wtorek, 20 sierpnia 2019

Rozdział ósmy: Kat będzie ofiarą, a ofiara katem

"W noc jedną pełną ciemności, 
Udręczeniem miłości rozpalona, 
O wzniosła szczęśliwości! 
Wyszłam nie spostrzeżona, 
Gdy chata moja była uciszona."

Św. Jan od Krzyża

Pośrodku placu klasztoru klęczał nagi człowiek. Długie, potargane i sklejone włosy sięgały mu aż do brody, a broda, równie brudna i skołtuniona, sięgała mu aż do splotu słonecznego. Jego wychudzone ciało odsłaniało żebra i kości przyklejone do jego skóry. Skóry tak brudnej, że trudno było odgadnąć, że jest to postać ludzka, zdradzała to jedynie sylwetka. Zaschnięty pot i kurz łączył się z krwią i niezliczoną ilością blizn. Obok niego leżała równie brudna szmata. Ten sam habit, w którym przybył tu dziewięć miesięcy wcześniej. Dokoła niego w okręgu stało czterdziestu czterech braci zakonu karmelitów w Toledo. Stali w bezpiecznej odległości. Woń, którą roztaczał człowiek pośrodku, była nie do zniesienia. Niezwykle intensywne połączenie zaduchu potu, krwi, uryny i odchodów. Większość z nich nie była wstanie patrzeć na postać. Obraz był zbyt okrutny by nie pozostawić na kimkolwiek złego wspomnienia, takiego które musiałby nosić ze sobą już do śmierci. Patrzył natomiast prowincjał Jakub. Bez wyrzutu i bez zniesmaczenia. Zawsze z satysfakcją.
  • Marku - tu Jakub zwrócił się do brata stojącego po jego prawej stronie - czyń swoją powinność.
I Marek wystąpił z batem z kręgu współbraci, aby stanąć za klęczącym mężczyzną. Twarz zakrywał swoją szatą, tak by nie odczuwać uciążliwego smrodu. Zamachnął się pierwszy raz. Większość braci odwróciła twarz, kiedy bicz głośno smagnął plecy. Ale biczowany nawet nie mrugnął. Sprawiał wrażenie jakby go nie było pośrodku placu, wśród braci zakonnych. 
  • Janie de la Croix! - krzyknął prowincjał - masz oto jak co tydzień szansę się odkupić w naszych oczach. Wyspowiadaj się przed swymi braćmi, przed swymi przyjaciółmi. Odkup swoje winy! Przyznaj rację regule zakonu karmelitów, a i my spojrzymy na ciebie przychylniejszym okiem. No! Co rzeczesz Janie?
Jan się na niego nie spojrzał. Zaczął jedynie powoli wydobywać z siebie ciche słowa. Bardzo jednostajnie, niczym mantrę.
  •  Żył w ziemi Us człowiek imieniem Hiob. Był to mąż sprawiedliwy, prawy, bogobojny i unikający zła.
Prowincjał spojrzał na Marka, a ten odwrócił wzrok od Jana, kiedy wymierzył mu kolejny raz.
  • Odszczekaj wszystko psie! - krzyknął gniewnie Jakub.
Jednak Jan kontynuował, deklamując sam do siebie fragmenty Pisma.
  • Mówi Pan do szatana: A zwróciłeś uwagę na sługę mego, Hioba? Bo nie ma na całej ziemi drugiego, kto by tak był prawy, sprawiedliwy, bogobojny i unikający grzechu jak on. Szatan na to do Pana: Czyż za darmo Hiob czci Boga?
  • Marku i moi drodzy bracia! Widzicie, że się starałem wyplenić z naszego biednego Jana wszelkie herezje. Dusza jego jednak w malignie i pochłonięta całkiem przez Diabła. Jedyne co możemy dla niego zrobić to postarać się o czystość jego ciała, biczując, karmiąc kawałkiem chleba i modlić się. Módlmy się bracia, nic innego już nie pozostało. Rozejdźcie się do swoich spraw, bo i mnie trudno patrzeć na to co się tu odbywa. - tu poczynił pauzę i spojrzał na Marka - a ty bracie wykonaj jeszcze siedem razy. Razem będzie dziewięć, wszak to liczba święta. Może niewiele, a może zda się na coś?
Po chwili na placu został jedynie Marek i Jan.
  • Na litość boską. Na czym ci zależy? Ukajaj się przed prowincjałem - szeptał Marek do Jana, tak aby nikt go nie usłyszał. - Zakończ to przedstawienie. Nie masz już nic do stracenia, tylko własną skórę.
  • Wtem powiał szalony wicher z pustyni, poruszył czterema węgłami domu, zawalił go na dzieci, tak iż poumierały. Hiob wstał, rozdarł swe szaty, ogolił głowę, upadł na ziemię, oddał pokłon i rzekł: Nagi wyszedłem z łona matki  i nagi tam wrócę.  Dał Pan i zabrał Pan. - tutaj Jan przerwał, bowiem Marek wymierzył mu kolejny raz.
  • Błagam Cię, przestań! Serce moje umiera nad tobą, gdy jestem twoim katem! - przez łzy szeptał łamiącym się głosem.
  • I Pan przywrócił Hioba do dawnego stanu, gdyż modlił się on za swych przyjaciół. Pan oddał mu całą majętność w dwójnasób. - tu poczynił przerwę bowiem Marek znowu smagnął go batem, po chwili jednak kontynuował, cichszym głosem - Przyszli do niego wszyscy bracia, siostry i dawni znajomi, jedli z nim chleb w jego domu i ubolewali nad nim, i pocieszali go z powodu nieszczęścia, jakie na niego zesłał Pan. Każdy mu dał jeden srebrny pieniądz i jedną złotą obrączkę.
  • Janie. Bóg nie czeka na ciebie za rogiem. Nie będzie nagrody. Jesteś Głupcem. Głupcem wyszedłeś z łona matki i Głupcem powrócisz na łono Abrahama - po czym wymierzył mu kolejne pięć razy. Niezbyt mocno. Wiedział, że prowincjał już nie patrzy.
Kiedy Marek skończył kaź, Jan nie klęczał już, a leżał bezwładnie na ziemi. A stojący nad nim karmelita zarzucił na niego brudny habit, po czym podniósł go, tak jak rodzic podnosi swoje dziecko i ujął w ramionach, bowiem Jan nie ważył więcej niż nastoletni chłopiec.

Ostrożnie wszedł z nim na górę klasztoru gdzie mieściła się malutka izba, w której Jan był więziony i delikatnie złożył go na posadzce. Stanął nad nim w drzwiach, a ten po chwili spojrzał z ziemi mu prosto w oczy. Po czym zaczął przemawiać, tak jak jeszcze miał siłę.
  • W małym pokoju, gdzie nie starczy miejsca na to, by choć jedna osoba mogła spokojnie położyć się do snu, leżę oto Ja. - zaczął w ciemności przebierać przed oczyma rękoma i rachować na palcach - Przybyłem to klasztoru w Toledo już dziewięć miesięcy temu... 
  • To kawał czasu Janie, drzemie w tobie życiowa siła, którą wszyscy przypisują już tylko Diabłu, aby w myślach samych siebie oczyścić.
Jan spojrzał na Marka z empatią.
  • Dziewiątka była dla Izraelitów liczbą odrodzenia. A może i liczbą podróży duchowej. Wszakże ja i mogę ruszyć w podróż myślą, uczynkiem i zaniedbaniem. Przecież zdecydowanie mogę. Szaty moje są i pokutne, a i przez dziewięć miesięcy nie przebrałem się. Szat nowych mi nie dano. - tu Jan przerwał, aby przełknąć ślinę - Czy przypominam jeszcze człowieka czy już tylko samego Diabła? A może oni są Diabłami, ci którzy mnie uwięzili i już ich czar zaczął się przedostawać na mnie?
Odparł mu na to Marek:
  • Raz w tygodniu wyprowadzam cię na biczowanie przed kongregacją. Nie wiem ile już było razy, ale miej dla mnie litość. Po prostu zemrzyj. Zaklinam cię. Każdy ma swoje granice, nawet ja. Zemrzyj człowieku, na litość boską! Codziennie odmówię modlitwę za twą duszę. Codziennie do końca mych dni. Ale nie każ mi patrzeć na to co się tutaj nad tobą odprawia.
Jan spojrzał z podłogi karmelicie w twarz.
  • Bracie Marku. Pamiętam jak mnie tu sprowadziłeś. W te ściany. Twarz twa od tego czasu stała się szlachetna. Tak działa na nią twoje cierpienie. Jedno jest pewne. Oboje wychodzimy z tego spotkania odmienieni.
Marek w złości poczerwieniał na twarzy i uniósł się nie w gniewie lecz w lęku.
  • Pytam cię! Czy zemrzesz? Ludzka istota nie przeżyłaby w tych warunkach nigdy. Dziewięć miesięcy o chlebie i wodzie. Ileż jeszcze, daj mi odpowiedź!
  • Oj. Marku. To ja się pytam ciebie? Czy wybiła już moja godzina? - a po chwili z wyrazem szaleństwa na twarzy Jan dodał - Powiedz mi... kto tu kogo więzi? Czy czterdziestu czterech karmelitów mnie w małej celi, czy też ja uwięziłem cały świat tak dokładnie, że zostało miejsca już dla mnie jedynie tyle... 
  • Bredzisz szaleńcze!
Po czym uniósł wychudzone i brudne ciało Jana za szmaty, które go okalały i zaczął mu mówić prosto w twarz, cedząc słowa przez zęby.
  • Ty nie zemrzesz nigdy! A twoje godzina wybije wtedy gdy będziesz mógł przejść swą bosą stopą po naszych grobach.
I puścił Marek Jana, tak że ten upadł boleśnie na posadzkę. Po czym w złości wyszedł z celi głośno trzaskając drzwiami. A te odbiły się od framugi, tak że została szpara, a skobel nie zapadł na zamek.
  • Marku, odejdź w pokoju. I nie grzesz więcej. - rzekł Jan już sam do siebie, po czym spojrzał na drzwi i oddał się zastanowieniu.
"Drzwi mnie dziś już nie więżą. Przez szparę wlewa się na moją twarz delikatne światło księżyca. Czy mogę wyjść z tego miejsca i czy rytuał pokuty odprawił się nade mną? Za to życie i za wszelkie inne żywota moje? Matko Ziemio, której kłosy utulały niegdyś moje ciało na spacerze w polu przed żniwami. Ojcze w Niebie, którego gwiazd policzyć nikt nie zdoła na nocnym niebie pięknym i tajemniczym. Jezu, który przychodzisz do mnie w snach, a którego nie mam odwagi nigdy o nic prosić dla siebie, bo czuję się niegodny. Maryjo, moja błogosławiona Matko, która zawsze nade mną czuwałaś. I mój Aniele Stróżu. Czy jesteście tam? Wskażcie mi drogę. Raz ja was proszę dla siebie. Bądźcie ze mną tej ciemnej nocy."

I Jan usnął na krótką chwilę. A śniło mu się, że w izbie stał przy nim anioł o naturze kobiecej, a którego oblicza dojrzeć nie mógł. Widział jedynie bijącą od niej poświatę o kolorze fioletowym. Imamiah, bo tak zwano anioła, uklęknęła przy Janie i ujęła jego głowę w dłonie. Wypowiedziała głosem pełnym miłości dwa słowa:
  • Wstań i idź.
Jan przebudził się. Przepełniało go ciepłe uczucie miłości, a w uszach wciąż niczym echo odbijały się słowa anioła. Podciągnął się na rękach i powoli wstał z wielkim bólem, aby oprzeć się o ścianę. Delikatnie otworzył drzwi i bardzo powolnym i chwiejnym z początku krokiem wszedł do sieni, która łączyła się z jego celą. Krok po kroku zszedł schodami na plac klasztornym po czym udał się w kierunku drzwi głównych. Podszedł do rygla i poczuł, że nie jest sam. Sam bowiem nigdy nie znalazłby siły, aby go przesunąć. Odwrócił się i zobaczył twarz swego kata, brata Marka. Ten przystawił jedynie palec do ust, odchylił nieznacznie lewą bramę, zaledwie tyle aby w szparze zmieścił się Jan, bo czym wypchnął go na zewnątrz klasztoru. Następnie bez słowa zamknął wrota. Od tej pory więcej się nie widzieli, a po Marku wszelki słuch na piśmie i w słowach współbraci wkrótce zaginął.

Jan spojrzał w niebo i nabrał powietrza w płuca. W górze jaśniał przepięknie sierp księżyca w nowiu. Na tyle słabo, aby nikt go nie ujrzał i na tyle mocno, by jego wyczerpane oczy mogły znaleźć drogę w mroku.

Toledo spało. Jedynym dźwiękiem jaki dało się słyszeć było cykanie świerszczy. Stopy Jana de la Croix nie wydawały żadnego dźwięku. I jemu samemu wydawało się, że jakaś cudowna siła unosi go nad ziemią. Zdawał sobie sprawę, że sam nie byłby w stanie pokonać miasta. Powoli, tak powoli jak to tylko możliwe, przebył rynek. Potem, kiedy mijał katedrę Najświętszej Marii Panny, pokłonił się, lecz nieustępliwie zmierzał dalej. Był przekonany, że jeśli zatrzyma się, nie znajdzie już w sobie więcej siły, upadnie na ziemię i nigdy nie powstanie. W końcu dotarł tam gdzie zmierzał. Do klasztoru Świętego Józefa. A kiedy dotarł do schodów przed bramą, upadł bez tchu.

***

Był 15 sierpnia 1578 roku. Dwie siostry zakonne obudziły się w swej celi klasztornej, obie poruszone do głębi. W pośpiechu zaczęły narzucać na siebie habity. Przed chwilą w ich śnie objawiła im się Matka Boska, spojrzała na nie i wskazała na bramę klasztorną, gdzie na schodach leżał baranek. Leżał i umierał.
  • Śniła mi się Matka Boska... 
  • I mnie również siostro Rito!
  • Kazała mi wyjść przed bramę klasztorną siostro Assumpto, a tam...
  • A tam leżał Baranek Boży!
  • Matko Boska, ale cóż to może znaczyć?
Obie w pośpiechu, ale i zachowując ciszę udały się z celi na plac klasztorny i dalej do bramy, której otworzyły prawe skrzydło i niezmiernie podniecone wyjrzały na schody, gdzie ujrzały bezwładne i mizerne ciało mężczyzny. Uklęknęły przy nim i przewróciły na bok, tak aby ujrzeć oblicze nieznanego człowieka w świetle księżyca.
  • Któż to może być? Boże, czy on jeszcze dycha? - siostra Rita odgarnęła mu włosy z czoła i wtedy Assumpta oczyściła twarz chustą.
  • Czy to może być?
  • Tak. To Jan od Krzyża. Na rany Jezusa, co oni mu uczynili? - Rita załkała widząc zatrważający stan Jana, po czym wzięła głęboki wdech i tak jak tylko potrafiła w tej sytuacji, skupiła myśli - Assumpto, natychmiast obudź siostry Nazarię i Viję. Niech Nazaria uszykuję izbę, tę w prawym skrzydle, której nikt nie odwiedza i służy za skład. Mają być gotowe świeże płótno, woda i oleje. Ty z Viją pośpieszcie natychmiast do mnie. Przeniesiemy Jana, umyjemy i opatrzymy. 
  • Dobrze, już biegnę.
  • Assumpto? - Rita spojrzała siostrze głęboko w oczy - Zachowajcie pod wszelkim pozorem ciszę i dyskrecję. Nikt nie może o tym wiedzieć. A jeśli Maryja się ulituję nad naszym przyjacielem, to wyżyje do rana. A jeśli Bóg tak będzie chciał, rano prześlemy dobre wieści jego przyjaciółce Teresie.
***

I choć prawa nie miał, to Jan przeżył tę noc. Ciemną noc duszy. A kiedy przyszedł czas, droga jego ponownie połączyła się z drogą Teresy z Ávili. Teresa zaś dbała o Jana i pisała listy do króla Hiszpanii, Filipa. Pisała tak długo, aż los ich się odmienił i w 1579 roku zakończyły się ich prześladowania. Zaś papież Grzegorz zatwierdził osobną prowincję karmelitów, karmelitów bosych.

Ale to zupełnie inna historia.

"Święta Teresa z Ávili", obraz autorstwa Alonso del Arco



Oto jestem, Panie. Dzień mój ma się ku końcowi. Jeżeli zrobiłem dziś coś dobrego, dziękuję Ci za to, Panie. Jeżeli zgrzeszyłem, Twoja miłość niech przebaczy mi moją ciągle powtarzającą się słabość. W tej ciszy nocnej, w której wyczuwam Ciebie - myślę o innej nocy, o tej, która nadejdzie, gdy oczy moje po raz ostami ujrzą światło ziemi. Śmierć nadejdzie tak samo, jak nadchodzi noc, równie nieunikniona i tak jak ona głęboka. Spraw, aby była najpiękniejszą z mych nocy.
Zasypiając dzisiejszego wieczora, ofiaruję Ci duszę moją tak, jakby to była godzina mej śmierci. Ojcze, przyjmij mnie. Spraw, bym zasypiając spokojnie, nauczył się umierać.


"Modlitwa wieczorna" Romano Guardini


***

Dla Agnieszki, która trwała przy mnie w chorobie. Czas ozdrowieć.




środa, 6 marca 2019

Rozdział siódmy: Popielec

Ustał ból. Po tym jak chłód przeszył całe jego ciało. I nastała cisza. Cisza, która przeszywała bezmiar ciemności.

I był spokój. Schronienie. Dom. 
A wszyscy byli bezpieczni, bo nikt nigdy nie mógł umrzeć. 
Nikt nigdy nikomu nie był w stanie wyrządzić szkody. Nie w naszym ludzkim rozumieniu.

W ciszy nie odnalazł swoich dłoni, stóp, nosa ani oczu. I cieszył się, bowiem te zdawałyby się go jedynie ograniczać w niezmierzonej pustce. Z ciszy narodził się dźwięk. To mewa. To szum fali. I to także wiatr. Był w tym narastającym dźwięku także głos ludzki. Rozmowa. Powoli, powolutku, z małego punktu rozszerzyło się na całą jego świadomość światło. W świetle zaś były kształty. Morze, ptactwo nurkujące w poszukiwaniu ryb nad niespokojną wodą, klif, plaża, pochmurne niebo. Na plaży zaś trójka ludzi. Już to Bildad dokładał drzewca do stosu, Elifaz podkładał ogień pod całość, zaś Sofara jedynie stała przypatrując się temu i roniąc pojedynczą łzę. Zaś on. On leżał na stosie. Stary, umartwiony, pochłonięty przez chorobę. W strupach, w ranach. Oczy jego były zastygłe i wpatrzone w niebo w ostatnim akcie niezrozumienia. Nie żył.

Hiob podbiegł do przyjaciół i zaczął wesoło pokrzykiwać do Sofary: "Wszak to ja! Ja żyję, spójrz tylko". Jego nawoływanie pozostało jednak niezauważone, Sofara patrzała przez niego na wskroś niczym przez powietrze. "Bildadzie, Elifazie! Ten na stosie to nie ja! Ja ozdrowiałem, nic mi nie dolega! Jahwe mnie ocalił!". 

Stos jednak po prostu zapłonął. Najpierw małym ogniem, potem większym. W końcu ciemny dym wzbił się w niebiosa, a jeśli trójka przyjaciół mrużyła oczy i patrzyła w ogień, widziała już płonący szkielet swojego zmarłego kompana. I Hiob nie mógł nic na to poradzić. Stanął po drugiej stronie ognia i przyglądał się z niedowierzaniem jak stoją w ciszy, opłakując jego odejście.
  • Czy jesteś już gotowy?
Hiob po swojej prawej stronie ujrzał postać emitującą delikatne fioletowe światło. Nie był stanie jednak odczytać jej kształtu czy twarzy, obojętnie jak bardzo skupiłby wzrok. 
  • Kim jesteś? Czy to ty Jahwe?
  • Bardzo mi schlebiasz, ale to nie ja. Ale Ona też jest. Jest wszędzie, więc możemy przyjąć, że także tutaj. I przejawia się we mnie, ale przecież także i w tobie.
  • Nie rozumiem, ja nic nie rozumiem!
  • Przedstawię się. Jestem Imamiah. Wysłannik od tej, o którą pytasz.
  • Jesteś więc aniołem, tak?
  • Możemy się tak umówić, jeśli ci to odpowiada.
Wpatrywali się dłuższą chwilę w ogień. Hiob, a obok niego Imamiah. Po drugiej stronie stosu jego przyjaciele rozpoczęli dysputę, nie mógł jednak usłyszeć ani słowa przez buzujący ogień pochłaniający jego doczesne szczątki. W końcu zebrał się w sobie i podjął dalszą rozmowę z aniołem.
  • Gotowy na co?
  • Żeby iść dalej. Tutaj coś się już dokonało. Wyczerpało. W sensie dosłownym wypaliło, choć trwać będzie. Ale nie tak jak to rozumiesz.
  • Gdzie mam iść? Czy niebiosa mnie przyjmą? Czy spotkam moje zmarłe dzieci?
Imamiah wejrzała głęboko w niego.
  • Tak. Jest to jedna z opcji. Mogę zabrać cię Hiobie na zielone łąki, które bezpiecznie przemierza cała twa trzoda, której doglądają twoi poddani, zawsze zadowoleni z takiej pracy. Żyją tam twoje dzieci w zdrowiu, a żona wiernie trwa przy twoim boku.
  • Ale wszak ma żona Iustusa żyje jeszcze! - wykrzyczał gniewnie Hiob - Uszła ode mnie zacząć nowe życie!
  • Tak to prawda. - Imamiah przemawiała tonem wzbudzającym zaufanie - Nie zmienia to jednak mojej propozycji. Mogę zabrać cię do miejsca, gdzie nadal trwa przy twoim boku i nigdy nie opuściła.
  • Ale to nie będzie ona!
  • Będzie i nie będzie. To będzie na pewno twoje wyobrażenie raju. Możemy tam się udać. Moja podpowiedź jest jednak następująca. Nie wytrzymasz tam zbyt długo. Znudzisz się.
  • Jak to?
  • Taka już natura duszy. Szczególnie odważnej jak twoja. Podróżuje. Sprawdza się. Jest wiele rzeczy do odkrycia.
Hiob skonfundowany starał uporządkować swoje myśli.
  • Na co tutaj byłem? Na co to wszystko było? Dlaczego wszystko utraciłem? Dlaczego mnie tak srogo pokaraliście?! Odpowiedz!
  • Och... a więc może to moja wina? - Imamiah przekornie się uśmiechnęła, choć nie sposób było tego dojrzeć.
  • Wszak nie moja!
  • Przypomnij sobie - Imamiah ujęła go za głowę, lub przynajmniej za coś co było już jedynie jakąś manifestacją energii jego zmarłego ciała - cofnij się myślami. Twój ojciec pokazuje ci sztuczkę o znikającym pyłku. Potem cofnij się jeszcze o siedem lat szczęśliwego dzieciństwa. Wejdź z powrotem w łono twej matki, cofnij się do poczęcia, przekrocz ten czas. Co widzisz?

*** 

Do ciemnego gabinetu pełnego półek sięgających rozgwieżdżonego firmamentu, wtargnęło roześmiane światełko. Niczym motyl przelatywało pośród rozłożonych tam ksiąg rzucając ich cień i rozświetlając także twarz Bogini, która siedziała na swym fotelu wyściełanym atłasem o burgundowym kolorze. Światełko przycupnęło na dębowym stole zrzucając na wysoką trawę kilka pergaminów.
  • Witaj duszyczko - przemówiła Bogini.
  • Och witaj Pani! Proszę, pomóż mi!
  • Czy coś cię martwi?
  • Tak. Chcę wiedzieć kim jestem!
  • Naprawdę nie wiesz? - Bogini udawała zdziwienie - Jesteś światłem pośród mroku, miłością, odwagą, poświęceniem. Radością.
  • Ja nie rozumiem - w zakłopotaniu przemówiła duszyczka.
Bogini ujęła światełko czule w swe blade dłonie.
  • Czy chcesz zobaczyć czym jesteś?
  • Tak, proszę.
  • Niech więc będzie.
I Bogini odesłała duszę w najgorsze mroki. Tam gdzie biegnie dolina śmierci. W otchłań nieskończoną. Na ziemię.

***
  • Czy już pamiętasz? - spytała Hioba Imamiah.
  • Tak.
  • A co twojej historii... nie martw się tym. Tylko na nich spójrz.
Hiob spojrzał przez ogień i zobaczył trójkę swoich przyjaciół naradzających się.
  • Właśnie podejmują decyzję. Każdy z nich wróci do siebie. Elifaz do Temanu, Bildad do Szuach, a Sofara do Naamy. Wrócą do swoich ludzi. I opowiadać będą o tym co tutaj zaszło.
  • Marna to pociecha będzie dla ich rodzin, przyjaciół - rzekł zasmucony Hiob.
  • Opowiedzą, że Hiob pozostał wierny Jahwe przy najgorszej próbie, a ten go uratował od trądu. Że żona Iustusa trwała przy nim cały czas wiernie, a dzieci cieszyły się zdrowiem. Cała zaś wasza rodzina wyruszyła z ziemi Us, szukać nowego domu i nowej trzody. I będą mówili to z takim przekonaniem, że nie znajdzie się nikt kto podważy ich słowo.
  • Ale po co? Dlaczego mieliby kłamać?
  • Uhonorują w ten sposób pamięć swojego drogiego przyjaciela. Sprawiedliwego i mądrego Hioba. I dlatego, że historia lubi się powtarzać, a ty przetarłeś ścieżkę dla innych dusz, które będą szukać swojej tożsamości. Będą słyszeć o tobie w przekazywanym słowie, będą o tobie czytać historie. I będzie im łatwiej przejść przez wszystkie próby, które sobie tylko wybiorą. Będziesz ich drogowskazem i nadzieją na ocalenie. 
  • Tak po prostu?
  • A to źle?
  • No nie, wcale nie źle.
  • Nawet dobrze?
  • Tak, nawet dobrze. To dobry koniec dla mojej historii.
W międzyczasie trójka przyjaciół Hioba zaczęła pakować swoje rzeczy szykując się do drogi. Nie było końca uściskom, łzom i miłym słowom na pożegnanie. Imamiah zaś spojrzał na Hioba.
  • I na nas też czas.
  • Dobrze, ale dokąd? - spojrzał na nią pytająco Hiob.
  • A dokąd chcesz?
  • Wiesz... potrzebuję trochę wolnego od tego tutaj. Przynajmniej na jakiś czas.
  • W takim razie zmienimy gęstość. Myślę, że ta w Poczekalni będzie w sam raz.
  • W Poczekalni?
I zniknęli. Zaś stos drewna i ciało Hioba dopaliły się w końcu, aż został jedynie popiół. To co zostało zabrał wiatr i porwało morze.

A reszta pozostała słowem.

William Blake "Pan odpowiada Hiobowi z wichru"

wtorek, 26 lutego 2019

Rozdział szósty: Notatnik


31.03.18

Życie oddziału rządzi się swoimi prawami. Jest rytm posiłków. A posiłki są bardzo ważne. Stanowią one rozrywkę, choć są zdecydowanie niesmaczne. Właściwie są ohydne. Ale jakie by miały być na Boga? Wszelkie pobyty w szpitalach powinny być odnotowane głęboko w naszej psychice jako wyjątkowo niesmaczne, tak aby odechciało nam się chorować. Nie jestem w stanie pisać nic sensownego na lekach. Gdzieś uciekło moje poczucie humoru. Inteligencja wypełzła uchem. Dominik terroryzuje cały oddział i odwiedzających. Mnie nikt nie rusza. Nikt nic ode mnie nie chce. Jak zwykle. Życie oddziału rządzi się swoimi prawami. Ma specyficzny rytm, a tabletki wydają cztery razy dziennie. Mam spierzchnięte usta. Wysuszone i spękane. Nie wiem czym mnie faszerują, ale jest to stan permanentnej bomby. Nie podoba mi się to uczucie braku czucia i nie wiem co jest lepsze lub gorsze. Być wyłączonym przez jedną trzecią roku, czy nie móc skupić myśli na niczym konkretnym? Może jutro mnie ktoś odwiedzi, a może nie. Chwilowo sens mojego pobytu tutaj mi umknął gdzieś w nieznanym kierunku. Po co tu jestem? Czy dlatego, że czuję się samotny i odrealniony? Nie wiem. Nie pamiętam. Ile z siebie będę pamiętał każdego kolejnego dnia zażywania leków? Cholernie nieprzyjemnie jest być otumanionym.

(...)

Teraz czuję się lepiej. Jestem na oddziale jedyną osobą, która czyta książkę. Reszta ludzi nie jest w stanie. Chcę być zdrowy. Ale czy w ogóle jestem w stanie BYĆ SAM zdrowy? Czy jestem w stanie czuć na lekach, albo czy jestem w stanie nie zapadać się w siebie. Oczywiście, chyba. Tylko jak? Jakoś na pewno.

01.04.18

Tak naprawdę nic nie napisałem tego dnia. Walka z lekami to bój o własny intelekt, o własną tożsamość. Mam świadomość tego, że ilość rzeczy, z których nie zdaję sobie sprawy, których nie rozumiem, jest nieskończona. Także i bez leków. Zmuszenie się do tego, żeby coś napisać, wiedząc, że jest to zaledwie nieskładna plątanina myśli. Pisanie dla pisania, sztuka dla sztuki, walka z lekami o swój intelekt, który jak wszakże największym wrogiem. No dobrze. Chciałbym coś opisać. Coś namacalnego, coś materialnego, co jednak miało miejsce. Wielkanoc. Nie jadłem śniadania wielkanocnego od lat. Może kiedyś wrócę do tego zwyczaju, natomiast teraz skupiamy się na tym bieżącym, ostatnim. Ale może... Mamy tu na oddziale ze czterdzieści łóżek i jest tu zwykle komplet. Miałem więc niemałe szczęście, a oprócz tego cynk od mojego psychiatry, że mnie przyjęli ot tak, po prostu. Oddział afektywny męski, ostatnie łóżko. Teraz trochę ludzi wyszło na świąteczną przepustkę, więc jest nas zdecydowanie mniej. Jest tu bardzo mało miejsca do spacerowania. Jeden bardzo długi korytarz, a z każdej jego strony znajdują się drzwi. Drzwi od sali chorych, lub też od pokoju lekarzy, lub też od świetlicy, lub też od jadalni, brudownika, pralni, łazienki, łaźni i tysiąca innych pomieszczeń takich jak ambulatorium, gdzie przeprowadzają amputację kończyn tym pacjentom, którzy są nadpobudliwi i zbyt szybko przebierają nogami, wycierając kafelki szpitalnego korytarz jak schody w sanktuarium, po których ludzie wchodzą klęcząc do cudownego wizerunku przenajświętszej Matki Boskiej, patronki wszystkich urodzonych pod czarną gwiazdą, namaszczającej zdrowe dzieci na ludzi objawiających w przyszłości jako dorośli niebywałe zdolności, składając za nie ofiarę na Grobie Pańskim z chorób psychicznych i płacąc ogromną cenę. Cenę te składali będą także z nimi ich bliscy. Wszystko mi się już pomieszało, ale jest to zdecydowanie wina końskich dawek leków różnej maści. Ale to jest dzisiaj. Wczoraj była Wielkanoc. Pacjenci (mniej ja) przygotowali stoły na korytarzu, wynosząc je wcześniej ze stołówki i ustawiając w równym rzędzie i układając na nich stroiki. Na stroikach zające z materiału, jajka ze styropianu i coś tam pewnie jeszcze co kładzie się do stroików, ale za nic co istnieje w świecie, nie przypomnę sobie co by to mogło być takiego. Wszyscy jedzą to co jest dane. Pani w okienku komunikuje: "Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy", po czym wszyscy ustawiają się w kolejce. Tego dnia są to zdecydowanie rarytasy. Chociaż nie do końca pamiętam. Było jajko na twardo, trzy skibki chleba, trzy plasterki szynki, biała kiełbasa, malutka, majonez i chrzan. Oraz, a jakże, w związku ze świętami otrzymaliśmy deser. A na deser babka i mandarynka. Dominik podczas śniadania na swoim telefonie puszcze piosenki Varius Manx ze starych dobrych lat dziewięćdziesiątych. Dzięki Bogu nie Akademię Pana Kleksa. Jestem spokojny. Może dlatego, że dają mi podwójną dawkę leków nasennych.

02.03.18

Myślę o ludziach. Nie boli mnie nic w duszy. Może i ja zmartwychwstanę? Podejrzewam, że wszystko jest możliwe. Boże. Albo dojdę do siebie i zacznę pisać na jakimkolwiek poziomie intelektualnym, albo mnie szlag trafi. Każda dnia mam nadzieję jednak czuć się lepiej. I nie mam nic więcej do powiedzenia.

Z obserwacji.

Pan Irbis. Nie mruga. Przychodzi do mnie by za chwilę odejść. Mówi "wszystko wiem". Tym prostym stwierdzeniem pragnie wyrazić swoje niewerbalne porozumienie z rozmówcą. Tak. Jest inteligentny, jednak refleks i odruchy ciała za tą inteligencją nie nadążają. A może odwrotnie? Trudno stwierdzić. Jest w okresie manii. Bije z niego ta nieskończona pewność siebie. Jest jednak miły w usposobieniu choć natarczywy w tym samym momencie. Mówi mi, że był wszędzie i widział wszystko. Hmm... dziadek nauczył go fotograficznej pamięci (cokolwiek by to miało znaczyć), a w młodości był wybitnym piłkarzem, mimo przeogromnej wady wzroku (minus osiem dioptrii). Uważa ojca za tchórza, ponieważ ten nie potrafi unieść ciężaru choroby syna. Mówi o sobie, że jest czarną panterą, która osiwiała. Chce żebym to wszystko zapisał na jego temat. Myśli, że jestem znanym redaktorem, który dobrowolnie zamknął się w psychiatryku, aby zdobyć materiał na artykuł, audycję i co tam jeszcze. Nie zaprzeczam niczemu co tu mówią na mój temat, ani nie potwierdzam. Tak jest bezpieczniej.

02.04.18

Czuję się lepiej. Myślę, że powoli się stabilizuję. Aczkolwiek wszystko może się jeszcze zmienić. Jest kilka kwestii, które mnie zastanawiają. Chodzi mi przede wszystkim o sprawność intelektualną. Oczywiście nikt tu nie przeprowadza na mnie lobotomii i każdej chwili mogę wszystko odstawić. I wtedy w całej krasie pojawią się moje emocje. A emocje mnie wyniszczają. Rozwiązaniem mojego problemu byłaby kwestia wymagająca wyłączenia części strefy emocjonalnej i przełączenia się na intelekt. Zrobienie z siebie czegoś na zasadzie zorganizowanego ludzkiego komputera z pewnym marginesem emocji. Problem pojawia się dlatego, że ja zdecydowanie chciałbym obdarzyć jeszcze kogoś emocjami. Ona lśni w świecie pełnym brzydactwa. Nadaje sens, kiedy wszystko zdaje się być nieistotne. Chciałbym żebyś to była Ty. Choć to wydaję się nieprawdopodobne by spotkać Cię w tym miejscu. Będę kopał w sobie. Aż coś poczuję.

04.04.18

Jest zawsze jedno wyjście. Pozostaję na obrzeżach wszystkiego co się dzieje. Nie wchodzę w żadną relację i obserwuję. Maluję obraz, prowadzę zapiski, czytam książkę, daję koncerty dla samego siebie na gitarze córki siostry przełożonej i obserwuję wszystkich. Nie angażuję się. Jestem. Ludzie przychodzą sami gnani ciekawością. Mówią mi o sobie. Ponieważ słucham. I nie mam tego wszystkiego w dupie. Choć trudno w to uwierzyć. Dominik siedzi od wczoraj w pasach.

Z obserwacji

Janusz. Były policjant i sympatyczny twardziel na emeryturze w urzędzie. Bezsenność, nadpobudliwość, nerwowość, najprawdopodobniej trauma po pracy. Komentuje sytuacje na oddziale, kwitując wszystkich, którzy mają zabandażowane nadgarstki: "Najgłośniejsza krowa daje najmniej mleka. Jak ktoś chce się zabić to po prostu to robi. Widziałem niejednego denata wiszącego na sznurze. Oni to robią bez ostrzeżenia. Raz miałem faceta, który rozpalił grilla dla swojej rodziny, a potem wyszedł na chwilę do łazienki. Dzieciaki zaczęły go szukać po pół godzinie. I znalazły. Powieszonego na pasku od spodni na klamce od drzwi kibla. Innym razem mężczyzna wrócił z nocnej zmiany do domu o czwartej rano. Żona przygotowała mu śniadanie, które zjadł i poszedł się zdrzemnąć. Kiedy zasnął, żona ubrała się, wzięła rower i pojechała na torowisko. Kiedy facet obudził się rano i zobaczył, że jej nie ma wraz z rowerem marki Wigry, zgłosił zaginięcie do nas. Tymczasem jego żona została zmieciona na tatar. Ten pociąg miał odległość hamowania jeden przecinek siedem kilometra. Dlaczego to zrobiła? Jej mąż nie wiedział. A przynajmniej tak twierdził.

Tomek. Depresja, kłopoty z ciśnieniem, cukrzyca. Stracił pracę jako magazynier po szesnastu latach. Brak perspektyw. Pełzający smutek. Przywiózł go syn.

Roman. Wciąż szuka córki. 
- Czy mógłby pan okazać się użyteczny?
- W jakim sensie?
- Użyteczny względem mojej osoby.
- Może podejdziemy do pielęgniarek?
- Tak, oczywiście.
- Proszę za mną.

Na zajęciach plastyczno-manualnych maluję obraz. Reszta uczestników żywo słucha wykładu pielęgniarki na temat upadłości konsumenckiej. W szczególności Sum. Alkoholik i hazardzista.

(...)

Osiągnąłem już stan chorobowy, ale to z pewnością jest chwilowe. Jestem stary, a taki kompletnie zidiociały. I co mam z tym zrobić? Chyba dokładnie nic i pozostawić. Spojrzeć w lustro i przekonać się. Tylko o czym? Nie mam zielonego pojęcia. Poza tym możesz się już uspokoić, a Twoje serce nie musi wyskakiwać z piersi na widok kobiety. Prawda? Widziałeś kiedyś kobiety, rozmawiałeś nawet z nimi, uśmiechałeś się do nich i byłeś miły. Wdech i wydech. Gdzie idę? Tam gdzie zawsze, na manowce. Tam mnie to zaprowadzi. Święty Judo miej mnie w opiece, bo tylko tyle już dla mnie zostało. Oczywiście jest pewna doza prawdopodobieństwa, że nie spędza reszty życia sam, ale jest to bardzo maleńka doza, właściwie mała jak kropla w oceanie Atlantyckim, że być może z powodu niespotykanej koniunkcji gwiazd, wydarzą się niespodziewanie przypadki, które ewentualnie doprowadzą do tego, że potknie się jak niewidomy o jakieś naprawdę konkretne powalone drzewo i nie mniej ani więcej, ale spojrzy na mnie łaskawym okiem. I to by było na tyle.

05.04.18

Czekałem i się doczekałem. Przyszła. Jej długie włosy spięte w kitkę. Będę musiał zdecydowanie skupić się w sobie. Myślę, że ją przerażam. Nie mam pojęcia. Takie rzeczy człowiek dowiaduje się po czasie lub też nie dowiaduje się wcale, co również jest pewnego rodzaju wyznacznikiem panujących stosunków pomiędzy dwojgiem ludzi. Kobietą i mężczyzną.

06.04.18

Tydzień bez świeżego powietrza miał dziś swój koniec. Wyszedłem poza oddział. Dostałem pozwolenie od ordynatora. To nie ma znaczenie, że to miasto, że jest smog. Nie zrozumiesz tego, jeśli cię nie zamkną gdzieś tak jak mnie. W tym całym bagnie patologii, wokół mnie i wewnątrz mnie, chciałbym poczuć jeszcze raz miłość. Pokochać kogoś bez opamiętania i żeby ta sama osoba też pokochała mnie bez opamiętania.

07.04.18

Pewne rzeczy mogę sobie jedynie wyobrazić. Mogę wyobrazić sobie zabranie wolności fizycznej na bardzo długi czas. Tygodnie, miesiące, lata. Rozpoczął się drugi tydzień. I nadszedł kryzys. Nie chcę tu już być. To bliżej nieokreślone uczucia osaczenia przez ludzi, wśród których nagle odzyskałem swoją poczytalność, widząc jak bardzo terminalnie są chorzy. Jeśli nie wejdziesz na oddział psychiatryczny to nie zrozumiesz. Dopóki nie posiedzisz tu jakiś czas i nie przesiąkniesz tą atmosferą. Mam przeżarte obie półkule od leków i została mi w głowie jedynie nitka przytrzymującą parę moich uszu, tak aby nie odpadły od głowy. Młodzi, ledwo pełnoletni samobójcy, starcy z demencją, alkoholicy spod sklepu, furiaci w fazie manii, zombie w trakcje depresji, psychole ze schizofrenią i tacy, których nie potrafię nawet sklasyfikować. I ja. Pośród tej całej wesołej hałastry. I nie wiem czego jest we mnie więcej. Choroby czy zdrowia. Nie zrozumiesz natury spokoju, dopóki się dostatecznie nie wycierpisz. Nie stracisz syna. Nie poznasz wolności, dopóki Ci jej nie zabiorą. Nie będziesz widział jak chodzić wyprostowanym, dopóki ktoś nie będzie próbował powalić cię na kolana. Chcę jeszcze żyć i pragnę kochać, ale z piekieł prowadzi długa i podstępna droga. Pragnę poczuć znowu wiatr, teraz kiedy rozpoczęła się wiosna. Pragnę skoczyć do wody, choć niedawno na jeziorze był jeszcze lód. I na Boga, zrobię to. Istnieje we mnie jednak pewien strach. Strach, że wyjdę stąd i samotność znowu mnie pochłonie. Boję się tego, że odstawię leki, ponieważ leki zabierają jakąś sporą część mnie. Nie patrzą na to co we mnie jest do wymiany, a które części działały do tej pory bez zarzutu. Biorą ze mnie po równo. Może i jestem spokojniejszy, ale nie ma mnie tutaj. Gdzieś uciekł mi czas, gdzieś dałem się zaplątać. Kim ja teraz jestem, tak naprawdę? Tego mi nikt nie powie. Czuję za to ogromną suchość w ustach. Zabrali mi już nawet malowanie. Wszyscy tu dziś chodzą jakby mieli roznieść cały oddział, więc nie ma kto siedzieć ze mną w sali terapii manualnej. Kopcie mnie w głowę. Może ozdrowieję. 

08.04.18

Szukam samotności. Jednak czuję się epicentrum wydarzeń. Zostałem osobą, która "załatwia sprawy". Starostą oddziału. Piszę dla chorych pisma, negocjuję telefonicznie z rodzinami, żeby przynieśli fajki lub wycofali zarzuty i inne. To ma swoje plusy. Jestem bezpieczny i nikt nie będzie próbował zrobić mi krzywdy, bo przedstawiam tutaj jakąś wartość dodaną.

"Czy nie widział pan mojej córki lub żony? A może chociaż mój rower? Wie pan, kiedyś byłem śpiewakiem rowerowym... a może radcą prawnym?"

"Dziś na obiad będą pierogi i pieczeń ze śliwką. Sprawdzałem. Jeśli pierogi będą ciepłe, to danie będzie wyśmienite. Jak będzie zimne, to będzie tylko dobre."

"Podniesie ktoś mój woreczek od cewnika? Ja z wózka nie podniosę. Brzydzisz się? Ok."

"Zadzwonisz pan do mojej rodziny? Oni mnie tu umieścili. Ja ich wszystkich wypierdolę z domu! No niech pan zadzwoni... niech przyniosą chociaż kawę i papierosy"

Kiedy wrócę nie będę już taki sam. Ale kiedy wrócę? Nasza miłość to duch, którego inni nie mogą zobaczyć. To niebezpieczeństwo. Tęsknię za Tobą. Zacznę żyć. Nie zepsuję tego.

(...)

Pierwsza wiosenna burza. Spotkała mnie w psychiatryku. Tak bardzo żałuję, że nie mogę jej poczuć wszystkimi zmysłami. Może uda mi się zdążyć na kolejną?

10.04.18

Bójki, zatargi słowne, schizy, prawo Oma, dwu i półmetrowy kolega, który oznajmił, że pragnie namalować mój hipokamp, zaraz po tym jak go wysadzili z izolatki, sikanie na korytarzu, ciągłe pierdzenie wszystkich na potęgę (po lekach), manie i depresje. Pan Roman, którego wsadzili tu za demencję. Pielęgniarki nie mają na niego czasu. Jak jest źle udaję, że dzwonimy do jego żony i nagrywamy się na sekretarkę, to go uspokaja. Ja pierdolę. Te dwa tygodnie mi wystarczą. W zupełności. A gdzie potem? Gdzie dalej? W nocy obudził mnie Bułgar stojący nad moim łóżkiem i wpatrujący się we mnie.

11.04.18

Ci ludzie nie posiadają nic. Być może odrobinę jakichś nieznanych mi zasad. Wszystko co jest pozostawione bez opieki stanowi własność niczyją. Schizofrenik kradnie mi kapcie, a menel zabiera mi jogurt. Kiedy go pytam czy to jego, odpowiada, że tak. Kiedy podczas kradzieży chwycą cię za rękę, mów, że to nie twoja ręka. Kiedy mija mi złość zanoszę mu zupę instant z makaronem. Bo nikt nie nauczył go prosić, a dodatkowo przyszedł na świat w na wskroś wrogim środowisku.

(...)

Na nic złość i na nic gniew na chorych psychicznie. Na nic potrzeba wytłumaczenia, pokazania, jak powinno się zachowywać. Są poza kontrolą pielęgniarek. A pielęgniarki to zwykle dwie młode dziewczyny na stażu. Kilku życzliwych pacjentów czuwa nad tym, żeby nikt nie zrobił im krzywdy. Jest jeden ochroniarz na cały szpitalny budynek. Leki mogą wyciszyć ludzi podczas manii, albo wyrwać z marazmu depresji. Na chwilę. Tak aby dotarli do jakiejkolwiek względnej normy. Nie ma nadziei. Dawno jej nie było.

12.04.18

Przesiadywanie w szpitalu odbiera Ci chęć na cokolwiek. Nawet na czytanie, na pisanie. Mógłbym i chcę malować, ale zbyt rzadko otwierają mi pracownię. Dopiero się obudziłem, ale dobrej nocy.

(...)

Napisałem list do niej. Nikt mi nie zabroni. Choć to kolejna najmądrzejsza rzecz jaką wymyśliłem. Prawdziwy geniusz. Serce mi łomocze na samą myśl, ale to oznacza jedynie tyle, że żyją we mnie jeszcze jakiekolwiek emocje.

(...)

Nie wiem ile z tego zapamiętam.




niedziela, 17 lutego 2019

Z listów Głupca (5): Do Ciebie, choć Cię nie ma

Nie ma Cię już długo, ale śnisz mi się regularnie te kilka razy w miesiącu. Że jednak żyjesz, że wstałeś z grobu z martwych. I budzę się cały zlany potem i pełen strachu, że to prawda. Czasami patrzę na całą schedę, którą mi po sobie pozostawiłeś, wzbogacając moje życie na granicy ubóstwa i także ogarnia mnie strach. Że musisz czaić się gdzieś za rogiem, wśród rzeczy, które po Tobie pozostały, aby wyrządzić mi krzywdę. Nagle, niespodziewanie i bez powodu. Ale Cię nie ma. I kiedy strach już mija to staram się z Tobą dogadać i lepiej zrozumieć. Nie ma już we mnie tej dzikiej nienawiści co kiedyś. Pozostał żal, że nie udało mi się Ciebie uratować. Widzę Cię w każdej pijanej osobie, którą spotykam na Dworcu. Do tego stopnia, że mam wrażenie, że z Tobą rozmawiam. Dziś musiałem taką osobę obezwładnić, położyć na ziemię i nie zrobiłem tego w spokoju za co jest mi ogromnie wstyd. Kierował mną okrutny gniew. Bo położył rękę na kobiecie. I dziś Ci podziękowałem, kiedy było po wszystkim. Że tak bardzo zaprawiłeś mnie w boju, że czuję w takich sytuacjach tylko gniew, żal, a to wszystko na granicy okrutnej obojętności. Podziękowałem Ci, że boję się chyba tylko Ciebie. Choć nie żyjesz.

Dziś umarła Ira. Jest mi trudno w to uwierzyć, ale to nie znaczy, że nie przyjąłem tego do wiadomości. Ira była przemiłą młodą kobietą, z którą rozmawiałem przez telefon zaledwie kilka dni temu. Była naszym kontaktem pomocy humanitarnej na wchodzie Ukrainy. Moja pierwsza myśl, to że ją zastrzelili, Rosjanie, separatyści, Boże, łatwo jest ferować wyroki na narodach. Na razie wiem tylko, że zatrzymało się jej serce. Nagle i niespodziewanie. Ira gościła w moim domu zeszłego lata, niestety pod moją nieobecność. Dzięki niej masa ubrań trafiła od nas do dzieci z ukraińskiego sierocińca. Teraz miały trafić na wieś pieluchy dla seniorów. I doprawdy nie wiem co będzie dalej. Jesteś w lepszym miejscu? Cholera. Ira, pękło Ci serce przez ten świat?

I czasem myślę, że i mi pęknie. Jakiś czas temu wieźliśmy samochód pełen darów razem z A. do małej noclegowni na wsi. Wiedzieliśmy, że noc wcześniej zmarł tam człowiek. Bezdomny, jeden z wielu, którzy tam trafiają. Nie widzieliśmy tylko, że został pobity na śmierć przez współlokatorów. I co robić? Pomagać, nie pomagać? Wygodną jest myśl, że w tym całym bagnie pomoże się jednej osobie, która na tę pomoc zasługuję. Ale komu jest oceniać, kto zasługuje na pomoc? Na pewno nie mi. Pomoc to posługa i tak powinno pozostać. Mnie ta pomoc trzyma na powierzchni. I jest to o mnie okrutna prawda.

Jestem wdzięczny za to, że jestem teraz tutaj gdzie jestem, w takiej formie jaką obecnie przedstawiam. To jest zdecydowanie moje miejsce, choć trudno mi to wytłumaczyć jakimikolwiek słowami. Czuję się wśród wszystkich zatraceńców jak w rodzinie. Nawet jeśli w domu nadal często odpowiada mi tylko echo, to i tak przecież coraz rzadziej. Poza tym samotność to dla mnie wygodne bezpieczeństwo. I co mam z tym zrobić, doprawdy nie wiem.


wtorek, 2 października 2018

Modlitwa o pokój, myśli o wojnie

Jest światło, jest i mrok, bez światło-cienia.  Zero jeden, dwie nastawy. Cztery tysiące kwadrylionów atomów trzyma mnie w szyku, tak aby nie rozpadło się moje ciało.  Na połowy, choć i tak jest mnie wewnątrz dwoje. Dzień wycieka uchem, a noc wzbiera w ustach, a wszystko to dociera do obserwatora i tworzy mój niespójny i niezrozumiały obraz.

Biały jest surowy. Trzyma w ręku świętą ikonę i smaga mnie pokutnie po plecach biczem pątnickim. Chce mnie obuć w buty i posłać daleko, tak abym głosił jego godną wiary herezję.  

Czarny leje mi do ust nalewkę z cykuty. Bierze za rękę i mówi „Choć zatańczymy nocą na grobach, aż zejdą podeszwy z butów i zapłoną nam stopy.” I choć mam umysł zamglony to rano przypomną mi o wszystkim zaropiałe stopy i obolałe trzewia.  

Pomyśl wraz ze mną, a postaraj się. Pijak zna trzeźwość, a żołnierz pokój, ponieważ ten następuje jedynie po wojnie.  Tylko chory wie, co oznacza zdrowie,  choć wszyscy wokół kwitnący jak świeże kwiaty na opiumowym polu.  Maki co to nie wiedza kto zaś są.  

Hineni. 

Weź mnie do siebie lub daj mi pokój.
Wypalone zostały już wszystkie warianty zdarzeń na tej drodze.


środa, 27 czerwca 2018

Rozdział piąty: Poczęty z miłości

Czas stanął w miejscu, a każdy dzień był tożsamy. Wiosna roku 1545 w hiszpańskiej wiosce Fontiveros była stanem świadomości, a nie porą roku po której powinna przyjść następna. Ojciec małego Jana, Gonzalo, leżał w łóżku już od miesiąca. Umierał. A umierał, bo tak postanowił. Choć dawno przeminęła jego młodość to starcem nie był. Był natomiast rozczarowany życiem.
  • Medyku... nie prosiłem Cię o badanie, a dopóki moja dusza jeszcze nie uszła z ciała, to moja wola coś chyba jeszcze znaczy? - Gonzalo zwrócił się do stojącego przy jego łóżku lekarza, który przyjechał do niego aż z miasta Ávili.
  • Gonazalo, mój przyjacielu - spokojnie odparł lekarz pakując do drewnianej skrzynki swoje przyrządy medyczne - przyjechałem tutaj po prośbie twojej żony Cataliny. A jak kto prosi lekarza o wizytę u chorego, to taka już kolej rzeczy, że ten przybywa na oględziny.
  • Moja żona Catalina... - Gonzalo zamyślił się dłuższą chwilę - niech Bóg czuwa nad jej duszą. Nie wiem doprawdy jak potoczą się dalsze jej losy i naszych synów Jana i Luisa po mojej śmierci. Znasz naszą historię. Nie było lekkie nasze życie. - tutaj wziął głęboki wdech i poczuł mocne ukłucie w sercu, uczynił więc dłuższą pauzę w wypowiedzi - Nie powinna marnować resztek pieniędzy na twoje usługi, kiedy za chwilę po moim pochówku sama będzie w większej potrzebie. A potrzeba żywego zawsze większa niż potrzeba nieboszczyka.
  • Nie bój się Gonzalo. Nie uszczuplę majątku twojej żony. Wielu odwróciło się od ciebie po waszym ślubie, ale też byli tacy dla których byłeś odważnym orędownikiem ich własnych przekonań, a których nigdy nie mieli odwagi wypowiedzieć.
  • Orędownikiem mezaliansu?
Spojrzenia medyka i Gonzalo spotkały się na dłuższą chwilę. Następnie lekarz bez słowa na powrót otworzył swoją skrzynkę wypełnioną narzędziami stosownymi do jego fachu, a także fiołkami wypełnionymi przeróżnymi cieczami. Wyjął jedną z nich.
  • Kiedy następnym razem będziesz ponownie czuł, że ból rozrywa Twoją klatkę piersiową, weź łyk tego lekarstwa. Przyniesie Ci ulgę.
W drzwiach pokoju pojawiła się Catalina. Drobna kobieta niewysokiego wzrostu. Włosy miała upięte mocno z tyłu, a ubrana była nadzwyczaj skromnie. Pod fartuchem zauważalnie skrywała spracowane ręce. Podniosła wzrok na lekarza, pełne bólu i niewypowiedzianego poczucia winy. Zza jej pleców z ciekawością wyglądało na ojca i medyka dwóch małych i wyjątkowo drobnych chłopców. Siedmioletni Jan i jego dwa lata starszy brat Luis. Lekarz wymuszenie uśmiechnął się do Cataliny i oboje wyszli z pomieszczenia. Gonzalo zawołał swoich synów.
  • Chłopcy chodźcie do mnie, siądźcie przy mnie na łóżku.  
Bracia podbiegli posłusznie do ojca i usiedli oboje na skraju jego łoża. Gonzalo z podniósł rękę, by potargać włosy siedzącemu bliżej Luisowi włosy. Chciał powtórzyć ten gest i z siedzącym dalej Janem, ale zabrakło mu sił by się do syna przybliżyć, kiedy próbował się podnieść. Opadł na poduszkę i zaczął ciężko oddychać, a kiedy nabrał w sobie znów sił zaczął przemawiać do synów.
  • Leżę teraz słaby, ale nie chcę żebyście mnie takiego zapamiętali. Nie zawsze wasz ojciec się tak prezentował. Nosiłem kiedyś i przedniejsze szaty i miałem też dużo więcej niż mogłem prosić. Nie znacie moi drodzy zbytków i pieniędzy. Ale wasz ojciec kiedyś je znał. Bywałem w pięknych domach i jadałem wyborne jedzenie, którego smaku sobie nie wyobrażacie. Widywałem damy, piękne i próżne i zawierałem sojusze z notablami. Nie byłem nikim nadzwyczaj ważnym, ale miałem zawsze dryg do liczb i ksiąg. Pomagałem prowadzić interesy moich krewnych, a gdy te przynosiły im dochody, wtedy i ja byłem sowicie wynagradzany. - tu poczynił przerwę na oddech i spojrzał na swoich chudych synów z jakimś niedowierzaniem, jakby nie pasowali do obrazów, które musiały się przed nim jawić podczas snucia opowieści - Moje życie przedstawiało mi się jako wygodne i miałem złudzenia, że takie będzie już zawsze. - tutaj poczynił kolejną przerwę, tym razem nie na oddech, ale by sprawdzić czy w przyległym pomieszczeniu jego żona jest nadal zajęta rozmową z lekarzem - Interesy, które prowadziłem wiele wspólnego miały z jedwabiem i tak też pewnego dnia trafiłem do pracowni tkackiej dojrzeć pewnej naglącej sprawy, a zobaczyłem tam waszą matkę. I przepadłem dla świata całkowicie. Od jednego spojrzenia ogarnęła mnie jak gdyby gorączka. Kiedyś, gdy będziecie starsi, ujrzycie jakąś kobietę i poznacie smak tej choroby. Powoduje ona, że człowiek przestaje widzieć świat ułożony i prosty niczym działania matematyczne z ksiąg mojej bogatej rodziny, które prowadziłem. Wszystko zaczyna sprowadzać się jedynie do bycia jak najbliżej wybranki swojego serca. Reszta zdaję się być nieistotna. Nawet jeśli wasza ukochana będzie jak wasza matka Catalina jedynie sierotą bez majątku. Moja rodzina, moi chlebodawcy, uważali jednak inaczej i mieli wobec mnie inne plany. Nie w smak było im nasze małżeństwo. I choć oboje przyszliście na świat, oboje poczęci z miłości, to ten rachunek wyszedł w moich obliczeniach ostatecznie niekorzystnie. Wszystko co posiadałem to straciłem. Prócz miłości waszej matki Cataliny. Oraz was.
***
  • Janie. - ktoś cichutku szepnął, nie widząc jednak reakcji delikatnie podniósł głos - Janie de la Croix!
Jan ocknął się. I natychmiast pożałował. Przebywanie w marzeniu sennym, choćby przy łożu umierającego ojca i w zapadającej się chacie początku jego dzieciństwa, było zdecydowanie przyjemniejsze niż powrót do rzeczywistości. A rzeczywistością była jego cela metr na półtora, w której umieścili go dawni przyjaciele.
  • Janie, to ja. Paweł.
Jan przysunął ławkę, która znajdowała się w jego celi, do drzwi. Nad drzwiami znajdowała się kilkucentymetrowa szpara i była jedynym źródłem światła wpadającego z sąsiedniego pomieszczenia. Stanął na ławce i zmrużył oczy przyzwyczajone już jedynie do półmroku.
  • Witaj bracie Pawle. Jak się miewasz?
  • Jak ja się miewam?! Daj spokój Janie, to Teresa z Avili i inni Tobie przychylni drżą o Ciebie!
Jan przez chwilę spuścił wzrok, jakby szukając czegoś w swoim wnętrzu.
  • O mnie... Pawle, wyjaw mi. Jak długo tu jestem?
  • To już będzie pięć miesięcy.
  • Pięć miesięcy... tak myślę Pawle, dochodzę do takich wniosków... że to jednak mój upór... On mnie tu zaprowadził. Do Toledo. A nie moi oprawcy.
  • Wszak nie kazałeś im siebie tu uwięzić przyjacielu!
Oczy Jana zdały się nagle rozżarzone niczym w malignie.
  • Nie, ale wytykałem im błędy, kazałem odnaleźć ukojenie w ubóstwie i umiarkowaniu wbrew ich woli. Chyba chciałem ich uszczęśliwić siłą. Widzisz, kiedy miałem siedem lat odszedł mój ojciec, odsądzony od honoru, od czci. Zmarł nieszczęśliwy mając na uwadze majątek jaki stracił wchodząc w związek małżeński z moją matką. Wydaję mi się, że utracona pozycja społeczna na zawsze przesłoniła mu jasne widzenia. Po dwóch latach od tamtego wydarzenia zmarł z głodu mój starszy brat Luis. Też przy mnie, u mojego boku, choć to zawsze ja byłem tym chuderlawym synem. Obok nas żyli syci duchowni, najedzeni notablowie i ich tłuste dzieci, mające nas za nic. I pomyślałem o słowach Jezusa, który chciał ochrzcić świat ogniem! Poczułem gniew. I wydało mi się, że zamienię utrapienie mojego ojca Gonzalo w mój atrybut. Że ubóstwo dam jako przykład godny stanu duchownego. I że pociągnę innych za sobą. I to co było zmartwieniem mojego ojca będzie moją tarczą i radością. Z gniewu, z bezsilności. Rozumiesz?
  • Mistrzu, otworzyłeś nam oczy! Mnie i innym podobnie myślącym!
  • Mistrzu? - z niedowierzaniem wycedził Jan - Od jakiegoś czasu porównuje stan mojego umysłu do umysłu głupca niespełna rozumu. Ten nie zdaje sobie sprawy jak bardzo ma zawężone horyzonty i pojmowanie, i jak tak samo tego nie wiem! Jak wiele nie wiem i nie rozumiem i co mną dyktuje... Bóg mi świadkiem Pawle! - prawie wykrzyczał Jan - Mistrz! Czy to ten co potrzebuje admiratorów i wielbicieli?
Paweł na chwilę zamknął oczy i pozwolił słowom Jana wybrzmieć w murach. Uspokoił umysł. A kiedy jego umysł był gotowy, otworzył usta.
  • Czy Mistrz potrzebuje admiratorów? Nie wiem, ale w związku z tym, że wszyscy jesteśmy ludźmi, i przez to wszyscy jesteśmy słabi, Mistrz na pewno potrzebuje czyjegoś spojrzenia, choćby po to, żeby mieć w co się wpatrywać, kiedy wszystko wyda mu się nagle ciemnością. Każdy przecież ma chwile ciemności. Nawet on.
Pomiędzy dwojgiem zapadła cisza. Paweł usłyszał, że Jan opadł wyczerpany na swoją ławkę i ciężko oddychał. Odczekał chwilę, po czym wsunął pod drzwiami celi niezapisane zwoje pergaminu. I czekał. Czekał cierpliwie. Usłyszał ruch, po czym pod drzwiami pojawiły się drogą zwrotną zapisane strony. Paweł podniósł je i odczytał nagłówek:

"Oscura noche del alma"
  • Do zobaczenia Mistrzu - rzekł uspokojony Paweł, po czym w ciszy oddalił się.

św. Jan od Krzyża
obraz olejny Francisco de Zurbarána z 1656 roku


Dedykuję ten rozdział Annie Aschenbach, mojej przyjaciółce, bez której nigdy bym nie rozwiązał wielu kwestii metafizycznych, które zajmowały mnie, aż do czasu jej poznania. Znajomość z Anną stanowi dla mnie ogromną inspirację. Spytałem ją kiedyś czy mistrz potrzebuje admiratorów w tym relatywnym świecie. A odpowiedź, którą włożyłem w usta Pawła jest bezpośrednim cytatem z Anny. Zajrzyjcie na jej bloga. https://annaaschenbach.wordpress.com. W przeciwieństwie do mnie, potrafi pisać.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Z listów Głupca (4): Alta Pax.

30.03.12. Największe przerażenie. To już ponad sześć lat. A zdaję się, że dekady. Jestem niczym czarna dziura. Ta super masywna stanowiąca centrum naszej galaktyki. Ciężko i bezlitośnie wpływam na dylatację czasu swoją i tych, którzy mieli dość odwagi by kiedykolwiek dotknąć mojej skóry, która jest przecież horyzontem wydarzeń. A robili to w zwykłym akcie chęci utemperowania mnie lub znalezienia czułości. Przearanżowałem ich do kwantowej głębi. Ale oni mnie także. I nie. Nie przepadłem jak porzucone psy po wsiach. Nie odjechałem też w kierunku słońca na karym koniu. Nie wyjechałem także nogami do przodu. Obojętnie jak bardzo bym się nie starał nie pozostałem całkiem sam. Jaka jest moja tożsamość i jaka jest moja rola w tym tutaj, a także dokąd zmierzam w ten sposób? Może patrzę w złym kierunku, a może wypatruję jakiegokolwiek kierunku? Przerażenie mija. Jednak 30.03.18. Cichuteńko szeleszcząc jak liść opadam. Opadam w pastelowym brązie pidżamy darowanej od Państwa wprost na szpitalne łóżko. Cicho i cichuteńko pod powiekami kamer oddziałowych. Pod szelest oddechu starszego mężczyzny leżącego obok mnie. Pod jego prosty uczynek zbudzenia mnie na kolację. Pomiędzy ręce kobiety przeczesującej mi włosy na sali widzeń. Ach tak, przyniosła mi kapcie, żebym nie musiał być bosy jak dziecko mężczyzny stróżującego. Czegokolwiek by nie pilnował. Pomiędzy ten chłodny wschód. Pomiędzy tej łąki chłód. Pomiędzy usta i przełyk. Tabletka. Piękna pielęgniarka zniewalała mężczyzn oddziału afektywnego zapachem włosów. To są zaledwie szampony i odżywki, ale mimo to także i mnie, bo czemu nie dać się na chwilę oszukać? Zanuciłem w myślach "The nurse who loved me". Kary rumak jednak się pojawił. Wjechała na nim w pełnej glorii i cała na biało Ona. Wołałem "Prrr." Ale zbyt cicho i bez przekonania, bo też opierałem się niespecjalnie. Tabletka. Nagle i niespodziewanie wraz z suchością w ustach i wybuchem ciepła w skroniach. Ludzie w sali obok oglądali telewizję na świetlicy. Mogłem na nich patrzeć siedząc sam w jadalni, ponieważ w ścianie znajdowało się okno. Nie, nie siedziałem jednak sam. Przy stole obok siedziała młoda kobieta. Być może wyszła spod stołu jak nie patrzyłem, ostatecznie mogła się po prostu zmaterializować z nicości. A być może kogoś odwiedzała, w najprostszy sposób pokonując wszystkie drzwi i wejścia prowadzące ją aż tutaj do punktu B. Siedzieliśmy w ciszy. Ona czytała książkę. A ja pisałem, ratując resztki intelektu przed farmakologiczną niewiadomą. Zacząłem się uspokajać. Pomiędzy ten chłodny maj. Pomiędzy wiosenny gaj. Pielęgniarka zapaliła światło. "Siedzicie tutaj tak po ciemku". Pisałem kiedyś dziennik. Dziennik był w złotej oprawie. Chciałbym mieć kiedyś jeszcze jeden taki. Chociaż może być ten zeszyt. Ten zeszyt na razie będzie ok.

Alta Pax


"Say hello 
To the shrinking in your head 
You can't see it but you know it's there 
So don't neglect it  

I'm taking her home with me 
All dressed in white 
She's got everything I need 
Pharmacy keys 
She's falling hard for me 
I can see it in her eyes 
She acts just like a nurse 
With all the other guys"