środa, 26 sierpnia 2020

Tłumaczenia.

Nie mogę zebrać się do napisania ostatniego rozdziału. Czasami myślę, że już nie czuję tej całej historii, ale innym razem wiem, że to nieprawda. Jak palili Hioba to uroniłem nad nim łzę, bo zdążyłem się z nim zaprzyjaźnić. Czytanie jego Księgi przyprawiało mnie o zawroty głowy, wymagało nie lada skupienia. Wszak to dysputa o naturze filozoficznej, a dysputa ta trwa po dziś dzień i rozwiązana w moim mniemaniu nie została. Szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, że są dwa warianty tej Księgi. Jana natomiast odprowadziłem w dobre ręce Teresy i pożegnałem z czułością. Tyle czasu spędziłem na analizowaniu historii jego życia, pod kątem mojej opowieści i nie tylko, że nie sposób było mi go nie polubić. Czasami przez chwilę wydaję mi się, że mam wszystko, a co dotyczy trzeciej postaci, mianowicie Głupca, już prawie poukładane w słowa. I spłynie na papier ot tak, w dwa wieczory. Może jest tak, że boję się tego momentu: ostaniej kropki ostatniego już rozdziału. Bo sklamruje on pewien niebanalny okres mojego życia. Zły i dobry. Na pewno zaszły. I będę musiał go wypuścić z rąk i ewentualnie pisać coś innego.

Tymczasem patrzę błądzącym po półkach wzrokiem, zastanawiając się, gdzie podziewają się moje „Księgi Jakubowe”. Były pięknie wydane. Ale już ich tu nie ma. Kiedy to stwierdzam, to przez chwilę jest mi smutno. Potem szybko jednak dochodzę do wniosku, że moje książki to Marynarze, co za każdym razem przybijają do nowego portu. I dobrze mi z tym, bo wiem, że nie zbierają kurzu na półce, a to przecież niedorzeczne zaprzeczenie samej funkcji literatury. Zamiast tego cieszą wciąż nowe oczy i wyobraźnie. Tymczasem czytam, że Janina wraz z Dyziem pewnej nocy, w zasypanej śniegiem Kotlinie Kłodzkiej, wzięli się za tłumaczenia Williama Blake’a. Przypatrując się ich nieumiejętnym próbom przekładu na język polski sensu i rytmiki oryginałów jego wierszy, dochodzę do tych samych wniosków co oni: poezji absolutnie nie da się tłumaczyć, nie niszcząc jej całej, często misternej, gracji. Siedziałem przez jakiś czas nad wierszem Eddiego. Może robiłem to od dwóch miesięcy, traktując jako swoistą łamigłówkę terapeutyczną, w wolnych chwilach w pracy. Mam do tego człowieka słabość. Czasami oglądam filmy, jak przeszło dwadzieścia lat temu wspinał się podczas koncertów na wszelkie rusztowania sceniczne, często na wysokość wielu pięter. I jakimś cudem, przecząc prawu grawitacji, nigdy się nie zabił.

Eddie
„Niech będzie chwała i cześć”


Czy starczy tutaj dla nas obojga miejsca? Na ten czas kiedy nie będziemy już razem? Bo mam wrażenie, że wiąże nas już tylko wątła nić zobowiązań. Czy to wszystko Królowo na co Cię stać? Dostaję od Ciebie zwitek słów, który staram się rozsupłać. Ale ja nie chcę już analizować. Ja chcę to czuć! A właściwie to jak się czuję? Czy wiesz? Bo jeśli jestem tym, na którego Bogu starczyło jeszcze trochę materiału, kiedy już Cię uszył, to przepraszam, ale nigdy nie będę dość... Po prostu wstaw tu przymiotnik jaki chcesz.

Czasami fantazjuję jak kochałbym Cię do samego końca i jeszcze poza czas. Ale w końcu przytomnieje i widzę, że dawno już poszłaś, o gdzieś tam. Czy nie szliśmy w tym samym kierunku zanim się zdrzemnąłem? A czy teraz mogę jeszcze z Tobą iść? Wiem, z trudem dotrzymuje Ci kroku, ale ciągnę za sobą masę zaszłych spraw. Czy doceniasz mój wysiłek? Wszak tępie sobie zęby na tych łańcuchach z lat.

Biegnąc z Tobą w wyścigu, którego nie sposób mi wygrać, w końcu zdaję sobie z tego sprawę: Jestem zaledwie niczym książę Filip i mogę być tylko tak dobry jak mi na to zezwolisz. Ale czy w takim razie jest w Tobie dość kobiety, na to aby mną rozporządzać? I czy zabandażujesz na drogę razem nasze poranione ręce? Abym Ci się nie zgubił?

Niech będzie chwała, i cześć, i uwielbienie,
Chwała i cześć Zakochanym!

No cóż, już starczy. 
Wygrałaś.
Bądź pozdrowiona.
Pa.

piątek, 14 sierpnia 2020

Proste rachuby.

 


Zobacz maleńka co mam,
Gotowy cały piękny plan. 
Dwa bilety w jedną stronę na księżyc,
Bez grzybicy stóp i bez miażdżyc. 
Bez jaskry i podłej cukrzycy, 
Wyjazd już rano z tej smutku stolicy. 
Z naszego domu to znaczy,
Co przypomina melinę zbieraczy.
No co powiesz? Wszak masz miejsce przy okienku!
Wszystko to Ci dam, po sześćdziesięciu latach ożenku.


A kto nas zawiezie na lotnisko? 
Tutaj widzę jedynie bagnisko!


Nasz wnuk, ten o... brunet, wysoki jakiś!
Zwał się, hmm... Nie pamietam imienia i nie wiem kto taki.
Kim był i skąd przyszedł?
Na pewno był nam coś winien.
Jeszcze nie wyszedł?


A powinien.

niedziela, 2 sierpnia 2020

Trzynasty krok w chmurach.

I to także krok. Kadr z filmu "Eneasz".

Na pierwszym mityngu byłem jako dwudziestokilkuletni chłopak. Teraz bliżej mi do czterdziestki i widzę, że zrealizowanie Dwunastu Kroków zajęło mi prawie połowę życia. Nie byłem w stanie zadośćuczynić wszystkim wyrządzonych krzywd, nawet jeśli od dawna nie miały one już nic wspólnego z alkoholem, którego od tych dobrych paru lat nie ma w moim życiu. Ale postarałem się jak mogłem wynagrodzić wszystko światu. Myślę, że w zadośćuczynieniu poszedłem w hurt. Co tydzień karmiłem i ubierałem dziesiątki ubogich i bezdomnych. Alkoholików i wariatów oraz tych, którym naprawdę życie wiało w twarz, bez widocznego powodu. Przeprosiłem ich wszystkich za tych, których przeprosić nie mogłem. Aż w końcu najadłem się tym wszystkim do syta i odszedłem od stołu. Ale to zupełnie inna historia. I nie piszę o tym wszystkim, bo obrosłem w piórka. Piszę o tym, bo coś się dopełniło. I wypaliło także.

Mój, choć zaledwie osobisty, trzynasty krok brzmi: „Szaleństwem jest robić wciąż to samo i spodziewać się różnych rezultatów”.

Trzeba więc iść dalej i robić nowe rzeczy, albo stare w nowy sposób, lub starać się kolejne kroki chociaż korygować. Więc na koniec przeprosiłem siebie samego i postanowiłem wykonać ten nie pierwszy, a ostatni, trzynasty krok, w chmurach. Bo bardzo lubię pana Hłaskę, to mój kolega od lat.

Na małym lotnisku nieopodal Kazimierza Biskupiego moje romantyczne wyobrażenia na temat skoku spadochronowego legły natychmiast w gruzach. Kiedyś czytałem wywiad z Beksińskim, z którego zapamiętałem jedną wypowiedź: „Kiedy mam jechać windą pełną ludzi, zawsze idę schodami, choćby było nie wiem ile pięter”. Zapamiętałem, bo zawsze wybieram tak samo. Lotnisko pełne było ludzi. Niewielu z nich miało skoczyć ze spadochronem, ale Ci którzy skakali przyjechali z rodzinami, które wiwatowały na ich cześć. Były nawet transparenty mające dodawać otuchy. Były żony, które wykupiły skok swoim mężom i okazywanie czułości, no i oczywiście masa bachorów plączących się pod nogami. I tylko ja sam w tym tłumie, oczekujący na swojego instruktora wśród radosnych rozmów o niczym, niczym na wybawienia. Tak, mam z tym problem od zawsze.

„Na pewno nie chce pan filmu ze skoku?”
„Na pewno. Nigdy go pewnie nie obejrzę. Ale wszystko dobrze zapamiętam."

Na lotnisku był także znany, młody, przystojny aktor. Kojarzyłem go z seriali. Niski zawiadowca lotów, o potężnej muskulaturze rekompensującej wzrost, krzątał się obok niego, starając sobie zaskarbić jego sympatię. Przez chwilę myślałem, że nie wytrzymam tej nieludzkiej tortury przebywania wśród ludzi, ale uratował mnie Jarek. Mój instruktor. I dziękowałem za niego Bogu, bo był wyważonym facetem, od którego bił wewnętrzny spokój i od początku wiedziałem, że niechciałbym skakać za żadne skarby z nikim innym na całym świecie.

Władowaliśmy się szczelnie do awionetki, tak szczelnie, że z trudem się mieściliśmy. Ale teraz przestało mi już to przeszkadzać w jakikolwiek sposób, bo zaczęliśmy się w końcu, a więc po godzinie oczekiwania, unosić nad ziemię. Z każdym kilometrem wzwyż byłem coraz bardziej spokojny. Nikt mi już nie przeszkadzał. Wiedziałem, że w każdej chwili wszyscy możemy zginąć i od tej myśli napawał mnie głęboki spokój. Bo czasami nie ma się już co napinać, nawet jeśli się jest takim pseudo-mizantropem jak ja. Przypatrywałem się swoim myślom i zastanawiałem się chwilę kim jestem. Na czterech tysiącach metrów przyszła moja kolej. Więc po prostu skoczyłem. I dlatego, że brakuje mi obecnie jakichkolwiek słów by to opisać, jakichkolwiek porównań (jedyne znajduję w marzeniach sennych, a i te są przecież bardzo abstrakcyjne), przytoczę tu utwór Maxa Ehrmana „Desiderata”, z 1927 roku.

Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu - pamiętaj jaki pokój może być w ciszy. Tak dalece jak to możliwe nie wyrzekając się siebie, bądź w dobrych stosunkach z innymi ludźmi. Prawdę swą głoś spokojnie i jasno, słuchaj też tego co mówią inni, nawet głupcy i ignoranci, oni też mają swoją opowieść. Jeśli porównujesz się z innymi możesz stać się próżny lub zgorzkniały, albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od ciebie.

Ciesz się zarówno swymi osiągnięciami jak i planami. Wykonuj z sercem swą pracę, jakakolwiek by była skromna. Jest ona trwałą wartością w zmiennych kolejach losu. Zachowaj ostrożność w swych przedsięwzięciach - świat bowiem pełen jest oszustwa. Lecz niech ci to nie przesłania prawdziwej cnoty, wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie pełne jest heroizmu.

Bądź sobą, a zwłaszcza nie zwalczaj uczuć: nie bądź cyniczny wobec miłości, albowiem w obliczu wszelkiej oschłości i rozczarowań jest ona wieczna jak trawa. Przyjmuj pogodnie to co lata niosą, bez goryczy wyrzekając się przymiotów młodości. Rozwijaj siłę ducha by w nagłym nieszczęściu mogła być tarczą dla ciebie. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.

Jesteś dzieckiem wszechświata, nie mniej niż gwiazdy i drzewa, masz prawo być tutaj i czy jest to dla ciebie jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki jaki być powinien.

Tak więc bądź w pokoju z Bogiem, cokolwiek myślisz i czymkolwiek się zajmujesz i jakiekolwiek są twe pragnienia: w zgiełku ulicznym, zamęcie życia, zachowaj pokój ze swą duszą. Z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwianymi marzeniami ciągle jeszcze ten świat jest piękny. Bądź uważny, staraj się być szczęśliwy.

I to koniec. Wiem, że nie jestem doskonały i wiem, że nigdy nie będę. Przepraszam was wszystkich, którzy przekroczyliście moją ścieżkę bardzo szczerze. Wiedzcie, że zawsze będę starał się być trochę lepszy. I to też jest coś. Prawda? I lubię już trochę siebie samego. Nawet jak jestem w tłumie ludzi i nie wiem jak się zachować i czuję się jak ostatnia fajtłapa. Bo nie umiem być taki fajny i radosny jak inni. Ale byłem radosny w chmurach i nadal się tak czuję.

czwartek, 9 lipca 2020

Z listów Głupca (8): Żegnaj Richardzie Parkerze.

To nie jest naprawdę Richard Parker. Ale ja nie jestem Jacek, ani żaden Jacques i kij wam w oko.


I stało się tak, że napisałem bardzo żałosny i długi tekst. Żeby zająć sobie czymś ręce i myśli. Ale wyszedłem z domu i kiedy już wróciłem, to go po prostu skasowałem.

Bo wszystko jest dobrze.

Z mojego życia odeszło już tak bardzo wiele osób. Bezpowrotnie i nogami do przodu. I dziś także. I co jakiś czas ogarnia mnie teraz spazmatyczny płacz. Albo się drę w powietrze, żeby sobie ulżyć. Ale to już mi nikogo nie zwróci. Wszystkie niedokończone rozmowy, albo te których nie było wcale, jednak trwają w mojej głowie. I wszystko jest dobrze. Dokończyć można wiele rzeczy. Nawet w pojedynkę.

Przy każdym pogrzebie pojawia się na krótko zawsze ta sama refleksja. Jak długo będę gnał przed siebie? I czy naprawdę chcę wiecznie uciekać, zanim to wszystko dobiegnie do końca? Ale potem o tym szybko zapominam i znowu wpadam w wir życia i tych jakże arcyważnych spraw. 

Ale naprawdę nie tym razem. Nadszedł czas, żeby powoli zacząć wysiadać z tego połączenia ekspresowego do nikąd i zająć się tym co jest przecież naprawdę ważne, a o czym nie mam zielonego pojęcia. Samym sobą. Powoli, bo mam w sobie poczucie odpowiedzialności za innych ludzi. Ale dałem sobie dzisiaj w końcu ultimatum, bo myślę, a może bardziej czuję podskórnie, że przeżyłem już połowę swojego życia. Chcę do końca roku wyplątać się z tego wszystkiego, co miało tak ogromny sens wcześniej, a teraz jest zaledwie odbytą lekcją i ciężarem, a ja puzzlem, który nie pasuje i wylatuje z tej układanki poza stół. I leci gdzieś porwany wiatrem. Nie wiadomo dokąd. Kim ja jestem? Nie wiem. Ale bardzo chcę się w końcu dowiedzieć. I być dla siebie dobrym, kogokolwiek tam odnajdę.

A Tobie, choć tego nie wiesz, zrobiłem ładny grób, naprawdę nie ma się czego wstydzić. Dziękuję Ci za wszystko, to była lekcja pokory, ogromna radość i nieskończona ilość dobrych wspomnień, które pewnie spiszę w swoim czasie. Bardzo Cię kochałem i kocham nadal. Tak na swój sposób, bo trudny jestem okrutnie i nie raz miałem Cię ochotę ukatrupić. Myślę, że wielu ludzi lubiło mnie chociaż trochę ze względu na Ciebie. Bo byłaś piękna i dobra. A teraz będę zwykłym gburem, z krzyżem z Twoim imieniem na ogrodzie. Co jednak przeżyję. 

Aż do czasu, kiedy i po mnie upomni się Śmierć. Dzięki Bogu, Diabłu, wszystkim Świętym i Grzesznikom.

Ale teraz bądź dla mnie dobra ten ostatni już raz i pozwól mi to jakoś przetrawić.

niedziela, 28 czerwca 2020

Z listów Głupca (7): Do rodziny.



Skoro to był tak okrutny dzień, to dlaczego tak mi dobrze? Wściekłe i smutne psy zaniosłem do ich kojców i dałem jeść. Pogryzły mnie przy tym okrutnie, ale przecież to Ja. Śpiewam sobie z Eddiem na cały regulator, bo przecież czuję to jak nigdy:

„Nie potrzebuję kasku, mam twardy, twardy łeb
Daj spokój z tą peleryną, i tak już przemokłem do suchej nitki
Daruj bandaże, straciłem już za dużo krwi
Nie chcę twej pomocnej dłoni, bo mam przytwierdzone obie ręce”

I ci ze zdjęcia już dawno pod ziemią, więc nie ma się co napinać, bo i my dzięki Bogu odejdziemy. A z nami wszystkie nasze animozje.

Howgh!

sobota, 18 stycznia 2020

Z listów Głupca (6): Do mnie, zewsząd.


"Mieć wieczny spokój w sercu. Nie mieć zmartwień i kłopotów. Nigdy nie być strapionym, niepokornym, zbolałym, drażliwym czy rozgniewanym; nie dziwić się niczemu, co mi się przytrafia; nie czuć, że cokolwiek zostało uczynione przeciwko mnie.
Z jednakim pokojem przyjmować brak pochwał, zarzuty i pogardę; znajdować w sobie błogosławione sanktuarium, w którym mogę się schronić i zamknąć za sobą drzwi, a potem w tajemnicy uklęknąć przed moim Ojcem i zaznać zgody i harmonii - zanurzyć się w nich niczym w głębokiej wodzie zatoce ciszy, podczas gdy wszędzie wokół wody wydają się wzburzone.

(...) Życie to pasmo problemów: albo akurat przeżywasz kłopoty, albo z nich wychodzisz, albo przygotowujesz się na kolejne. Dzieje się tak dlatego, że Boga bardziej interesuje twój charakter niż twoja wygoda. Bóg woli prowadzić cię do świętości niż do szczęścia."
Rick i Bob.

wtorek, 20 sierpnia 2019

Rozdział ósmy: Kat będzie ofiarą, a ofiara katem

"W noc jedną pełną ciemności, 
Udręczeniem miłości rozpalona, 
O wzniosła szczęśliwości! 
Wyszłam nie spostrzeżona, 
Gdy chata moja była uciszona."

Św. Jan od Krzyża

Pośrodku placu klasztoru klęczał nagi człowiek. Długie, potargane i sklejone włosy sięgały mu aż do brody, a broda, równie brudna i skołtuniona, sięgała mu aż do splotu słonecznego. Jego wychudzone ciało odsłaniało żebra i kości przyklejone do jego skóry. Skóry tak brudnej, że trudno było odgadnąć, że jest to postać ludzka, zdradzała to jedynie sylwetka. Zaschnięty pot i kurz łączył się z krwią i niezliczoną ilością blizn. Obok niego leżała równie brudna szmata. Ten sam habit, w którym przybył tu dziewięć miesięcy wcześniej. Dokoła niego w okręgu stało czterdziestu czterech braci zakonu karmelitów w Toledo. Stali w bezpiecznej odległości. Woń, którą roztaczał człowiek pośrodku, była nie do zniesienia. Niezwykle intensywne połączenie zaduchu potu, krwi, uryny i odchodów. Większość z nich nie była wstanie patrzeć na postać. Obraz był zbyt okrutny by nie pozostawić na kimkolwiek złego wspomnienia, takiego które musiałby nosić ze sobą już do śmierci. Patrzył natomiast prowincjał Jakub. Bez wyrzutu i bez zniesmaczenia. Zawsze z satysfakcją.
  • Marku - tu Jakub zwrócił się do brata stojącego po jego prawej stronie - czyń swoją powinność.
I Marek wystąpił z batem z kręgu współbraci, aby stanąć za klęczącym mężczyzną. Twarz zakrywał swoją szatą, tak by nie odczuwać uciążliwego smrodu. Zamachnął się pierwszy raz. Większość braci odwróciła twarz, kiedy bicz głośno smagnął plecy. Ale biczowany nawet nie mrugnął. Sprawiał wrażenie jakby go nie było pośrodku placu, wśród braci zakonnych. 
  • Janie de la Croix! - krzyknął prowincjał - masz oto jak co tydzień szansę się odkupić w naszych oczach. Wyspowiadaj się przed swymi braćmi, przed swymi przyjaciółmi. Odkup swoje winy! Przyznaj rację regule zakonu karmelitów, a i my spojrzymy na ciebie przychylniejszym okiem. No! Co rzeczesz Janie?
Jan się na niego nie spojrzał. Zaczął jedynie powoli wydobywać z siebie ciche słowa. Bardzo jednostajnie, niczym mantrę.
  •  Żył w ziemi Us człowiek imieniem Hiob. Był to mąż sprawiedliwy, prawy, bogobojny i unikający zła.
Prowincjał spojrzał na Marka, a ten odwrócił wzrok od Jana, kiedy wymierzył mu kolejny raz.
  • Odszczekaj wszystko psie! - krzyknął gniewnie Jakub.
Jednak Jan kontynuował, deklamując sam do siebie fragmenty Pisma.
  • Mówi Pan do szatana: A zwróciłeś uwagę na sługę mego, Hioba? Bo nie ma na całej ziemi drugiego, kto by tak był prawy, sprawiedliwy, bogobojny i unikający grzechu jak on. Szatan na to do Pana: Czyż za darmo Hiob czci Boga?
  • Marku i moi drodzy bracia! Widzicie, że się starałem wyplenić z naszego biednego Jana wszelkie herezje. Dusza jego jednak w malignie i pochłonięta całkiem przez Diabła. Jedyne co możemy dla niego zrobić to postarać się o czystość jego ciała, biczując, karmiąc kawałkiem chleba i modlić się. Módlmy się bracia, nic innego już nie pozostało. Rozejdźcie się do swoich spraw, bo i mnie trudno patrzeć na to co się tu odbywa. - tu poczynił pauzę i spojrzał na Marka - a ty bracie wykonaj jeszcze siedem razy. Razem będzie dziewięć, wszak to liczba święta. Może niewiele, a może zda się na coś?
Po chwili na placu został jedynie Marek i Jan.
  • Na litość boską. Na czym ci zależy? Ukajaj się przed prowincjałem - szeptał Marek do Jana, tak aby nikt go nie usłyszał. - Zakończ to przedstawienie. Nie masz już nic do stracenia, tylko własną skórę.
  • Wtem powiał szalony wicher z pustyni, poruszył czterema węgłami domu, zawalił go na dzieci, tak iż poumierały. Hiob wstał, rozdarł swe szaty, ogolił głowę, upadł na ziemię, oddał pokłon i rzekł: Nagi wyszedłem z łona matki  i nagi tam wrócę.  Dał Pan i zabrał Pan. - tutaj Jan przerwał, bowiem Marek wymierzył mu kolejny raz.
  • Błagam Cię, przestań! Serce moje umiera nad tobą, gdy jestem twoim katem! - przez łzy szeptał łamiącym się głosem.
  • I Pan przywrócił Hioba do dawnego stanu, gdyż modlił się on za swych przyjaciół. Pan oddał mu całą majętność w dwójnasób. - tu poczynił przerwę bowiem Marek znowu smagnął go batem, po chwili jednak kontynuował, cichszym głosem - Przyszli do niego wszyscy bracia, siostry i dawni znajomi, jedli z nim chleb w jego domu i ubolewali nad nim, i pocieszali go z powodu nieszczęścia, jakie na niego zesłał Pan. Każdy mu dał jeden srebrny pieniądz i jedną złotą obrączkę.
  • Janie. Bóg nie czeka na ciebie za rogiem. Nie będzie nagrody. Jesteś Głupcem. Głupcem wyszedłeś z łona matki i Głupcem powrócisz na łono Abrahama - po czym wymierzył mu kolejne pięć razy. Niezbyt mocno. Wiedział, że prowincjał już nie patrzy.
Kiedy Marek skończył kaź, Jan nie klęczał już, a leżał bezwładnie na ziemi. A stojący nad nim karmelita zarzucił na niego brudny habit, po czym podniósł go, tak jak rodzic podnosi swoje dziecko i ujął w ramionach, bowiem Jan nie ważył więcej niż nastoletni chłopiec.

Ostrożnie wszedł z nim na górę klasztoru gdzie mieściła się malutka izba, w której Jan był więziony i delikatnie złożył go na posadzce. Stanął nad nim w drzwiach, a ten po chwili spojrzał z ziemi mu prosto w oczy. Po czym zaczął przemawiać, tak jak jeszcze miał siłę.
  • W małym pokoju, gdzie nie starczy miejsca na to, by choć jedna osoba mogła spokojnie położyć się do snu, leżę oto Ja. - zaczął w ciemności przebierać przed oczyma rękoma i rachować na palcach - Przybyłem to klasztoru w Toledo już dziewięć miesięcy temu... 
  • To kawał czasu Janie, drzemie w tobie życiowa siła, którą wszyscy przypisują już tylko Diabłu, aby w myślach samych siebie oczyścić.
Jan spojrzał na Marka z empatią.
  • Dziewiątka była dla Izraelitów liczbą odrodzenia. A może i liczbą podróży duchowej. Wszakże ja i mogę ruszyć w podróż myślą, uczynkiem i zaniedbaniem. Przecież zdecydowanie mogę. Szaty moje są i pokutne, a i przez dziewięć miesięcy nie przebrałem się. Szat nowych mi nie dano. - tu Jan przerwał, aby przełknąć ślinę - Czy przypominam jeszcze człowieka czy już tylko samego Diabła? A może oni są Diabłami, ci którzy mnie uwięzili i już ich czar zaczął się przedostawać na mnie?
Odparł mu na to Marek:
  • Raz w tygodniu wyprowadzam cię na biczowanie przed kongregacją. Nie wiem ile już było razy, ale miej dla mnie litość. Po prostu zemrzyj. Zaklinam cię. Każdy ma swoje granice, nawet ja. Zemrzyj człowieku, na litość boską! Codziennie odmówię modlitwę za twą duszę. Codziennie do końca mych dni. Ale nie każ mi patrzeć na to co się tutaj nad tobą odprawia.
Jan spojrzał z podłogi karmelicie w twarz.
  • Bracie Marku. Pamiętam jak mnie tu sprowadziłeś. W te ściany. Twarz twa od tego czasu stała się szlachetna. Tak działa na nią twoje cierpienie. Jedno jest pewne. Oboje wychodzimy z tego spotkania odmienieni.
Marek w złości poczerwieniał na twarzy i uniósł się nie w gniewie lecz w lęku.
  • Pytam cię! Czy zemrzesz? Ludzka istota nie przeżyłaby w tych warunkach nigdy. Dziewięć miesięcy o chlebie i wodzie. Ileż jeszcze, daj mi odpowiedź!
  • Oj. Marku. To ja się pytam ciebie? Czy wybiła już moja godzina? - a po chwili z wyrazem szaleństwa na twarzy Jan dodał - Powiedz mi... kto tu kogo więzi? Czy czterdziestu czterech karmelitów mnie w małej celi, czy też ja uwięziłem cały świat tak dokładnie, że zostało miejsca już dla mnie jedynie tyle... 
  • Bredzisz szaleńcze!
Po czym uniósł wychudzone i brudne ciało Jana za szmaty, które go okalały i zaczął mu mówić prosto w twarz, cedząc słowa przez zęby.
  • Ty nie zemrzesz nigdy! A twoje godzina wybije wtedy gdy będziesz mógł przejść swą bosą stopą po naszych grobach.
I puścił Marek Jana, tak że ten upadł boleśnie na posadzkę. Po czym w złości wyszedł z celi głośno trzaskając drzwiami. A te odbiły się od framugi, tak że została szpara, a skobel nie zapadł na zamek.
  • Marku, odejdź w pokoju. I nie grzesz więcej. - rzekł Jan już sam do siebie, po czym spojrzał na drzwi i oddał się zastanowieniu.
"Drzwi mnie dziś już nie więżą. Przez szparę wlewa się na moją twarz delikatne światło księżyca. Czy mogę wyjść z tego miejsca i czy rytuał pokuty odprawił się nade mną? Za to życie i za wszelkie inne żywota moje? Matko Ziemio, której kłosy utulały niegdyś moje ciało na spacerze w polu przed żniwami. Ojcze w Niebie, którego gwiazd policzyć nikt nie zdoła na nocnym niebie pięknym i tajemniczym. Jezu, który przychodzisz do mnie w snach, a którego nie mam odwagi nigdy o nic prosić dla siebie, bo czuję się niegodny. Maryjo, moja błogosławiona Matko, która zawsze nade mną czuwałaś. I mój Aniele Stróżu. Czy jesteście tam? Wskażcie mi drogę. Raz ja was proszę dla siebie. Bądźcie ze mną tej ciemnej nocy."

I Jan usnął na krótką chwilę. A śniło mu się, że w izbie stał przy nim anioł o naturze kobiecej, a którego oblicza dojrzeć nie mógł. Widział jedynie bijącą od niej poświatę o kolorze fioletowym. Imamiah, bo tak zwano anioła, uklęknęła przy Janie i ujęła jego głowę w dłonie. Wypowiedziała głosem pełnym miłości dwa słowa:
  • Wstań i idź.
Jan przebudził się. Przepełniało go ciepłe uczucie miłości, a w uszach wciąż niczym echo odbijały się słowa anioła. Podciągnął się na rękach i powoli wstał z wielkim bólem, aby oprzeć się o ścianę. Delikatnie otworzył drzwi i bardzo powolnym i chwiejnym z początku krokiem wszedł do sieni, która łączyła się z jego celą. Krok po kroku zszedł schodami na plac klasztornym po czym udał się w kierunku drzwi głównych. Podszedł do rygla i poczuł, że nie jest sam. Sam bowiem nigdy nie znalazłby siły, aby go przesunąć. Odwrócił się i zobaczył twarz swego kata, brata Marka. Ten przystawił jedynie palec do ust, odchylił nieznacznie lewą bramę, zaledwie tyle aby w szparze zmieścił się Jan, bo czym wypchnął go na zewnątrz klasztoru. Następnie bez słowa zamknął wrota. Od tej pory więcej się nie widzieli, a po Marku wszelki słuch na piśmie i w słowach współbraci wkrótce zaginął.

Jan spojrzał w niebo i nabrał powietrza w płuca. W górze jaśniał przepięknie sierp księżyca w nowiu. Na tyle słabo, aby nikt go nie ujrzał i na tyle mocno, by jego wyczerpane oczy mogły znaleźć drogę w mroku.

Toledo spało. Jedynym dźwiękiem jaki dało się słyszeć było cykanie świerszczy. Stopy Jana de la Croix nie wydawały żadnego dźwięku. I jemu samemu wydawało się, że jakaś cudowna siła unosi go nad ziemią. Zdawał sobie sprawę, że sam nie byłby w stanie pokonać miasta. Powoli, tak powoli jak to tylko możliwe, przebył rynek. Potem, kiedy mijał katedrę Najświętszej Marii Panny, pokłonił się, lecz nieustępliwie zmierzał dalej. Był przekonany, że jeśli zatrzyma się, nie znajdzie już w sobie więcej siły, upadnie na ziemię i nigdy nie powstanie. W końcu dotarł tam gdzie zmierzał. Do klasztoru Świętego Józefa. A kiedy dotarł do schodów przed bramą, upadł bez tchu.

***

Był 15 sierpnia 1578 roku. Dwie siostry zakonne obudziły się w swej celi klasztornej, obie poruszone do głębi. W pośpiechu zaczęły narzucać na siebie habity. Przed chwilą w ich śnie objawiła im się Matka Boska, spojrzała na nie i wskazała na bramę klasztorną, gdzie na schodach leżał baranek. Leżał i umierał.
  • Śniła mi się Matka Boska... 
  • I mnie również siostro Rito!
  • Kazała mi wyjść przed bramę klasztorną siostro Assumpto, a tam...
  • A tam leżał Baranek Boży!
  • Matko Boska, ale cóż to może znaczyć?
Obie w pośpiechu, ale i zachowując ciszę udały się z celi na plac klasztorny i dalej do bramy, której otworzyły prawe skrzydło i niezmiernie podniecone wyjrzały na schody, gdzie ujrzały bezwładne i mizerne ciało mężczyzny. Uklęknęły przy nim i przewróciły na bok, tak aby ujrzeć oblicze nieznanego człowieka w świetle księżyca.
  • Któż to może być? Boże, czy on jeszcze dycha? - siostra Rita odgarnęła mu włosy z czoła i wtedy Assumpta oczyściła twarz chustą.
  • Czy to może być?
  • Tak. To Jan od Krzyża. Na rany Jezusa, co oni mu uczynili? - Rita załkała widząc zatrważający stan Jana, po czym wzięła głęboki wdech i tak jak tylko potrafiła w tej sytuacji, skupiła myśli - Assumpto, natychmiast obudź siostry Nazarię i Viję. Niech Nazaria uszykuję izbę, tę w prawym skrzydle, której nikt nie odwiedza i służy za skład. Mają być gotowe świeże płótno, woda i oleje. Ty z Viją pośpieszcie natychmiast do mnie. Przeniesiemy Jana, umyjemy i opatrzymy. 
  • Dobrze, już biegnę.
  • Assumpto? - Rita spojrzała siostrze głęboko w oczy - Zachowajcie pod wszelkim pozorem ciszę i dyskrecję. Nikt nie może o tym wiedzieć. A jeśli Maryja się ulituję nad naszym przyjacielem, to wyżyje do rana. A jeśli Bóg tak będzie chciał, rano prześlemy dobre wieści jego przyjaciółce Teresie.
***

I choć prawa nie miał, to Jan przeżył tę noc. Ciemną noc duszy. A kiedy przyszedł czas, droga jego ponownie połączyła się z drogą Teresy z Ávili. Teresa zaś dbała o Jana i pisała listy do króla Hiszpanii, Filipa. Pisała tak długo, aż los ich się odmienił i w 1579 roku zakończyły się ich prześladowania. Zaś papież Grzegorz zatwierdził osobną prowincję karmelitów, karmelitów bosych.

Ale to zupełnie inna historia.

"Święta Teresa z Ávili", obraz autorstwa Alonso del Arco



Oto jestem, Panie. Dzień mój ma się ku końcowi. Jeżeli zrobiłem dziś coś dobrego, dziękuję Ci za to, Panie. Jeżeli zgrzeszyłem, Twoja miłość niech przebaczy mi moją ciągle powtarzającą się słabość. W tej ciszy nocnej, w której wyczuwam Ciebie - myślę o innej nocy, o tej, która nadejdzie, gdy oczy moje po raz ostami ujrzą światło ziemi. Śmierć nadejdzie tak samo, jak nadchodzi noc, równie nieunikniona i tak jak ona głęboka. Spraw, aby była najpiękniejszą z mych nocy.
Zasypiając dzisiejszego wieczora, ofiaruję Ci duszę moją tak, jakby to była godzina mej śmierci. Ojcze, przyjmij mnie. Spraw, bym zasypiając spokojnie, nauczył się umierać.


"Modlitwa wieczorna" Romano Guardini


***

Dla Agnieszki, która trwała przy mnie w chorobie. Czas ozdrowieć.