złowieszczej mgły przez którą przebijają się do ucha wędrowca jedynie szum wiatru i zawodzenie. Jęki wielu pokutujących, których trudno wypatrzyć. Może zaledwie ich cienie. Czasami jest to krzyk Syzyfa po raz kolejny tracącego swój głaz na lodowym zboczu. Bojownika przeciwko autorytetowi bogów i jakże udanego obrazu absurdu ludzkiego żywota. Możesz usłyszeć też ujadanie Prometeusza, gdy po raz kolejny orzeł wyjada jego wątrobę, kiedy nad światem umarłych zaczyna świtać. To jego odwieczna kara za darowanie ludziom wiedzy o ogniu, ale przecież to wiesz, bo wszyscy pamiętają jego poświęcenie. Choć niektórzy zwą go teraz Jutrzenką i przestali go pojmować odpowiednio. Wsród lodu brnął wtedy także Eneasz, poszukujący nadal swojej żony. Na drodze zatrzymały go lew, pantera i wilczyca i zaczęły do niego przemawiać.

„Możesz spotkać się ze swoją umiłowaną pod jednym warunkiem. Przyjdzie do ciebie codziennie w miejsce koło olbrzymiej lodowej skały, ale nie będzie pamiętać. Będzie żyła w niej jednak pamięć uczucia, którym na całe życie cię obdarowała. Kierowana miłością zacznie zbliżać się do ciebie w rozmowie, a ty będziesz przypominał jej kim jesteś i kim dla niej byłeś. Kiedy już będzie świadoma twego imienia, imienia swojego męża, padnie w twoje ramiona. Kiedy ją utulisz i łzy radości napłyną do twych i jej oczu, wtedy odepchniesz ją i powiesz, że nią gardzisz. Ujdzie od ciebie w płaczu i zrozpaczona. Jeśli tego nie zrobisz rzucimy się na nią i rozszarpiemy jej ciało. Jeśli spiszesz się, twoja żona powróci następnego dnia, bez pamięci, a ty odtworzysz całą scenę”.

Eneasz padł przed nimi na kolana, a przed niego wystąpił lew.

„Wiatr dziś niesie do naszych uszu trud Syzyfa i wyczerpany oddech Prometeusza, któremu właśnie odrasta na danie dla orła jego własna wątroba. Ty jednak nie musisz pozostać tu wiecznie. Jam jest pychą, pantera rozwiązłością, a wilczyca to chciwość. Pokonaj nas, a ujdziesz z żoną z tego miejsca.”

Agostino Carracci "Eneasz i Dydona"

Zobacz mnie.


piątek, 29 września 2017

Rozdział czwarty: Pył na wietrze

Tego dnia Hiob skończył siedem lat. W izbie jego rodzinnego domu unosił się zapach świeżo wypieczonego chleba. Wiedział, że jego matka już od wczesnych godzin porannych krzątała się po obejściu. Słyszał, że najpierw cichutko zamiotła pomieszczenie, potem zabrała się za wyrabianie ciasta na wypiek. Na koniec rozpaliła ogień pod piecem, obok którego znajdowało się łóżko Hioba. I poczuł przyjemne ciepło. Nie śmiał otworzyć jednak oczu. Podekscytowany i niepewny czekał na to co miało się tego dnia wydarzyć i udawał, że nadal śpi.
  • Zbudź się kochany.
Matka Hioba delikatnie położyła synkowi dłoń na czole, a następnie pogłaskała jego długie kręcone włosy. Była to wysoka kobieta, tak samo jak inne pochodzące z ziemi Us. Ciemne włosy miała spięte w warkocz, a szczupłe ciało okryte niegdyś białą, a teraz już szarą i wiekową szatą. Jej twarz, choć nadal delikatna i kobieca nosiła znamiona ciężkiej pracy i zmęczenia, które skrzętnie ukrywała przed dzieckiem najmilszym uśmiechem.
  • Dzień dobry mamusiu - cichutko wyszeptał Hiob.
  • Dzień dobry Hiobie. Spójrz przez drzwi izby. Zobacz jak pięknie wpadają przez nie promyki słońca. I grają, grają dla Ciebie. Na drobinkach kurzu wesoło unoszących się w powietrzu. A drobinki tańczą wesoło i bardzo cichutko śpiewają. Śpiewają tak cichutko, żeby ich śpiew mógł dotrzeć tylko do bardzo małego ucha.
  • Mamo, a jak małe musi być takie ucho, żeby usłyszeć co śpiewają?
  • Och... musi być tak małe jak ucho siedmioletniego chłopca.
Hiob nic na to nie odpowiedział. W wysiłku aż zmarszczył czoło i starał się usłyszeć delikatny śpiew. Skoncentrowany nasłuchiwał, a przez chwilę zaczął wątpić czy to na pewno dziś jest dzień jego siódmych urodzin, a jego ucho osiągnęło już właściwy rozmiar. Widząc to jego matka nachyliła się nad nim czule i najciszej i delikatniej jak tylko potrafiła zanuciła mu do ucha.
  • Kolejny piękny dzień.
Jak każdego ranka Hiob na polecenia matki umył twarz i ręce w misce, a następnie siadł przy stole na środku izby, zjadł kawałek chleba i popił wodą. Następnie matka poprosiła by odstawił krzesło od stołu na odległość trzech kroków, kucnęła przed nim i patrząc z miłością w oczy rzekła:
  • Dziś kończysz siedem lat. A z dalekich pastwisk do domu wraca twój ojciec. Zwyczaj każe, abym tego dnia specjalnie przygotowała cię na jego powrót. Kiedy będziesz już sprawiony wyruszysz z nim pomóc mu przy jego stadzie, które choć niewielkie dawało nam zawsze pożywienie i pieniądze, a przede wszystkim schronienie. Twój ojciec nauczy cię o zwierzętach, nauczy ich zwyczajów, tego jak rozumieć ich mowę, aby czuły się bezpiecznie i podążały za tobą. Nauczy cię jak rozpoznawać dobre pastwiska, a także wykorzystywać wszelkie rośliny i zioła na swoją korzyść. A w nocy, kiedy będziecie leżeć przy ognisku pod otwartym niebiem, będzie uczył cię o gwiazdach, tak abyś nigdy nie czuł się zagubiony i zawsze mógł odnaleźć drogę do domu. Do mnie. A ja zawsze będę na was czekać.
Po policzkach Hioba w ciszy spłynęły łzy smutku. O tym co miało się wydarzyć wiedział już wcześniej i nie było dla niego zaskoczeniem. Inni okoliczni chłopcy, których znał, kończąc wiek siedmiu lat także przechodzili pod opiekę swych ojców. Niektórzy wyruszali na polowania, inni wypływali w morze. Jeszcze inni uczyli się rzemiosła, którego ich ojcowie nauczyli się od swoich ojców. Hiob wiedział więc co zajdzie. Nie był jednak przygotowany ani na lęk przed nieznanym, ani na rozpoczęcie życia z dala od matki, która była całym jego dotychczasowym światem. Ta widząc jego ogromny smutek przytuliła go mocno, a zwykle kiedy go tuliła tak mocno mówiła: "Muszę uważać, żeby nie połamać ci żeber!". Dziś jednak, żadne słowo nie było w stanie jej przejść przez usta. Ujęła jego dłoń i posadziła na krześle. Nabrała z miski wody i dokładnie zwilżyła mu włosy. Następnie ujęła ostry nóż i kolejno zaczęła ścinać kosmyki włosów tuż przy głowie, które potem opadały na podłogę izby. Kiedy była bliska końca usłyszeli najpierw beczenie owiec dobiegające z dworu, następnie już tylko kroki, by na koniec ujrzeć postawną męską postać stojącą w  promykach słońca przedostających się przez drzwi. Hiob nerwowo poruszył się na krześle i matka tnąc ostatni kosmyk włosów zraniła go nożem w głowę. Chłopiec krzyknął w bólu.
  • Witaj żono, witaj synu.
W izbie wcześniej wypełnionej krzykiem Hioba rozległ się tubalny męski głos. Mężczyzna o bujnej brodzie i długich czarnych kręconych włosach podszedł do kobiety i mocno ujęli się w ramiona. Oboje westchnęli głęboko, jakby umęczeni tęsknotą za sobą i trwali tak długą chwilę, aż zdawać by się mogło, że zapomnieli całkiem o swym zranionym i zlęknionym synu. Wkrótce oboje odwrócili się w jego kierunku zawstydzeni ocierając łzy, a ojciec Hioba ujął kawałek tkaniny i namoczył go w wodzie. Następnie delikatnie obmył ranę chłopca powstałą tuż nad jego uchem. Kiedy skończył, a krwawienie ustąpiło, chłopiec poczuł na swojej delikatnej dłoni jego dłoń. A dłoń jego ojca była duża i silna, i bardzo, ale to bardzo szorstka i spracowana.
  • Chodź ze mną chłopcze.
I wyszli razem przed dom, a matka stanęła za nimi w drzwiach izby.
  • Spójrz Hiobie. To ziemia Us. Kiedy tu przybyłem nie miałem niczego. Nie miałem nawet marzeń. Miałem tylko kilka prostych potrzeb i chciałem przetrwać. A każdy dzień był zmaganiem i niewiadomą. Kiedyś na targowisku ujrzałem twoją matkę. I choć widziałem cuda natury, to wszystkie zdawały się przy niej blednąć. I wtedy zacząłem marzyć. I choć każdy dzień nadal był zmaganiem, to nie był już niewiadomą. Bo zaufałem Bogu, że mój wysiłek zaowocuje spełnieniem mojego snu, że kiedyś twoja matka zostanie moją żoną i wyda mi na świat syna. I tak zarobiłem na pierwszą owcę własnymi rękoma, a pierwsza owca zarobiła już na drugą. I tak powoli powstawało moje stado. I kiedy znany byłem już w okolicy ze swojej pracowitości, poprosiłem ojca twojej matki o jej rękę. A potem na świat przyszedłeś ty mój mały chłopcze. I dzięki tobie nie żałuję żadnego dnia swojej ciężkiej pracy. Bo wiedziałem, że dzięki temu ty kiedyś będziesz miał lżej. Że zawsze będziesz miał dom, do którego będziesz mógł wracać, a twoje dni nie będą nigdy niewiadomą i przepełnione strachem, którego nie raz doświadczałem. Kiedyś weźmiesz moje stado i rozmnożysz je jeszcze bardziej, a także dodasz do niego inne gatunki. A ludzie będą cię szanować, a przez to ty będziesz szanować moją pamięć, kiedy mnie już dawno nie będzie.
Ojciec spojrzał na Hioba. Przeczesał jego krótkie włosy szorstką dłonią.
  • Czy nadal boli cię rana nad uchem?
  • Tak tato. 
  • Wiesz, nie raz byłem chory albo ranny. Albo tak głodny, że nie widziałem już nadziei na poprawę swojej sytuacji. I kiedy nie mogłem znaleźć już żadnego powodu, żeby wstać i maszerować dalej, wtedy stosowałem magiczne zaklęcie.
  • Naprawdę znasz magiczne zaklęcia tato?
  • O tak, a przynajmniej jedno.
I ojciec ujął z ramienia Hioba drobne ścinki włosów i ułożył na szeroko rozpostartej dłoni drugiej ręki.
  • Widzisz synku, kiedy coś mi dolega, albo mam jakieś zmartwienie, wtedy wyobrażam sobie, że ten ogromy problem przybiera postać odrobiny pyłu. Kładę wtedy taki pył na swojej dłoni i mocno na niego dmucham, aż ulatuje wesoło tańcząc na wietrze. I wiesz co?
  • Co tato?
  • Nigdy już nie wraca - po czym mocno dmuchnął na ścinki włosów Hioba, które następnie porwał wiatr.

***

Siedzieli przy nim już cztery dni. Hiob zaś cztery dni głównie był nieprzytomny, a kiedy spał spokojnie oddychał, bo śnił i nie czuł bólu. Jak co noc Elifaz rozpalał ognisko, Bildad wracał z rybami wyłowionymi z morza, zaś Sofara przemywała ropiejące rany Hioba. I choć przybyli z odległych miast Temanu, Szuach i Naamy, od kilku dni pieczołowicie zajmowali się swym chorym przyjacielem. Hiob w końcu otworzył oczy.
  • Wiesz Sofaro? Śniłem o swoich rodzicach. I przez chwilę myślałem, że to moja matka znowu czuwa nade mną. 
  • Nie Hiobie, to ja czuwam nad tobą. Zaś Elifaz rozpalił ognisko, byś mógł ogrzać swoje ciało. A Bildad jak wiesz jest nieocenionym rybakiem. Jak mu się chce oczywiście. Ale widzę, że dla Ciebie mu się chce, bo właśnie niesie piękne ryby.
Hiob spojrzał na przyjaciółkę, a potem na dwóch mężczyzn krzątających się przy ognisku. Spojrzał na nich z miłością.
  • Przybyliście mi towarzyszyć w ostatniej wędrówce?
  • Przybyliśmy czekać przy tobie, aż wyzdrowiejesz.
I milczeli potem dość długo. Słychać było tylko szum wiatru i morza, a także strzelający ogień.
  • Sofaro? - wyszeptał Hiob.
  • Tak przyjacielu?
  • Znam was wszystkich większość mojego życia i zawsze mogliśmy liczyć na siebie, choć los od dzieciństwa porozrzucał nas daleko po świecie. Ale nie opowiadałem wam jednej historii. Niechże Elifaz i Bildad podejdą do nas.
I kiedy cała trójka przyjaciół usiadła w półokręgu wokół Hioba, ten spokojnie kontynuował.
  • Mój ojciec nauczył mnie magicznego zaklęcia. Widzicie, kiedy miałem jakiś problem wyobrażałem sobie, że jest on niczym pył na drodze po której stąpam, taki malutki. - tu Hiob ujął trochę piasku z ziemi, na której leżał i ułożył na swojej rozpostartej dłoni - kładłem pył na ręce, dmuchałem na niego mocno, a jego drobinki unosiły się na wietrze wesoło tańcząc w promykach słońca i nigdy nie wracały. Choć moje uszy były już zbyt stare by słyszeć cichy i radosny śpiew, o którym opowiadała mi matka, to moje problemy bezpowrotnie odpływały i niknęły jak pył na wietrze.
Tu Hiob uczynił przerwę i spojrzał po kolei w oczy swych przyjaciół. Po czym tak mocno jak jeszcze potrafił znaleźć siłę w swym trędowatym ciele, dmuchnął w dłoń. Piasek pozostał jednak niezmiennie na jego ręce, przylepiony do mazi wydobywającej się z ropiejących ran.
  • Widzicie? Moje zaklęcie przestało działać.
Hiob i przyjaciele (Ilja Riepin, 1869, Muzeum Rosyjskie w Sankt Petersburgu)

środa, 23 sierpnia 2017

Rozdział trzeci: Prezentacja

Siedziała w ciszy. Na wygodnym dębowym fotelu, wyściełanym atłasowym płótnem o burgundowym kolorze. Na okrągłym stoliku umiejscowiona była lampka, na której złotym podeście pół-cylindryczny zielony klosz dawał oszczędne światło, rozświetlając zaledwie jej czarne źrenice, bladą twarz, czarną szatę i ciemne włosy sięgające ziemi i wijące się w wysokiej trawie. Wokół niej w półmroku rysowały się potężne półki uginające się pod nieskończoną ilością woluminów. Gdzieś wysoko ponad Nią, gdzie nie sięgały już księgi, widocznie świecił gwiazdozbiór Łabędzia ze swym nadolbrzymem Denebem, któremu inne gwiazdy nie dorównywały w wielkości i mocy.

Na stole rozłożona był tylko jedna księga. Trzymała na niej dłoń.


Pomiędzy regałami pojawiła się wysoka męska postać. Nie sposób było rozpoznać jej rysów czy stroju, jednak biła od niej bladoniebieska poświata ujawniająca kształt.
  • Tak Michale? - spytała spokojnie nie podnosząc wzroku z otwartej księgi.
  • Przybyłem oznajmić wieści. Jutrzenka przebywa na naszej gęstości. Prosi... nie to niewłaściwe słowo. On oznajmia swoją audiencję u Ciebie.
  • Dobrze. Niechaj wejdzie, skoro przybył. I odnajdź Imamiah, niechaj zaparzy nam herbaty. Mam do niej jeszcze kilka sprawunków.
Michał złożył skrzydła, tak aby przejść pomiędzy półkami bliżej Niej.
  • Czy coś jeszcze? - spytała.
  • Przybył z liczną świtą. Z mojej rachuby wynika, że tradycyjnie towarzyszy mu dziewięciu wiernych lordów, każdy z zastępem 73 poddanych - tu uczynił pauzę - i każdy z poddanych dzierży przynajmniej kilka par łyżew.
  • Rozumiem, że cała ta sytuacja powoduje dość spore zamieszanie na gęstości. Poproś Jutrzenkę by łaskawie zostawił swój dwór przed moimi drzwiami - tu spojrzała w końcu na Michała - i pofatygował się osobiście lecz w pojedynkę.
Michał skłonił się i odszedł w mrok, gdzie nie sięgało światło zielonej lampki.

Starannie zamknęła księgę. Obok stolika na drugim dębowym i wygodnym fotelu wyściełanym burgundowym atłasem, a w miejscu gdzie przed chwilę nie było jeszcze nic, siedział szczupły mężczyzna w smokingu, o ciemnych włosach zaczesanych do tyłu. Na stole oparł łokieć i otworzył dłoń, nad którą uniosła się świetlista kula, której blask nadał nieco ciepła przestrzeni.
  • I cóż przynosisz Jutrzenko? Oczywiście prócz światła.
  • Och, z pewnością się domyślasz. Przecież wiesz wszystko, a cała ta ilustracja Twojej osoby... - spojrzał na nią rozbawiony - ta ilustracja tego nieskończonego pomieszczenia imitująca Twoje rzekome powiązanie ze stanem duszy ludzkiej i jego wyobrażeniu o Tobie, ta maskarada, jest po prostu ujmująca. Zresztą chyba nie jesteś na bieżąco z biegiem wydarzeń. Matriarchat skończył się eon temu. Tam na dole. Pamiętasz jeszcze gdzie to jest?
Spojrzała na niego z uśmiechem. I trwali tak nieskończenie długą chwilę w ciszy.
  • Zakład. Nasz zakład - wyszeptał w końcu Jutrzenka, niecierpliwie bawiąc się świetlistą kulą i przerzucając ją między palcami.
  • Tak, zakład - odpowiedziała niewzruszona.
  • Przybywam oddać łyżwy i żądam egzekucji zakładu wynikającej z mojej wygranej!
Spokojnie ujęła świetlistą kulę lewitującą nad jego dłonią wywołując we właścicielu smokingu nieskrywaną irytację. Kula rozświetliła jej bladą twarz i nadała ludzkiego wyrazu. I gdyby ktoś z boku obserwował całą scenę, mógłby odnieść wrażenie, że jej oblicze nosiło znamiona dobroci i empatii.
  • I cóż uczyniłeś z tego daru otrzymanego ode mnie Jutrzenko? Komu i jak go zaniosłeś?
  • Uczyniłem z niego pożytek jak i miałem uczynić. Zaniosłem go im wszystkim, także Głupcowi. A teraz, skoro Głupiec nie żyje, żądam egzekucji zakładu.
Uśmiechnęła się. A gdyby ktoś obserwował to z boku mógłby odnieść wrażenie, że jest to uśmiech pobłażliwy, a być może tylko świetlista kula Jutrzenki nadawała jej taki ludzki wyraz.
  • A cóż się stało, że tak sądzisz?
  • Testujesz moją cierpliwość?
  • Oczekuję twojej interpretacji wydarzeń.
Gdyby Jutrzenka oddychał wziąłby teraz głęboki wdech.
  • Siedział tydzień w tej swojej chacie. Stan depresyjny można określić jako ten, kiedy talerze jak przestają mieścić się w zlewie, zaczynają wypełniać wannę. Chyba choć trochę znasz ludzi? Ale on tam wanny nie miał. Siedział i czekał. I w sumie się chyba spodziewał. Więc na koniec jak zabrałem mu dom, to zajęcie które wykonywał w celach zarobkowych i kobietę, a ludzie go pozostawili, z czego się właściwie cieszył, ponieważ uważał, że oddaje innym tylko swój smutek i ich krzywdzi... Wiesz, wtedy zabrałem mu syna. Bezskutecznie szukając pomocy wznosząc podniosłe modły do Twoich zastępów i jak wielu nie znajdując pomocy udał się do psychiatry. Wiesz, kto to psychiatra? Miał taki cały zestaw tabletek gotowych unicestwić jego materialne ciało. Przeczytał uważnie ulotki, chciał mieć pewność, że jego serce stanie i zażył wszystkie. Napisał pożegnalny list i położył się do łóżka. Po czym umarł. To znaczy nie żyje. Ujmując to innymi słowami - Jutrzenka uśmiechnął się delikatnie lecz z satysfakcją.
Na stole pojawiły się dwie szklanki, a także kobieca postać emitująca delikatnym fioletowym światłem, lecz oprócz tego nie sposób było rozpoznać jej rysów czy stroju. Dzierżyła w dłoniach porcelanowy imbryk, z którego rozpoczęła nalewać do szklanek gorącą herbatę.
  • Prosiłaś o herbatę Pani. Dla Ciebie i Twojego gościa.
  • Tak Imamiah. Dziękuję.
Jutrzenka spojrzał  zdezorientowany na Imamiah, potem ponownie skierował wzrok na Nią.
  • Zakład! Nasz zakład. Tak się składa, że dziewięciu moich lordów...
  • ...każdy z zastępem 73 poddanych, z czego każdy dzierży po kilka par łyżew czekają pod drzwiami Pani. Och Jutrzenko, są urzeczeni naszą gęstością! - przerwała mu z entuzjazmem Imamiah. - proszę skosztuj herbaty - Imamiah skończyła nalewać płyn do jego szklanki - Czy zdajesz sobie sprawę, że nieznaczna część populacji ludzkiej jest odporna na działania farmakologiczne? - zakończyła z nieskrywaną radością - To takie niespotykane!
Jutrzenka bardzo powoli i ceremonialnie napił się herbaty.
  • Gdzie on jest? - spytał cedząc słowa przez zęby.
  • Głupiec? Nie martw się, jest bezpieczny. Gdzieś pomiędzy. Czeka na powrót. - odpowiedziała Imamiah.
Jutrzenka wstał z dębowego fotela wyściełanego atłasowym płótnem. Poprawił smoking i wyciągnął dłoń w kierunku Pani, czekając by ta oddała mu jego świetlistą kulę.
  • Jam jest Lucyfer, gwiazda zaranna. Jam jest ten, który niesie oświecenie i wiedzę i poddaje charaktery próbom i wyzwaniom. Jam jest ich orędownikiem źle pojętym. I wrócę upomnieć się o swoje. Do Ciebie Pani.
I kiedy Pani oddała mu na powrót świetlistą kulę, zniknął. Wtedy skinęła na Imamiah pozwalając jej oddalić się do swoich spraw. Sama zaś otworzyła na powrót księgę i wpatrywała się dalej w jej niezapisane strony.



wtorek, 25 lipca 2017

Z listów nie wiadomo już kogo chwilowo i do kogo: Tutaj, 25.07.2017

Łapię się na tym, że chcę Ci wysłać wiadomość i nerwowo sięgam po telefon do kieszeni. Ale naprawdę nie mogę i po chwili dochodzi do mnie absurdalność całej sytuacji. Po tym całym czasie, który minie od napisania dzisiejszego listu, a momentem jego Twojej lektury, też już będziesz wiedziała dlaczego.

Kupiłem jednak maszynę do pisania. Kosztowała mnie dwadzieścia złotych na starociach oraz dodatkowe pięć złotych za jednego pluszowego misia koala oraz mamę kangurzycę z małym kangurkiem w torbie. Mały kangurek jest na sznureczku i można go z torby wyciągać, ale bez obawy, że zginie. Całość wybrała sobie H., a ja sam ją do tego zachęcałem. Potem wypraliśmy te wiekowe pluszaki i tak każdy był zadowolony. Ona, że darowała drugie życie starym zabawkom, a ja, że do końca wypruje kiedyś flaki z tej starej niemieckiej maszyny do pisania. To wiekowy Adler "Tippa" z lat pięćdziesiątych, więc dzięki Bogu, żaden (przynamniej aktywny) nazista nie maczał paluchów w jej produkcji. Chyba, że się zniechęcę i z czasem kupię nową, albo ukradnę moim dziadkom tę, którą pisałem przepisy kulinarne będąc dzieckiem. Są już tak zaawansowani w wieku, że naprawdę krzywda im się nie stanie, bo i tak nic nie zauważą. Powodem jest to, że mój Adler nie ma polskich znaków i dodatkowo "Z" zamienione z "Y". Trochę to męczące podczas zapisywania całej kartki formatu A4 drobnym tekstem do Ciebie.

Tak więc napisałem. Znajdę teraz kopertę w szufladzie. Chyba mam w gabinecie. Jak się zbiorę to za jakiś czas znowu coś napiszę. Biorąc moje uwielbienie epistolograficzne, to nawet jestem zadowolony. Tylko ten układ klawiszy "QWERTZ"... zobaczyłem dopiero w domu, ale za tę cenę nie ma co narzekać.

Cholera wie, kiedy to przeczytasz. Za miesiąc, rok? Nie wiem. Oczekiwanie stało się czymś niezauważalnym.

Tutaj, 25.07.2017
El Emperador.



ps. Taki facet co mnie chciał zahipnotyzować bezskutecznie powiedział mi, że trzydzieści trzy lata to dobry wiek, żeby się ukrzyżować. Wyszło mi! Ale wieje na tym krzyżu i ogólnie niewygodnie. Więc zrobię angielskie wyjście i powoli w przyszłym miesiącu zmienię bez żalu trzy na cztery i po kłopocie. 

ps 2. C'est la vie i to se ne vrati.


piątek, 21 kwietnia 2017

Nowy New Age dla ubogich na duchu i umyśle jak ja i według mnie.


  1. Co ma być to będzie.
  2. A co ma wisieć nie utonie.
  3. Gdyby kózka nie skakała to by nóżki nie złamała.
  4. Więc miej baczność jak sobie pościelisz, bo tak się wyśpisz.
  5. Miej wyrąbane, a będzie Ci dane.
  6. Lecz się nie nastawiaj na nic konkretnie, zanim kule nie wpadną do maszyny losującej.
  7. Z pustego i Salomon nie naleje, a już na pewno nie ty mały smrodzie.
  8. Krzykiem skrzypiec nie nastroisz, a lato byłoby dłuższe, gdyby nie zima.
  9. Wiedz, że niewiele wiesz.
  10. A Twój bliźni wie niewiele więcej.
  11. I jedenaste. Jak nie ma rozwiązania to nie ma problemu.

Et voilà, ç'est prêt. Good night and good luck et bon chance.