piątek, 29 września 2017

Rozdział czwarty: Pył na wietrze

Tego dnia Hiob skończył siedem lat. W izbie jego rodzinnego domu unosił się zapach świeżo wypieczonego chleba. Wiedział, że jego matka już od wczesnych godzin porannych krzątała się po obejściu. Słyszał, że najpierw cichutko zamiotła pomieszczenie, potem zabrała się za wyrabianie ciasta na wypiek. Na koniec rozpaliła ogień pod piecem, obok którego znajdowało się łóżko Hioba. I poczuł przyjemne ciepło. Nie śmiał otworzyć jednak oczu. Podekscytowany i niepewny czekał na to co miało się tego dnia wydarzyć i udawał, że nadal śpi.
  • Zbudź się kochany.
Matka Hioba delikatnie położyła synkowi dłoń na czole, a następnie pogłaskała jego długie kręcone włosy. Była to wysoka kobieta, tak samo jak inne pochodzące z ziemi Us. Ciemne włosy miała spięte w warkocz, a szczupłe ciało okryte niegdyś białą, a teraz już szarą i wiekową szatą. Jej twarz, choć nadal delikatna i kobieca nosiła znamiona ciężkiej pracy i zmęczenia, które skrzętnie ukrywała przed dzieckiem najmilszym uśmiechem.
  • Dzień dobry mamusiu - cichutko wyszeptał Hiob.
  • Dzień dobry Hiobie. Spójrz przez drzwi izby. Zobacz jak pięknie wpadają przez nie promyki słońca. I grają, grają dla Ciebie. Na drobinkach kurzu wesoło unoszących się w powietrzu. A drobinki tańczą wesoło i bardzo cichutko śpiewają. Śpiewają tak cichutko, żeby ich śpiew mógł dotrzeć tylko do bardzo małego ucha.
  • Mamo, a jak małe musi być takie ucho, żeby usłyszeć co śpiewają?
  • Och... musi być tak małe jak ucho siedmioletniego chłopca.
Hiob nic na to nie odpowiedział. W wysiłku aż zmarszczył czoło i starał się usłyszeć delikatny śpiew. Skoncentrowany nasłuchiwał, a przez chwilę zaczął wątpić czy to na pewno dziś jest dzień jego siódmych urodzin, a jego ucho osiągnęło już właściwy rozmiar. Widząc to jego matka nachyliła się nad nim czule i najciszej i delikatniej jak tylko potrafiła zanuciła mu do ucha.
  • Kolejny piękny dzień.
Jak każdego ranka Hiob na polecenia matki umył twarz i ręce w misce, a następnie siadł przy stole na środku izby, zjadł kawałek chleba i popił wodą. Następnie matka poprosiła by odstawił krzesło od stołu na odległość trzech kroków, kucnęła przed nim i patrząc z miłością w oczy rzekła:
  • Dziś kończysz siedem lat. A z dalekich pastwisk do domu wraca twój ojciec. Zwyczaj każe, abym tego dnia specjalnie przygotowała cię na jego powrót. Kiedy będziesz już sprawiony wyruszysz z nim pomóc mu przy jego stadzie, które choć niewielkie dawało nam zawsze pożywienie i pieniądze, a przede wszystkim schronienie. Twój ojciec nauczy cię o zwierzętach, nauczy ich zwyczajów, tego jak rozumieć ich mowę, aby czuły się bezpiecznie i podążały za tobą. Nauczy cię jak rozpoznawać dobre pastwiska, a także wykorzystywać wszelkie rośliny i zioła na swoją korzyść. A w nocy, kiedy będziecie leżeć przy ognisku pod otwartym niebiem, będzie uczył cię o gwiazdach, tak abyś nigdy nie czuł się zagubiony i zawsze mógł odnaleźć drogę do domu. Do mnie. A ja zawsze będę na was czekać.
Po policzkach Hioba w ciszy spłynęły łzy smutku. O tym co miało się wydarzyć wiedział już wcześniej i nie było dla niego zaskoczeniem. Inni okoliczni chłopcy, których znał, kończąc wiek siedmiu lat także przechodzili pod opiekę swych ojców. Niektórzy wyruszali na polowania, inni wypływali w morze. Jeszcze inni uczyli się rzemiosła, którego ich ojcowie nauczyli się od swoich ojców. Hiob wiedział więc co zajdzie. Nie był jednak przygotowany ani na lęk przed nieznanym, ani na rozpoczęcie życia z dala od matki, która była całym jego dotychczasowym światem. Ta widząc jego ogromny smutek przytuliła go mocno, a zwykle kiedy go tuliła tak mocno mówiła: "Muszę uważać, żeby nie połamać ci żeber!". Dziś jednak, żadne słowo nie było w stanie jej przejść przez usta. Ujęła jego dłoń i posadziła na krześle. Nabrała z miski wody i dokładnie zwilżyła mu włosy. Następnie ujęła ostry nóż i kolejno zaczęła ścinać kosmyki włosów tuż przy głowie, które potem opadały na podłogę izby. Kiedy była bliska końca usłyszeli najpierw beczenie owiec dobiegające z dworu, następnie już tylko kroki, by na koniec ujrzeć postawną męską postać stojącą w  promykach słońca przedostających się przez drzwi. Hiob nerwowo poruszył się na krześle i matka tnąc ostatni kosmyk włosów zraniła go nożem w głowę. Chłopiec krzyknął w bólu.
  • Witaj żono, witaj synu.
W izbie wcześniej wypełnionej krzykiem Hioba rozległ się tubalny męski głos. Mężczyzna o bujnej brodzie i długich czarnych kręconych włosach podszedł do kobiety i mocno ujęli się w ramiona. Oboje westchnęli głęboko, jakby umęczeni tęsknotą za sobą i trwali tak długą chwilę, aż zdawać by się mogło, że zapomnieli całkiem o swym zranionym i zlęknionym synu. Wkrótce oboje odwrócili się w jego kierunku zawstydzeni ocierając łzy, a ojciec Hioba ujął kawałek tkaniny i namoczył go w wodzie. Następnie delikatnie obmył ranę chłopca powstałą tuż nad jego uchem. Kiedy skończył, a krwawienie ustąpiło, chłopiec poczuł na swojej delikatnej dłoni jego dłoń. A dłoń jego ojca była duża i silna, i bardzo, ale to bardzo szorstka i spracowana.
  • Chodź ze mną chłopcze.
I wyszli razem przed dom, a matka stanęła za nimi w drzwiach izby.
  • Spójrz Hiobie. To ziemia Us. Kiedy tu przybyłem nie miałem niczego. Nie miałem nawet marzeń. Miałem tylko kilka prostych potrzeb i chciałem przetrwać. A każdy dzień był zmaganiem i niewiadomą. Kiedyś na targowisku ujrzałem twoją matkę. I choć widziałem cuda natury, to wszystkie zdawały się przy niej blednąć. I wtedy zacząłem marzyć. I choć każdy dzień nadal był zmaganiem, to nie był już niewiadomą. Bo zaufałem Bogu, że mój wysiłek zaowocuje spełnieniem mojego snu, że kiedyś twoja matka zostanie moją żoną i wyda mi na świat syna. I tak zarobiłem na pierwszą owcę własnymi rękoma, a pierwsza owca zarobiła już na drugą. I tak powoli powstawało moje stado. I kiedy znany byłem już w okolicy ze swojej pracowitości, poprosiłem ojca twojej matki o jej rękę. A potem na świat przyszedłeś ty mój mały chłopcze. I dzięki tobie nie żałuję żadnego dnia swojej ciężkiej pracy. Bo wiedziałem, że dzięki temu ty kiedyś będziesz miał lżej. Że zawsze będziesz miał dom, do którego będziesz mógł wracać, a twoje dni nie będą nigdy niewiadomą i przepełnione strachem, którego nie raz doświadczałem. Kiedyś weźmiesz moje stado i rozmnożysz je jeszcze bardziej, a także dodasz do niego inne gatunki. A ludzie będą cię szanować, a przez to ty będziesz szanować moją pamięć, kiedy mnie już dawno nie będzie.
Ojciec spojrzał na Hioba. Przeczesał jego krótkie włosy szorstką dłonią.
  • Czy nadal boli cię rana nad uchem?
  • Tak tato. 
  • Wiesz, nie raz byłem chory albo ranny. Albo tak głodny, że nie widziałem już nadziei na poprawę swojej sytuacji. I kiedy nie mogłem znaleźć już żadnego powodu, żeby wstać i maszerować dalej, wtedy stosowałem magiczne zaklęcie.
  • Naprawdę znasz magiczne zaklęcia tato?
  • O tak, a przynajmniej jedno.
I ojciec ujął z ramienia Hioba drobne ścinki włosów i ułożył na szeroko rozpostartej dłoni drugiej ręki.
  • Widzisz synku, kiedy coś mi dolega, albo mam jakieś zmartwienie, wtedy wyobrażam sobie, że ten ogromy problem przybiera postać odrobiny pyłu. Kładę wtedy taki pył na swojej dłoni i mocno na niego dmucham, aż ulatuje wesoło tańcząc na wietrze. I wiesz co?
  • Co tato?
  • Nigdy już nie wraca - po czym mocno dmuchnął na ścinki włosów Hioba, które następnie porwał wiatr.

***

Siedzieli przy nim już cztery dni. Hiob zaś cztery dni głównie był nieprzytomny, a kiedy spał spokojnie oddychał, bo śnił i nie czuł bólu. Jak co noc Elifaz rozpalał ognisko, Bildad wracał z rybami wyłowionymi z morza, zaś Sofara przemywała ropiejące rany Hioba. I choć przybyli z odległych miast Temanu, Szuach i Naamy, od kilku dni pieczołowicie zajmowali się swym chorym przyjacielem. Hiob w końcu otworzył oczy.
  • Wiesz Sofaro? Śniłem o swoich rodzicach. I przez chwilę myślałem, że to moja matka znowu czuwa nade mną. 
  • Nie Hiobie, to ja czuwam nad tobą. Zaś Elifaz rozpalił ognisko, byś mógł ogrzać swoje ciało. A Bildad jak wiesz jest nieocenionym rybakiem. Jak mu się chce oczywiście. Ale widzę, że dla Ciebie mu się chce, bo właśnie niesie piękne ryby.
Hiob spojrzał na przyjaciółkę, a potem na dwóch mężczyzn krzątających się przy ognisku. Spojrzał na nich z miłością.
  • Przybyliście mi towarzyszyć w ostatniej wędrówce?
  • Przybyliśmy czekać przy tobie, aż wyzdrowiejesz.
I milczeli potem dość długo. Słychać było tylko szum wiatru i morza, a także strzelający ogień.
  • Sofaro? - wyszeptał Hiob.
  • Tak przyjacielu?
  • Znam was wszystkich większość mojego życia i zawsze mogliśmy liczyć na siebie, choć los od dzieciństwa porozrzucał nas daleko po świecie. Ale nie opowiadałem wam jednej historii. Niechże Elifaz i Bildad podejdą do nas.
I kiedy cała trójka przyjaciół usiadła w półokręgu wokół Hioba, ten spokojnie kontynuował.
  • Mój ojciec nauczył mnie magicznego zaklęcia. Widzicie, kiedy miałem jakiś problem wyobrażałem sobie, że jest on niczym pył na drodze po której stąpam, taki malutki. - tu Hiob ujął trochę piasku z ziemi, na której leżał i ułożył na swojej rozpostartej dłoni - kładłem pył na ręce, dmuchałem na niego mocno, a jego drobinki unosiły się na wietrze wesoło tańcząc w promykach słońca i nigdy nie wracały. Choć moje uszy były już zbyt stare by słyszeć cichy i radosny śpiew, o którym opowiadała mi matka, to moje problemy bezpowrotnie odpływały i niknęły jak pył na wietrze.
Tu Hiob uczynił przerwę i spojrzał po kolei w oczy swych przyjaciół. Po czym tak mocno jak jeszcze potrafił znaleźć siłę w swym trędowatym ciele, dmuchnął w dłoń. Piasek pozostał jednak niezmiennie na jego ręce, przylepiony do mazi wydobywającej się z ropiejących ran.
  • Widzicie? Moje zaklęcie przestało działać.
Hiob i przyjaciele (Ilja Riepin, 1869, Muzeum Rosyjskie w Sankt Petersburgu)

wtorek, 26 września 2017

Życie bez internetu oraz inne niecierpiące zwłoki kwestie.

Zdaję sobie sprawę, że to się naprawdę trudno czyta i nawet nie musiałem tego ostatnio od kogoś usłyszeć. Ani żeby to wiedzieć, ani żeby się z kimś stawiającym taką tezę nie zgodzić. Zwykle ukończone posty w formie rozdziałów dotykających kwestii mitów biblijnych, zagadnień teologicznych czy historycznych czy też po prostu ze świata fizyki konfrontuję z moją mamą, żeby upewnić się, że cała moja historia w nich ukryta jest wystarczająco zakamuflowana. Czytam jej więc co tam wymyśliłem nowego, a potem jej tłumaczę pobieżnie co miałem na myśli bardzo zadowolony z siebie. Bo słuchając swojej opowieści dochodzę do wniosku, że sam wiele się nauczyłem nieudolnie coś tworząc. Zwykle muszę przyswoić trochę wiedzy i zapoznać się z innymi publikacjami dotyczących kwestii, które akurat miały zostać ilustracją dla opowieści. A opowieść taka jest jedynie formą radzenie sobie z moimi własnymi traumami, o których nie zamierzam nikomu mówić wprost. I jest to czysta forma tworzenia sztuki dla samego siebie. Mimo, że nosząca spore znamiona ekshibicjonizmu. W końcu jednak ją przecież publikuję! I aż trudno uwierzyć, że ten blog zaczął się kiedyś od przepisów kulinarnych dotyczących kradzionych z pola buraków cukrowych. Potem przepisy wyparły moje osobiste opowieści, a ja w końcu uznałem, że nie mam ochoty się moim życiem z nikim dzielić i wyrzuciłem do kosza jakieś dwa lata pracy literackiej lepszej lub gorszej. Bo nie czułem się dość dojrzały, żeby mówić o emocjach w sposób odpowiedzialny i bezpieczny dla samego siebie. A sztuka powinna być jedynie symbolem lub metaforą mojej osoby, a nie zdaniem dosłownym. Zdecydowanie chyba tak to rozumiem.

Stałem się jednak zmęczony przyjętą formułą i zatęskniłem za radosnymi opowieściami dotyczącymi kradzenia upraw z pola i opisów spływów kajakowych przeprowadzanych w grudniu. Co kiedyś mnie zajmowało. Oczywiście czuję się odpowiedzialny w jakiś sposób za moich bohaterów, których powołałem do życia lub zrekonstruowałem czy może dekonstruowałem. Za nieszczęsnego Hioba, któremu nie do końca udaje się powstrzymać żal do Boga. Za idealistycznego Jana, któremu przyjaciele wbili nóż w plecy, czy Głupca, którego dusza gdzieś tam lewituje, gdy ciało leży na granicy życia i śmierci. I pewnie chwycę ich za ręce i poprowadzę przez ich dalsze dzieje, bo zasługują na to, nawet jeśli nastąpi to w sposób zrozumiały dla mnie jedynie. Ale mam ochotę na zmianę. I choć ten wpis jest zaledwie preludium do napisania czegoś noszącego znamiona w miarę przyswajalnej treści o charakterze podnoszącym na duchu, a może humorystycznym, to mimo wszystko jest próbą podjęcia wyzwania jaką jest zmiana myślenia. I w konsekwencji Hiobowi, Janowi i Głupcowi też powinna taka zmiana wyjść na dobre.

Trudno sobie wyobrazić człowieka, który spędza tydzień nad poważnymi rozważaniami ocierającymi się o metafizykę, a dotyczące jedynie portali społecznościowych. Jakiś czas temu postanowiłem szczelnie ukryć się przed światem. Tak na mnie wymogło życie, albo raczej moje przekonania odnośnie mojej życiowej sytuacji. A to nie jest aż takie skomplikowane jeśli tak jak w moim przypadku ma się kilku przyjaciół, których w sumie spotyka się raz na kilka miesięcy lub czasem lat. Jako najbardziej niszowemu polskiemu artyście zniknąć było jeszcze prościej. Wystarczyło zaledwie zawiesić wszystkie swoje konta społecznościowe. I tak właśnie zaczęły się moje cztery miesiące bez internetu i ludzi, co było mi to po prostu potrzebne jak porządny oddech po przepłynięciu całego basenu w pełnym zanurzeniu pod wodą (choć zamiast basenu bardziej widzę przed oczami bagno i ogromną anakondę). Z innym telefonem, innym adresem, praktycznie przepadłem. Bilbo Baggins byłby ze mnie dumny. Po czterech miesiącach świat zaczął jednak wyciągać po mnie ręce. Ktoś mnie jednak znalazł, ktoś pojawił się pod furtką, ktoś dostał mój tajny numer telefonu. I stanąłem przed kwestią zagrania koncertu. A taki koncert to zaproszenia, szum informacyjny, odpowiednia frekwencja. I tak zbliżając się do terminu mojego występu, dzierżąc już w ręce zaprojektowane własnoręcznie plakaty i zaproszenia stanąłem przed nie lada dylematem. Rezygnacji ze swoich postanowień pustelniczych, oraz własnych zapewnień niewracania do portali społecznościowych. Usłyszałem kiedyś taką wypowiedź, która w prosty sposób opisuje to jakie podejście wykrystalizowało się w mojej głowie do social media przez czas w nim absencji. Otóż są one jak amerykański wrestling. Widownia wie, że cała walka jest ustawiona. Że zapaśnicy jedynie markują ciosy, a krzesła które pękają na ich plecach są ze sklejki. Wiedzą, że ich biografie są nieautentyczne, a imiona zmyślone. Kibicują im jednak i świetnie się bawią. Widownia puszcza oczko do zapaśników, a zapaśnicy do widowni. Tak, to wszystko lipa, ale ubaw przedni. I w mediach społecznościowych jest podobnie. Ludzie wstawiają zdjęcia i filmy ze swojej codzienności stwarzając pozór idealnego życia rodzinnego: opływania w dobrobyt, spożywania doskonałego jedzenie, otoczeni grzecznymi dziećmi i przebywający na drogich wakacjach. A świat puszcza im oczko i daje like'a: "Tak wszyscy wiemy, że jesteście beznadziejną parą, a wasze dzieciaki to koszmarne bachory, ale to tylko amerykańskie zapasy. Damy ci like'a i będziesz czuł się lepiej, a potem ty dasz nam like'a i my poczujemy się też lepiej w naszym zwykłym, szarym życiu". Bo wszyscy jesteśmy tak cholernie niedowartościowani, tylko nie mówimy o tym. I gdzie ja w tym wszystkim? Pojawiłem się na portalach społecznościowych na krótko przed trzydziestką. Z moją książką i muzyką. I do tej pory zdaję sobie sprawę, że sztuka to jedyny powód mojego istnienia w internecie. Potrafię na tyle być sam dla siebie, że nie muszę dzielić się swoim życiem prywatnym z innymi ludźmi, przynajmniej nie w taki sposób. Rozumiem jednak pobudki innych i nie zamierzam ich krytykować. Dzięki portalom każdy może poczuć się wyjątkowy. Widzę w rówieśnikach mojej córki rosnącą świadomość, że każdy może być gwiazdą. I nie trzeba wkładać w to zbyt wiele wysiłku. Poprzeczka jest przecież bardzo nisko, nasze możliwości czasami niewielkie, ale rodzice wmówili nam wszystkim, że jesteśmy wyjątkowi i możemy osiągnąć co tylko chcemy. A więc wszystko nam się należy. Jak to jednak powiedział Syndrom z Iniemamocnych: "when everyone's super....no one is". Mnie z jakichś przyczyn nie interesuje w większości przypadków co robią codziennie ludzie. Ci których znam i nie znam. Bo poznałem ich po koncercie, albo po prostu chcieli dołączyć do grona moich znajomych na facebooku nie znając mnie wcale. Życie jest jakie jest. Widzę je codziennie na własne oczy i to mi wystarcza. Zwykle jestem tak zamyślony, że kiedy idę na jesienne grzyby, to podczepiam się pod kogoś kto potrafi skupić wzrok na ściółce, a nie na wierzchołkach drzew jak ja. Więc trudno mi skupić się specjalnie na tym, że ktoś zrobił wspaniałe falafele, które zachwalała nawet sąsiadka. Robię je sam przecież do diaska co dwa tygodnie.

Zacząłem rozmyślać nad kwestią czy w takim razie artysta potrzebuje odbiorców, żeby być artystą. Na tej samej zasadzie jak sprzedawca potrzebuje kupującego, hodowca owiec, owiec, a nauczyciel ucznia. Zdecydowanie we wszystkich trzech przypadkach brak kolejno kupującego, owiec i ucznia oznaczałby potrzebę zmiany zawodu. Ale czy twórca potrzebuje odbiorcy, czy też sam może być także odbiorcą i na tym się zatrzymać? Słyszałem, że prawdziwi artyści byli tylko za komuny, bo wtedy sztuka była programowo zbędna, albo zakazana i wtedy prawdziwi twórcy niejako z urzędu tworzyli w pierwszej kolejności dla siebie, nieobarczeni potrzebami odbiorców. I koniec końców pytanie, które chodzi po mojej głowie od prawie roku. Mianowicie czy mistrz potrzebuje ucznia? Bo skoro mistrz jest doskonały sam w sobie, to czy potrzebuje takiej relatywnej dla niego istoty jaką jest uczeń, żeby być mistrzem? I nadal nie wiem. Siedziałem i myślałem nad tym czy zdradzić swoje przekonania, które nawet dla mnie nie były jasne i wrócić jednak do internetu. Przez kilka miesięcy pracowałem nad abstrakcyjnymi formami wizualnymi, będącymi klasycznym przejawem czegoś w rodzaju "snu na jawie" i "ja tu na deszczu, wilki jakieś" i jakaś część mnie chciała się jednak nimi dzielić ze światem i opublikować. I męczyłem się nad tą kwestią, którą reszta społeczeństwa miałaby niewątpliwie w głębokim poważaniu, nawet jeśli wiedziałaby, że właśnie o tym rozważam, jak nad pokojem na świecie. Bo nawet jeśli już zdarzy się nam przebiec nago przez centrum miasta, to z pewnością będziemy o tym myśleć jeszcze przez kolejne dwa miesiące zawstydzeni, natomiast obserwujący to przechodnie zapomną o tym po dwóch dniach. Bo bierzemy się zbyt poważnie. Wątpliwości w końcu rozwiała moja siostra w krótkim zdaniu: "olej to wszystko, nie możesz się chować przed światem w nieskończoność". I wróciłem. A po jakichś trzech tygodniach tak mnie to internetowe życie zmęczyło, że rozpocząłem właśnie tydzień bez internetu (z wyjątkiem na tego posta, bo zachciało mi się pisać). I odetchnąłem z ulgą. Bo wiem, że nic nie zastąpi mi rozmowy z drugą osobą. Prawdziwej konfrontacji, której rezultatu nie możemy być pewni. Bo prawdziwa relacja wymaga jednak zupełnie innego wkładu niż ta wirtualna, a ta wirtualna niewątpliwie upośledza nas społecznie, a w rezultacie mam wrażenie, że osamotnia. A ja nie chcę przeżyć życia wpatrzony w telefon, nie mając pojęcia, że nad moją głową właśnie przelatują leniwie jesienne chmury. A merdają ogonem niczym pies spragniony zabawy: "No spójrz na nas w końcu do cholery."

Wolę życie na razie spędzić w moim królestwie ciemności, gdzie gwiazdy bardzo mocno święcą, a noc wskazuje jednak na to, że kiedyś wstanie słońce. Bo tak to zwykle bywa. I już.


A co do twórczości w stylu snu na jawie:
Sen i Jawa.

Bardzo późne bonne nuit.

środa, 23 sierpnia 2017

Rozdział trzeci: Prezentacja

Siedziała w ciszy. Na wygodnym dębowym fotelu, wyściełanym atłasowym płótnem o burgundowym kolorze. Na okrągłym stoliku umiejscowiona była lampka, na której złotym podeście pół-cylindryczny zielony klosz dawał oszczędne światło, rozświetlając zaledwie jej czarne źrenice, bladą twarz, czarną szatę i ciemne włosy sięgające ziemi i wijące się w wysokiej trawie. Wokół niej w półmroku rysowały się potężne półki uginające się pod nieskończoną ilością woluminów. Gdzieś wysoko ponad Nią, gdzie nie sięgały już księgi, widocznie świecił gwiazdozbiór Łabędzia ze swym nadolbrzymem Denebem, któremu inne gwiazdy nie dorównywały w wielkości i mocy.

Na stole rozłożona był tylko jedna księga. Trzymała na niej dłoń.


Pomiędzy regałami pojawiła się wysoka męska postać. Nie sposób było rozpoznać jej rysów czy stroju, jednak biła od niej bladoniebieska poświata ujawniająca kształt.
  • Tak Michale? - spytała spokojnie nie podnosząc wzroku z otwartej księgi.
  • Przybyłem oznajmić wieści. Jutrzenka przebywa na naszej gęstości. Prosi... nie to niewłaściwe słowo. On oznajmia swoją audiencję u Ciebie.
  • Dobrze. Niechaj wejdzie, skoro przybył. I odnajdź Imamiah, niechaj zaparzy nam herbaty. Mam do niej jeszcze kilka sprawunków.
Michał złożył skrzydła, tak aby przejść pomiędzy półkami bliżej Niej.
  • Czy coś jeszcze? - spytała.
  • Przybył z liczną świtą. Z mojej rachuby wynika, że tradycyjnie towarzyszy mu dziewięciu wiernych lordów, każdy z zastępem 73 poddanych - tu uczynił pauzę - i każdy z poddanych dzierży przynajmniej kilka par łyżew.
  • Rozumiem, że cała ta sytuacja powoduje dość spore zamieszanie na gęstości. Poproś Jutrzenkę by łaskawie zostawił swój dwór przed moimi drzwiami - tu spojrzała w końcu na Michała - i pofatygował się osobiście lecz w pojedynkę.
Michał skłonił się i odszedł w mrok, gdzie nie sięgało światło zielonej lampki.

Starannie zamknęła księgę. Obok stolika na drugim dębowym i wygodnym fotelu wyściełanym burgundowym atłasem, a w miejscu gdzie przed chwilę nie było jeszcze nic, siedział szczupły mężczyzna w smokingu, o ciemnych włosach zaczesanych do tyłu. Na stole oparł łokieć i otworzył dłoń, nad którą uniosła się świetlista kula, której blask nadał nieco ciepła przestrzeni.
  • I cóż przynosisz Jutrzenko? Oczywiście prócz światła.
  • Och, z pewnością się domyślasz. Przecież wiesz wszystko, a cała ta ilustracja Twojej osoby... - spojrzał na nią rozbawiony - ta ilustracja tego nieskończonego pomieszczenia imitująca Twoje rzekome powiązanie ze stanem duszy ludzkiej i jego wyobrażeniu o Tobie, ta maskarada, jest po prostu ujmująca. Zresztą chyba nie jesteś na bieżąco z biegiem wydarzeń. Matriarchat skończył się eon temu. Tam na dole. Pamiętasz jeszcze gdzie to jest?
Spojrzała na niego z uśmiechem. I trwali tak nieskończenie długą chwilę w ciszy.
  • Zakład. Nasz zakład - wyszeptał w końcu Jutrzenka, niecierpliwie bawiąc się świetlistą kulą i przerzucając ją między palcami.
  • Tak, zakład - odpowiedziała niewzruszona.
  • Przybywam oddać łyżwy i żądam egzekucji zakładu wynikającej z mojej wygranej!
Spokojnie ujęła świetlistą kulę lewitującą nad jego dłonią wywołując we właścicielu smokingu nieskrywaną irytację. Kula rozświetliła jej bladą twarz i nadała ludzkiego wyrazu. I gdyby ktoś z boku obserwował całą scenę, mógłby odnieść wrażenie, że jej oblicze nosiło znamiona dobroci i empatii.
  • I cóż uczyniłeś z tego daru otrzymanego ode mnie Jutrzenko? Komu i jak go zaniosłeś?
  • Uczyniłem z niego pożytek jak i miałem uczynić. Zaniosłem go im wszystkim, także Głupcowi. A teraz, skoro Głupiec nie żyje, żądam egzekucji zakładu.
Uśmiechnęła się. A gdyby ktoś obserwował to z boku mógłby odnieść wrażenie, że jest to uśmiech pobłażliwy, a być może tylko świetlista kula Jutrzenki nadawała jej taki ludzki wyraz.
  • A cóż się stało, że tak sądzisz?
  • Testujesz moją cierpliwość?
  • Oczekuję twojej interpretacji wydarzeń.
Gdyby Jutrzenka oddychał wziąłby teraz głęboki wdech.
  • Siedział tydzień w tej swojej chacie. Stan depresyjny można określić jako ten, kiedy talerze jak przestają mieścić się w zlewie, zaczynają wypełniać wannę. Chyba choć trochę znasz ludzi? Ale on tam wanny nie miał. Siedział i czekał. I w sumie się chyba spodziewał. Więc na koniec jak zabrałem mu dom, to zajęcie które wykonywał w celach zarobkowych i kobietę, a ludzie go pozostawili, z czego się właściwie cieszył, ponieważ uważał, że oddaje innym tylko swój smutek i ich krzywdzi... Wiesz, wtedy zabrałem mu syna. Bezskutecznie szukając pomocy wznosząc podniosłe modły do Twoich zastępów i jak wielu nie znajdując pomocy udał się do psychiatry. Wiesz, kto to psychiatra? Miał taki cały zestaw tabletek gotowych unicestwić jego materialne ciało. Przeczytał uważnie ulotki, chciał mieć pewność, że jego serce stanie i zażył wszystkie. Napisał pożegnalny list i położył się do łóżka. Po czym umarł. To znaczy nie żyje. Ujmując to innymi słowami - Jutrzenka uśmiechnął się delikatnie lecz z satysfakcją.
Na stole pojawiły się dwie szklanki, a także kobieca postać emitująca delikatnym fioletowym światłem, lecz oprócz tego nie sposób było rozpoznać jej rysów czy stroju. Dzierżyła w dłoniach porcelanowy imbryk, z którego rozpoczęła nalewać do szklanek gorącą herbatę.
  • Prosiłaś o herbatę Pani. Dla Ciebie i Twojego gościa.
  • Tak Imamiah. Dziękuję.
Jutrzenka spojrzał  zdezorientowany na Imamiah, potem ponownie skierował wzrok na Nią.
  • Zakład! Nasz zakład. Tak się składa, że dziewięciu moich lordów...
  • ...każdy z zastępem 73 poddanych, z czego każdy dzierży po kilka par łyżew czekają pod drzwiami Pani. Och Jutrzenko, są urzeczeni naszą gęstością! - przerwała mu z entuzjazmem Imamiah. - proszę skosztuj herbaty - Imamiah skończyła nalewać płyn do jego szklanki - Czy zdajesz sobie sprawę, że nieznaczna część populacji ludzkiej jest odporna na działania farmakologiczne? - zakończyła z nieskrywaną radością - To takie niespotykane!
Jutrzenka bardzo powoli i ceremonialnie napił się herbaty.
  • Gdzie on jest? - spytał cedząc słowa przez zęby.
  • Głupiec? Nie martw się, jest bezpieczny. Gdzieś pomiędzy. Czeka na powrót. - odpowiedziała Imamiah.
Jutrzenka wstał z dębowego fotela wyściełanego atłasowym płótnem. Poprawił smoking i wyciągnął dłoń w kierunku Pani, czekając by ta oddała mu jego świetlistą kulę.
  • Jam jest Lucyfer, gwiazda zaranna. Jam jest ten, który niesie oświecenie i wiedzę i poddaje charaktery próbom i wyzwaniom. Jam jest ich orędownikiem źle pojętym. I wrócę upomnieć się o swoje. Do Ciebie Pani.
I kiedy Pani oddała mu na powrót świetlistą kulę, zniknął. Wtedy skinęła na Imamiah pozwalając jej oddalić się do swoich spraw. Sama zaś otworzyła na powrót księgę i wpatrywała się dalej w jej niezapisane strony.



wtorek, 25 lipca 2017

Z listów nie wiadomo już kogo chwilowo i do kogo: Tutaj, 25.07.2017

Łapię się na tym, że chcę Ci wysłać wiadomość i nerwowo sięgam po telefon do kieszeni. Ale naprawdę nie mogę i po chwili dochodzi do mnie absurdalność całej sytuacji. Po tym całym czasie, który minie od napisania dzisiejszego listu, a momentem jego Twojej lektury, też już będziesz wiedziała dlaczego.

Kupiłem jednak maszynę do pisania. Kosztowała mnie dwadzieścia złotych na starociach oraz dodatkowe pięć złotych za jednego pluszowego misia koala oraz mamę kangurzycę z małym kangurkiem w torbie. Mały kangurek jest na sznureczku i można go z torby wyciągać, ale bez obawy, że zginie. Całość wybrała sobie H., a ja sam ją do tego zachęcałem. Potem wypraliśmy te wiekowe pluszaki i tak każdy był zadowolony. Ona, że darowała drugie życie starym zabawkom, a ja, że do końca wypruje kiedyś flaki z tej starej niemieckiej maszyny do pisania. To wiekowy Adler "Tippa" z lat pięćdziesiątych, więc dzięki Bogu, żaden (przynamniej aktywny) nazista nie maczał paluchów w jej produkcji. Chyba, że się zniechęcę i z czasem kupię nową, albo ukradnę moim dziadkom tę, którą pisałem przepisy kulinarne będąc dzieckiem. Są już tak zaawansowani w wieku, że naprawdę krzywda im się nie stanie, bo i tak nic nie zauważą. Powodem jest to, że mój Adler nie ma polskich znaków i dodatkowo "Z" zamienione z "Y". Trochę to męczące podczas zapisywania całej kartki formatu A4 drobnym tekstem do Ciebie.

Tak więc napisałem. Znajdę teraz kopertę w szufladzie. Chyba mam w gabinecie. Jak się zbiorę to za jakiś czas znowu coś napiszę. Biorąc moje uwielbienie epistolograficzne, to nawet jestem zadowolony. Tylko ten układ klawiszy "QWERTZ"... zobaczyłem dopiero w domu, ale za tę cenę nie ma co narzekać.

Cholera wie, kiedy to przeczytasz. Za miesiąc, rok? Nie wiem. Oczekiwanie stało się czymś niezauważalnym.

Tutaj, 25.07.2017
El Emperador.



ps. Taki facet co mnie chciał zahipnotyzować bezskutecznie powiedział mi, że trzydzieści trzy lata to dobry wiek, żeby się ukrzyżować. Wyszło mi! Ale wieje na tym krzyżu i ogólnie niewygodnie. Więc zrobię angielskie wyjście i powoli w przyszłym miesiącu zmienię bez żalu trzy na cztery i po kłopocie. 

ps 2. C'est la vie i to se ne vrati.


piątek, 21 kwietnia 2017

Nowy New Age dla ubogich na duchu i umyśle jak ja i według mnie.


  1. Co ma być to będzie.
  2. A co ma wisieć nie utonie.
  3. Gdyby kózka nie skakała to by nóżki nie złamała.
  4. Więc miej baczność jak sobie pościelisz, bo tak się wyśpisz.
  5. Miej wyrąbane, a będzie Ci dane.
  6. Lecz się nie nastawiaj na nic konkretnie, zanim kule nie wpadną do maszyny losującej.
  7. Z pustego i Salomon nie naleje, a już na pewno nie ty mały smrodzie.
  8. Krzykiem skrzypiec nie nastroisz, a lato byłoby dłuższe, gdyby nie zima.
  9. Wiedz, że niewiele wiesz.
  10. A Twój bliźni wie niewiele więcej.
  11. I jedenaste. Jak nie ma rozwiązania to nie ma problemu.

Et voilà, ç'est prêt. Good night and good luck et bon chance.




poniedziałek, 20 marca 2017

Z listów Głupca (2): do M.

  • Widzisz synku, ja nie jestem z tego czasu.
  • Przecież Cię widzę i rozmawiam z Tobą.
  • Tak, ale to moje jedyne wspomnienie z tego obecnego dla Ciebie czasu.
  • Przecież jesteś tu cały czas! Zawsze byłeś. I wczoraj i przedwczoraj.
  • Nie kochanie. W tym okresie, w którym ja funkcjonuje jesteśmy od siebie oddaleni. Jesteś lub właściwie byłeś jednak zbyt mały, żeby to zachować w pamięci. Widzisz, nie miałem żadnej pewności czy się spotkamy... Więc wykorzystałem prekognicję i wpompowałem to jedno zdarzenie z przyszłości do mojej pamięci wtórnej. Tak aby mieć pewność, że obojętnie co się wydarzy to ewentualnie dojdę do tego właśnie punktu na osi czasu, gdy siedzimy razem i spokojnie rozmawiamy.
  • Widzę, że to jedna z Twoich opowieści, których masz bez liku i nie wiem czy w nią wierzyć. Opowiadasz mi o wizualizacji, tak? Uczyłeś mnie o tym. Przyciągania danych wydarzeń poprzez ich uporczywe wyobrażanie...
  • Uczyłem Cię o tym? A widzisz, ja tego nie pamiętam.
  • Jesteś zabawny tato. Poza tym nie można wpływać w sposób w jaki mówisz na przyszłość. W każdym razie nikt tego nie udowodnił, a przecież zawsze kazałeś mi wątpić w to co nie jest poparte logicznymi dowodami.
  • W takim razie opowiem Ci jedynie jak tego dokonałem. Słyszałeś o dylatacji czasu? I o tym jak jego upływ zmienia się wraz ze zmianą grawitacji?
  • Będziemy rozmawiać znowu o teorii względności?
  • Nie ma na ziemi machiny czasu, ale są czarne dziury. Jesteś w stanie wyobrazić sobie upływ czasu w jednej z nich?
  • Nawet jeśli tak, to masa naszego słońca jest zbyt mała, żeby kiedykolwiek w naszym układzie słonecznym czarna dziura powstała. Mówiliśmy o tym. Musiałbyś najpierw przenieść się poza nasz system planetarny, wyprzedzić mój czas, porozmawiać tu ze mną i potem to jeszcze jakoś odkręcić i wrócić do siebie jakby nigdy nic. A już poza tym, to kompletnie nie ma nic wspólnego z prekognicją! Widziałem raz na filmie jak superman tak długo zataczał krąg wokół ziemi aż zaczęła kręcić się w odwrotnym kierunku pod wpływem jego pędu i tak cofnął czas i uratował swoją Louis Lane przed śmiercią, która zdążyła się wydarzyć. Zapomnieli tylko pokazać oceany występujące z brzegów.
  • Ale spójrz, jak przekraczałem horyzont zdarzeń to spojrzałem na swoją rękę i jej nie zobaczyłem, bo pole grawitacyjne dziury wciągnęło całe światło, które mogłoby dojść do moich oczu. I od tej pory nie mam ręki, o patrz!
  • Tato, wyjmij ją z rękawa. Chodźmy lepiej popływać.
  • Umiesz pływać?
  • Tato!

- A opowiadałem Ci jak wyłowiłem z rzeki kamień dla Ciebie? Pomyślałem sobie wtedy, że jestem głupcem wyławiając dla Ciebie właśnie zwykły kamień. I jak tak pomyślałem to wypadł mi z ręki, rozbił się na dwie części odkrywając rudę złota.

 - Tak tato. Trzymam go w szufladzie.

piątek, 2 grudnia 2016

Rozdział drugi: Jan

Słońce już dawno zaszło nad miastem Ávila. I choć był początek grudnia hiszpańska zima była jak co roku, tak samo i w roku 1577, bardzo przyjemną dla mieszkańców miasta porą. Była godzina trzecia rano, gdy pięciu mężczyzn w habitach, wskazujących na ich przynależność do zakonu karmelitów, pojawiło się w ciemnościach alejki odchodzącej od placu katedralnego w centrum miasta.

  • To te drzwi - wskazał na nie palcem jeden z nich - Marku użyj klucza otrzymanego od gospodarza.

Z grupy wystąpił mężczyzna zwany Markiem i otworzył drzwi małego mieszkania, do którego następnie w ciszy weszła cała grupa. Wewnątrz na kilku metrach kwadratowych znajdowało się niewiele mebli. Jedynie stół z dwoma krzesłami, na stole pismo święte otwarte na bogato ilustrowanej przypowieści o Hiobie, dzban z wodą i kawałek chleba złożony w materiał. Równo ułożony i zapisany stos kartek, pióro i kałamarz, a także świeca. Na wieszaku opodal drzwi wisiał habit. Nie inny niż te, które noszone były przez mężczyzn, jedynie krótszy. Przy ścianie znajdowało się łóżko wyłożone słomą, na którym spokojnie spał mężczyzna przykryty kocem, na wygląd trzydziestu-kilkuletni. Jego ciemnie włosy przystrzyżone były zgodnie z zakonną modą i wygolone na czubku głowy. Zakonnik, który nakazał otwarcie drzwi usiadł na skraju łóżka, a pozostała czwórka otoczyła ich w półokręgu.

  • Janie - powiedział łagodnie - zbudź się.

I Jan otworzył oczy. Widząc w ciemności ponure zarysy postaci nie był przekonany, czy była to już jawa czy jeszcze sen. Był jeszcze zbyt zaspany by być przerażonym takimi odwiedzinami i przebudzeniem.

  • Andrzeju - siedzący na łóżku mężczyzna zwrócił się do towarzysza - bądź łaskaw zapalić świecę.

Po chwili śpiącemu dotąd Janowi ukazały się twarze pięciu przybyłych mnichów, znajomych mnichów. I choć nie wypowiedział ani słowa to znajomość owych twarzy nie uspokoiła go wcale.

  • Janie, powiedz mi, mam takie pytanie nie dające mi spokoju. Co jest gorsze - reformacja czy kontrreformacja? Niedaleko twych urodzin zmarł Marcin Luter i to co namieszał w boskim porządku jeszcze długo nam się czkawką będzie odbijało. A tymczasem ty w drugą stronę ludziom naszym w głowach mieszasz. Tak więc pytam się ciebie. Kto zaś gorszy, ty czy Luter co ludziom żyjącym po bożemu być nie dajecie i wciąż to ciągacie to w jedną, to w drugą stronę, kiedy ład jest pośrodku?

Jan był jednak jeszcze zbyt zaskoczony najściem i nagłym wybudzeniem by w jakikolwiek sposób ustosunkować się do pytania mężczyzny siedzącego u jego nóg. Ten niezniechęcony kontynuował.

  • Janie de Yespes, przyjacielu Teresy z tego miasta, powiedz mi, czy ja albo kto inny kiedykolwiek bronił tobie chodzenia boso? Ty zaś namiętnie czepiasz się tego, że ja i mnie podobni chcemy chodzić w trzewikach. Czy ja zabraniam ci pościć przez połowę roku? Czy zabraniam ci kontemplować w ciszy? Ty zaś czepiasz się nas i zmuszasz do tak niepotrzebnego rygoru, miast pilnować własnej świętości.

Jan spojrzał rozmówcy już ze spokojem prosto w oczy.

  • Piotrze, jestem rad móc gościć ciebie i twych towarzyszy, a i moich znajomych w mej skromnej izbie. Andrzeju, Marku, Mateuszu i Szymonie, bądźcie pozdrowieni. Pozwólcie, że wstanę i ugoszczę was choćby wodą i chlebem.

Piotr jednak przyłożył dłoń do jego klatki piersiowej uniemożliwiając powstanie.

  • Leż spokojnie Janie, nie skończyłem jeszcze przemawiać - powiedział groźnie - Czyż przełożeni nie kazali ci powrócić do twej rodzinnej wioski Fontiveros? Cóż więc robisz przyjacielu w tym mieście i czego tu jeszcze szukasz?
  • Przecież mimo naszych dyskursów dostałem ostatecznie pozwolenie od nuncjusza, aby móc pozostać i kontynuować z przełożonymi dialog - odparł Jan.
  • A i owszem. Słyszałem o twoim pozwoleniu od nuncjusza, ale z tego co mi wiadomo, informacje te pochodzą pośrednio od Ciebie, a i zgaduję, że pisma właściwego nie posiadasz.
  • Chyba Piotrze nie zarzucasz mi kłamstwa?
  • Wobec braku dowodów uważam jedynie twe słowa za niewiarygodne.

Tu brat Piotr spojrzał z uśmiechem na swych towarzyszy, a oni odpowiedzieli mu tym samym.

  • Widzisz Janie, mam dla Ciebie dobre wieści. Ja i moi towarzysze przybyliśmy pomóc ci wprowadzić twoje reformy w życie. Skoro tak tęskno ci za Regułą Pierwotną, co ją zniósł sam papież Eugeniusz, to pomożemy ci ją wprowadzić w życie na nowo. W twoje życie. Bracia! Zajmijcie się naszym Janem od Krzyża. A skoro takie imię przybrał to i może na tymże krzyżu skończy!

Jan wyskoczył z łóżka w kierunku drzwi, ale nie uszedł nawet dwóch kroków kiedy został przez pięciu mężczyzn przewrócony na podłogę, a następnie w sposób brutalny związany i zakneblowany. Na koniec został uderzony drewnianą pałką niedaleko skroni i wtedy stracił przytomność.

  • Na chwałę Boga bracia! Wsadźcie go do wora, nie chcemy wzbudzać sensacji w mieście pośrodku nocy.

I tak na rozkaz Piotra reszta braci umieściła Jana w brudnym worze i wyniosła poza mury miasta, gdzie czekał na nich powóz i dwa konie.

Jan ocknął się dopiero po dniu drogi, gdy dojeżdżali do miasta Toledo. Jego głowa wciąż pulsowała bólem i czuł, że ciało ma zalane zarówno krwią, jak i własną uryną. Kiedy powóz stanął Jan został zrzucony z niego na ziemię, wciąż spętany w oblekającym go materiale.

  • Rozwiążcie wór, zobaczmy czy jeszcze życie nie uszło z tego nieszczęśnika - uszu Jana doszedł męski tubalny głos. 

Po chwili Jan, choć nadal spętany linami został wyswobodzony z worka. Jego oczom ukazał się plac klasztoru karmelitów w Toledo. W świetle pochodni zobaczył wiele znajomych twarzy współbraci, a pośrodku nich starą twarz prowincjała Jakuba.

  • Pomóżcie mu wstać - zażądał Jakub.

Dwaj bracia podeszli do Jana i chwycili leżącego pod ręce, tak aby pomóc mu się podnieść. Ten jednak po chwili upadł na kolana nie mogąc opierać się na zdrętwiałych od długiej podróży nogach.

  • I dobrze - powiedział Jakub - to odpowiednia dla ciebie Janie pozycja. Czy wiesz po co ciągnęliśmy cię aż do Toledo?

Zakneblowany Jan spojrzał jedynie prowincjałowi prosto w oczy.

  • Sąd boży się tu odbędzie nad tobą. Bracie Piotrze, czy możesz odczytać listę stawianych Janowi zarzutów?

Piotr wystąpił przed klęczącego Jana, po czym rozwinął zwój.

  • Janie od Krzyża, reformatorze z tak zwanych karmelitów bosych i współpracowniku Teresy z Ávili. Władze klasztorne zarzucają tobie co następuje: nieposłuszeństwo wobec reguł zakonu karmelitów i negacje ich postanowień wobec własnej osoby oraz nieprzestrzeganie postanowień synodu w Piancezie. Wszystkie te zarzuty zostały potwierdzone przez zgromadzonych tu czterdziestu czterech braci naszego zakonu. Czy masz coś na swoją obronę?

Zakneblowany Jan zaczął jedynie kręcić głową. Z ust dochodził zaledwie bulgot.

  • Wobec braku argumentów obrony uznajemy cię w takim razie winnym zarzucanym grzechom jakie popełniłeś wobec Boga i współbraci, doprowadzając swoim zaślepieniem do rozłamu w naszej regule, przez co zostajesz skazany na uwięzienie w niniejszym klasztorze. - rzekł prowincjał - Bracie Marku i bracie Andrzeju. Odprowadźcie brata Jana do jego nowej celi, późno już. Dawno po komplecie, a przecież czekają na nas jeszcze nocne czytania.
I dwaj bracia zawlekli Jana po schodach w górę do jego celi. Izba ta nie miała więcej niż metr na półtora i rzucone na posadzkę ciało Jana ledwo mieściło się skulone pomiędzy ścianami.

  • W tych ścianach kończy się i zaczyna twój świat. Możesz być tutaj bosy, możesz pościć, możesz milczeć i możesz kontemplować ciszę. Aż do końca swych dni - brat Marek zdjął knebel z ust Janowi, a Andrzej poluzował okalające jego ciało liny.

Jan spojrzał na nich z przerażeniem i nie mógł wydobyć z siebie słowa, choć jeszcze chwilę wcześniej chciał krzyczeć. Po chwili drzwi zamknęły się z trzaskiem, a on pozostał sam w ciemnościach.

W kompletnej izolacji. Bo oto nadeszła noc. Oscura noche del alma.



(c) photo courtesy Łukasz Nowak