poniedziałek, 16 listopada 2020

Złe miejsca.

Konia z rzędem dla tego, kto zgadnie gdzie zrobiłem to zdjęcie.
No a teraz, żarty na bok.

W tym roku byłem w złych miejscach trzy razy. Nie muszę częściej, bo zwykle ich mieszkańcy przychodzą do mnie sami. A wtedy muszą wyjść na zewnątrz ze swoich mrocznych nor.

Pierwszy raz jechałem z opatrunkami. Były potrzebne na infekcję powstałą na skutek kąpieli w rzece. Uparłem się żeby wejść do środka i zobaczyć jak żyją. W mieszkaniu na podłodze rozlana była zaschła krew. Dowiedziałem się, że to po wczorajszej bójce jej konkubenta z dorosłym już synem. W salonie siedziało ich czterech. Pili najtańszą wódkę. Wśród nich mój stary znajomy, którego zawoziłem innym razem na detoks do Kościana. Nie byłem wstanie odgadnąć ich obliczy. Każdy z nich miał w sobie coś demonicznego, co w moim odczuciu wpływało na możliwość ujrzenia prawdziwych rysów twarzy. Ze ścian mieszkania spływały na mnie emocje nagromadzone tutaj przez całe pokolenia. Alkoholu, upodlenia i całkowitej beznadziei. Kiedy już wyszedłem, to przez chwilę myślałem, że zwymiotuję się całym nagromadzonym tam złem. Złem z prawie czarnych już ścian, niemalowanych od dekad.

Drugi raz byłem u kobiety. Uciekała z dwójką dzieci przed mężem do nowego mieszkania. Trzeba było wszystko szybko zapakować do busa i jechać dalej. Mieszkanie zagracone było popielniczkami zrobionymi ze wszystkiego, co mogłoby się do tego nadawać. Spojrzałem na dzieciaki i chciałem je wziąć. Nie do nowego mieszkania, ale ze sobą. Żeby uciekły raz na zawsze z tego bagna. Ale nie mogłem. Zaczęliśmy znosić biurko. Kobieta zdyszała się już po jednym półpiętrze. Spytałem ją więc: "Co się dzieje? Wyglądasz jakbyś zaraz miała zejść." Odpowiedziała mi szybko, że tydzień temu urodziła kolejne dziecko, ale że da radę ze mną wszystko nosić. Modliłem się więc w duchu, żeby nie zaczęła krwawić.

Dzisiaj zawieźliśmy z kolegą meble do świeżo wyremontowanego mieszkania. Do ludzi, którzy w życiu sobie nie radzą. Oboje z domu dziecka. Stworzyli rodzinę, mają już swoje dzieci. Mojemu koledze udało się zebrać fundusze na remont. Rozpoczął jednak od dezynsekcji. W domu panoszyły się pluskwy. I niemiłosiernie kąsały dzieci. Od remontu minęło dwa tygodnie. Świeże panele podłogowe wyglądały jakby przeszedł po nich słoń. Ściany brudne, jakby się ktoś po nich turlał. Wnieśliśmy meble do środka, na ostatnie piętro starej kamienicy. Mężczyzna, który mógł mieć czterdzieści lat albo i sześćdziesiąt, mówił tak niewyraźnie, że zrozumiałem tylko jedno: "Kurwa". Kiedy wypowiedział te słowa, spojrzałem na jego córkę. Najpiękniejszą na świecie siedmiolatkę w grubych okularach korekcyjnych. Z trudem wstrzymałem łzy. Nie mogłem jej stamtąd zabrać.

Kiedy wychodzę ze złego miejsca, to w pierwszym odruchu bezradności i gniewu mam ochotę coś zniszczyć. Kiedy byłem młodym człowiekiem zniszczyłem wiele rzeczy i pokiereszowałem kilka twarzy. To był mój sposób na cały ból dzieciństwa. Teraz robię to tylko mentalnie. W wyobraźni wyrywam wszystkie drzwi od szafek w kuchni, a potem tłukę wszelkie naczynia. To mnie uspokaja. Mam jednak coś jeszcze. Jedną szufladkę ze wspomnieniem. Kiedy wyszedłem z pierwszego złego miejsca, pomyślałem, że skoro doświadczam zła absolutnego, to musi być gdzieś także przeciwwaga na tym świecie. I jakieś nieskończone dobro ludzkie. I mam to jedno, jedyne wspomnienie, przechowywane na najgorsze momenty. Dzięki niemu, choć czasami w nic już nie wierzę, to wierzę w Świętych Obcowanie. Nie wypowiem go jednak, bo jest tylko moje. I nikomu innemu na nic się nie przyda. Jeśli ktokolwiek by mi w nie w ogóle uwierzył.

Mimo to czuję się bezsilny. Bo to zaledwie trzy historie ze stu, które w sobie noszę. Sprawiają, że chcę być jak najdalej od ludzi i schować się wśród moich ukochanych drzew. Bo wydaję mi się, że nie jestem w stanie nikomu pomóc. Tylko biernie patrzeć, jak wszystko wokół mnie toczy nowotwór zła.

czwartek, 29 października 2020

Mądrości moich staruszków.

Na zdjęciu akurat nie mój tato, tylko bliskiej mi osoby. Ale też może być.

Od taty usłyszałem kilka życiowych mądrości. Kiedy z nim coś robiłem i pracowaliśmy fizycznie, to proponowałem mu że go zmienię. Przy łopacie podczas kopania, czy przy czymkolwiek innym. Odpowiadał wtedy szczerze:

"Ja się nigdy nie zmienię."

Cokolwiek mógłbym powiedzieć o moim staruszku, to był zawsze, bez względu na okoliczności, prawdomówny. Mi wiele brakuje w tym aspekcie. Naginam prawdę, jak Neo łyżeczkę. Zwykle, żeby kogoś nie zranić lub dla świętego spokoju. Tato jednak nie bał się nikogo ranić i nawet nie miał chyba pełnej świadomości, jak inni go odbierają. Nie utrzymywał nigdy z tymi, którzy kiedykolwiek go okłamali. W jakiejkolwiek sprawie. Kiedy się już orientował, że ktoś go oszukał, nie wchodził w żadne dyskusje. 

"Nie rozmawiam z kłamcami."

I widziałem jako dziecko jak inni dorośli, słysząc to, robili się na twarzach purpurowi. Wiedząc, że nic z nim nie wskurają, odchodzili przegrani. Mój ojciec nigdy nikogo nie oszukał. Myślę, że pomagały mu w tym spore braki w tak zwanej inteligencji emocjonalnej. W tym aspekcie był tak prosty, że niemal święty. 

Kiedy byłem mały, mój tato mówił:

"Niech nie wie lewa ręka, co robi prawa."

Nie rozumiałem wtedy biblijnego przesłania. Dowiedziałem się jednak od mamy po czasie, że mój ojciec często pomagał innym. Nie wypowiedział jednak nigdy na ten temat słowa. Nikomu. Tutaj też mi się nie udało. Robię dużo dla innych, ale robię także z tego przedstawienie. Kiedyś mówiłem sobie, że to po to, żeby inspirować ludzi, ale tak naprawdę jest cienka linia między moim egoizmem, a altruizmem. Przekraczałem ją zawsze płynnie. Myślę, że pomogłem przede wszystkim sobie.

A co do pomocy. Kiedy pytałem się go w różnych okolicznościach, czy mu w czymś pomóc, odpowiadał:

"Mnie się nie da pomóc."

Był znowu szczery. Swoją śmierć dobrze zaplanował. Przeczuwał kiedy ona nastąpi i absolutnie nie zrobił nic, żeby jej uniknąć. Odszedł na moich oczach. Kazałem go potem ratownikom medycznym położyć na łóżko. Przenieśli go w starym kocu w tygrysy, który był w mojej rodzinie odkąd pamiętam. Kiedy wszyscy już wyszli, a ja miałem godzinę czasu oczekiwania na karawanę, położyłem się obok niego. I gładziłem delikatnie jego martwą, ale jeszcze ciepłą, twarz. Normalnie by mi nigdy nie pozwolił. Był równie niebezpieczny jak tygrysy ze starego koca. I gdyby żył, to ogryzłby mi rękę.

Mój ojciec był człowiekiem wielu talentów. Potrafił naprawić dosłownie wszystko lub zbudować to, co podyktowała mu wyobraźnia. Był inżynierem i wynalazcą. Kiedyś mnie jednak ostrzegł.

"Niech inni nie wiedzą ile potrafisz. Zawsze będą starali się wykorzystać ciebie i twoje zdolności."

Kiedy był już stary, odmawiał wszystkim. A ponieważ wiele potrafił, to wielu ludzi prosiło go o wiele rzeczy. Robił to jednak w piękny sposób. Nigdy się nie tłumaczył. Nawet znajomym. Ja tego także się nie nauczyłem. Ludzie wydrenowali mnie z energii do tego stopnia, że w tym roku stworzyłem swojego rodzaju regulamin postępowania wobec próśb, który powiesiłem w kuchni. Nazwałem go "Zasadami higieny psychicznej". W punkcie dziewiątym można przeczytać: 

"Pamiętaj. Nie uratujesz całego świata i nie ma na to najmniejszej szansy. Wydziel żelazną część swojego czasu na pomoc innym. Dobrze jest mieć życie prywatne. Uratujesz wtedy przynajmniej siebie i swoich bliskich. I będziesz szczęśliwy."

Ojciec miał dla mnie jeszcze jedną mądrość. Lata temu próbowałem ze sobą definitywnie skończyć i pożegnać się z tym światem. Kiedy po nieudanej próbie samobójczej doszedłem w końcu do siebie i miałem dość siły by odbyć jakąkolwiek rozmowę, powiedział:

"Kiedy mam jakieś zmartwienie, wtedy wyobrażam sobie, że ten ogromy problem przybiera postać odrobiny pyłu. Kładę wtedy taki pył na swojej dłoni i mocno na niego dmucham, aż ulatuje w powietrze. I nigdy już nie wraca."

Po czasie przekształciłem tą jego mądrość w opowiadanie. I tak go uwieczniłem. Możecie o tym przeczytać w rozdziale „Pył nie wietrze”. 

Bardzo długo chciałem, żeby moja mama miała dla mnie słowa mądrości. Dosłownie jedna by wystarczyła. Żebym był usatysfakcjonowany i mógł choć przez chwilę poczuć się jak najzwyklejszy w świecie syn. Tylko jedna wskazówka dla strapionego wędrowca, poszukującego wciąż swojej drogi. Zwykle to ja daję jej życiowe rady, a dla dziecka taki układ z rodzicem jest trudny do przyjęcia. Szczególnie kiedy ma się już własne dzieciaki.

Kilka dni temu, mama nagle powiedziała długo wyczekiwane słowa mądrości:

"Masz w domu zebranych wiele rzeczy dla ubogich. Rozdaj je wszystkie, a potem zajmij się muzyką, bo to twoje powołanie."

piątek, 23 października 2020

Rozdział dziewiąty: Odwaga

Jeśli szukasz tego miejsca, to musisz wiedzieć, że istnieje ono jedynie na mapie mojej wyobraźni. Uprzątnąłem wcześniej cały śmietnik mojego umysłu, żeby było Ci przyjemniej. Nie czuję się nieswojo sam, ale bardzo doceniam gości. Jeśli zostaniesz teraz ze mną i chwycisz mnie za rękę, to spróbuj tak jak ja zamknąć oczy. Poczekajmy razem, aż znikną powidoki i zanurzymy się w ciemności. Dziękuję, że jeszcze ze mną jesteś. Powiem szczerze, że mnie to wzrusza. Mój dziadek zwykł mówić, że kiedyś na Ziemi zostanie jedynie kamień na kamieniu, a jeśli jeden człowiek spotka drugiego, to będzie go całował po stopach. Tak. W moim życiu został już tylko jeden kamień. Czasami ogrzewam go dłońmi i przykładam sobie do czoła. Udaję, że to obca dłoń i obce ciepło gładzą moją głowę. Przejdźmy teraz przez próg linijek tekstu. Wokół nas nieskończona przestrzeń kosmiczna. Widzisz gwiazdy i planety formujące galaktyki? Galaktyki tworzące gromady, a także supergromady tworzące kosmiczne włókna oraz nieskończone połacie pustki między nimi? Jest coś poza tą nieskończoną przestrzenią. To teatr. W ciemności widać zaledwie jedno krzesło na widowni. To wygodny dębowy fotel, wyściełany atłasowym płótnem o burgundowym kolorze. W fotelu siedzi postać, lecz jeśli przyjrzeć się dokładnej, można odkryć jej dwoistą naturę. Czasami widać kobietę o czarnych i ogromnych źrenicach, kontrastujących z bladą twarzą. Jej długie ciemne włosy opadają nisko, aż po nogi fotela i ciągną się dalej, w nieskończoność. Jest ubrana w czarną szatę, prostą i piękną jednocześnie. Czasami jednak można dostrzec w tym samym miejscu mężczyznę. Jest równie szczupły jak ona i ubrany w wytworny frak. Włosy ma zaczesane do tyłu, a nad jego rozpostartą dłonią unosi się kula światła. Jego oczy są zielone i niemal kocie w naturze. Oboje patrzą się bez ruchu na scenę. Robią to już od zawsze i będą robić to równie długo. Na scenie widać kosmiczne włókna, tworzące je supergromady galaktyk, a także wszystko co istniało lub będzie istnieć, aż do ostatniego atomu. W pewnym układzie czasu i przestrzeni, do którego obserwujący teatr są wstanie dotrzeć, kiedy tylko taka jest ich wola, widać również Konstelację Łabędzia. Z jej nadolbrzymem Denebem, najjaśniejszą gwiazdą w tym regionie.

***

Deneb to gwiazda jaśniejsza od ziemskiego Słońca dwieście tysięcy razy. Jest tak wielka, że Słońce zdaje się przy niej ziarnkiem piasku. Pewnego dnia oderwał się od niej nieskończenie mały promyczek. Iskierka ledwie widoczna gołym okiem. Pokonując dwa tysiące sześćset lat świetlnych, Promyczek dotarł w końcu aż tutaj. Odbijał się na przemian od Plutona, Neptuna, Uranu, Saturna, Jowisza, Marsa, Wenus i Merkurego, a na koniec od samego Księżyca. I gdyby planety potrafiły śpiewać, a dźwięk mógł rozchodzić się w pustce, to dałoby się słyszeć potężną pieśń ciał niebieskich:


„Pomiędzy Bogiem a prawdą,

Przed morzem złoczyńców i królów,

Ukarzmy mu drogę jasną,

Cierpienia, szlachetnego bólu.

Pomiędzy biegiem tej rzeki,

Niepowstrzymanej siły sprzed wieków,

Dajmy mu siłę niemałą,

Niewzruszonego kamienia jej nurtu.”

 

Iskierka dotarła do Ziemi. I wkroczyła w ciało dziecka. A nad jego kołyską pochylało się trzech mężczyzn. Dla tej historii ważne jest wiedzieć o nich co następuje. Pradziad dziecka miał w sercu wbity cierń. Cierń ten urósł w trakcie bitewnych starć Pierwszej Wojny. Starał się go wyjąć, aby przerwać cierpienie, a nie mając co z nim zrobić wetknął go siłą w serca Dziada dziecka. Rana jednak nigdy się nie zagoiła. Dziad dziecka miał jeden cierń w podarunku od swego ojca, a także drugi, który urósł w jego sercu w trakcie bitewnych starć Drugiej Wojny. Aby przerwać swoje cierpienie, wyjął oba ciernie i nie wiedząc co z nimi zrobić, wbił je w serce Ojca dziecka. Rana jednak nigdy się nie zagoiła. Ojciec nosił w sercu ciernie Dziada i Pradziada, a także jeden, który urósł w jego sercu w czasach Komunizmu. Starając się przerwać swój ból, wyjął je, i choć bardzo nie chciał, to nie wiedząc co z nimi zrobić, wbił je w serce dziecka. Mimo to rana Ojca nigdy się nie zagoiła. Dziecko otrzymało trzy ciernie. Wkrótce wyrósł także czwarty cierń. Jego własny, czwarty cierń niezgody. Tak był, jest i będzie przekazywany grzech pierworodny. Z pokolenia na pokolenia. W każdej ziemskiej rodzinie.

Kiedy dziecko miało już dobrych kilka lat, a Dziad i Pradziad już dawno zostali wezwani przez ziemię do trumien, zapomniało już całkiem, że kiedyś było jasną Iskierką. Tego dnia pojechało z Ojcem kąpać się w wodzie, bo był to wyjątkowo upalny, letni dzień. Odczekało, aż zaśnie na plaży przy jeziorze. Ojciec zasypiał bowiem rzadko, bo z trzech ran w jego sercu wciąż sączyła się krew i ból. Kiedy nie mógł już wytrzymać cierpienia, okładał swoje dziecko z całej siły pięściami, żeby choć przez chwilę poczuć ulgę. Czasami był potem tak zmęczony, że opadał w sen. Wtedy chłopiec, bo było to dziecko płci męskiej, udał się na bardzo wysoki pomost. I skoczył w toń. Uderzenie głowy o powierzchnie wody odebrało mu świadomość. Najpierw zanurzył się w ciemności, a potem zobaczył urzekający tunel kojącego światła. Z tunelu wyłoniła się postać emanująca fioletową, kojącą poświatą. Była to anielica imieniem Imamiah.

- Chłopcze, to nie Twój czas. - rzekła czule tuląc do piersi jego głowę.

- Jestem już bardzo zmęczony. Zapomniałem już nawet, że byłem Iskierką - odparło dziecko płacząc.

- To tylko przygoda. Uwierz mi. Będziesz zadowolony kiedy dojdzie do swojego właściwego końca.

- Nie, chcę już wracać! Pomóż mi!

- Nie martw się za nadto. Wrócisz, ale nie teraz. Poradzisz sobie, a ja będę zawsze obok. Dam Ci coś na drogę.

- Co takiego?

- Czasu dość, by przytulić dziecię i miłości dość, aby złamać serce.

Chłopiec odzyskał przytomność na mieliźnie. Prąd wody musiał go w znany tylko sobie sposób przenieść w miejsce, gdzie poczuł pod nogami grunt. Trzęsąc się wyszedł z wody i opowiedział o tym co go spotkało Ojcu. „Nie wierzę Ci”, ten odparł.

***

Chłopiec dorósł i zwał się Głupcem. Wcześnie nosił różne imiona. Kiedyś zwali go Wisielcem, jeszcze zanim postanowił wyruszyć w podróż. Teraz szedł bardzo powoli drogą wśród pól. Była wiosna i wszystkie rośliny kwitły. Słońce zaczynało nieśmiało świtać, ale wciąż ukrywało się za horyzontem. Stanął na chwilę, by otrzeć z czoła pot. Wytarł go w pola czarnej marynarki. Splunął na drogę i spojrzał na swoje bose stopy oraz opuchnięte kostki, wokół których metalowymi obręczami przytwierdzone były grube łańcuchy. Spojrzał za siebie i jeszcze raz dokładnie przeliczył ciągnące się za nim na metalowych ogniwach trumny. Było ich jedenaście. Tak jak zawsze. Tkwiące teraz w nierównym rzędzie o długości przynajmniej trzydziestu metrów i żłobiące w drodze koleiny. Z każdej z nich raz po raz dobiegało walenie pięściami, czasami groźby, a czasami miłosne zaklęcia. Ktokolwiek był zamknięty w trumnach, nie mógł się z nich wydostać. Każda była zatrzaśnięta ogromną, zardzewiałą kłódką. Głupiec pomacał srebrny klucz wiszący na rzemyku u jego szyi, po czym spojrzał w przeciwnym kierunku, na dalszą część polnej drogi. Od miejsca, w którym się rozwidlała, dzieliło go już ostatnie kilka metrów, które pokonał wytężając zmęczone mięśnie, tak jak jeszcze był w stanie.

- To tu - pomyślał - to musi być właśnie tutaj.

Podszedł do pierwszej trumny i zdjął klucz z szyi, po czym otworzył kłódkę. W środku leżała szczupła kobieta o ciemnych włosach i nienaturalnie powiększonych źrenicach. Na jej ręku spoczywał mały chłopiec, zaledwie niemowlę. Zaraz po otwarciu wieka, kobieta szybkim ruchem ręki wydrążyła paznokciami cztery krwawe ślady w policzku Głupca. Ten, niewytrącony z równowagi, natychmiast mocno chwycił jej nadgarstek.

- Nawet nie zaczynaj - rzekł do niej spokojnie.

- Nigdy go nie dostaniesz! Rozumiesz! Nigdy! - cichym i pełnym pasji wysokim głosem wycedziła przez zęby.

- Dobrze, zrozumiałem to już dawno. Dawno także przestałem cię nienawidzić. Zresztą chyba nigdy nie byłem w stanie. Mimo wszystko - odrzekł i wolną ręką pogłaskał niemowlę po głowie - Chyba masz tu coś czego potrzebuję...

Silnym ruchem odsunął kobietę na bok trumny i sięgnął w ciemność skrzyni. Po chwili wyciągnął zza jej pleców czarną gitarę. Korzystając z tego kobieta próbował pochwycić go za szyję. Głupiec szybkim ruchem zamknął wieko na jej ręce, łamiąc palce. Dało się słyszeć trzask kości i gniewny kobiecy krzyk. Głupiec dokładnie zamknął kłódkę.

- Do wesela się zagoi kochanie - rzekł sam do siebie - poza tym jesteś tylko konstruktem mojej wyobraźni.

Otarł krew z policzka i natychmiast dotarł do drugiej trumny. Ponownie otworzył kłódkę i spojrzał w opuchniętą i zmęczoną twarz starego mężczyzny.

- Cześć synku! - ten rzekł ten na powitanie.

- Cześć tato - odrzekł Głupiec.

- Przypilnowałem jej - Ojciec wręczył Głupcowi gitarową kostkę, którą ten schował do kieszeni marynarki - wiesz, nie wszystko poszło tak jak chciałem.

- Daj spokój, już dawno o tym zapomniałem. Poza tym, odkąd wyszedłem z oddziału, jest naprawdę dobrze - Głupiec uśmiechnął się wymuszenie - Będę miał coś na wymianę.

Sięgnął ręką w okolice splotu słonecznego. Trzymał ją tam chwilę, zmrużył oczy, po czym mocno szarpnął. Gdyby kiedykolwiek krzyczał przy Ojcu, teraz krzyczałby najgłośniej. Jednak powstrzymał się. Tak jak zawsze. Z jego piersi ciekła krew. Wprost na białą koszulę, którą krył pod czarną marynarką.

- Tato, wyciągnij rękę.

Ojciec płakał, jednak posłusznie wyciągnął dłoń.

- Raz, dwa, trzy, cztery - liczył Głupiec, kiedy każdy z cierni upadał z jego dłoni na dłoń Ojca - mam do Ciebie prośbę. Kiedy zobaczysz ogień, taki naprawdę duży i porządny ogień, to je tam wrzuć. Niech spłoną.

- Dobrze synku, tak zrobię. Wiedz jednak, że moje serce nigdy się nie zagoiło.

- Zobaczymy co będzie z moim, od czegoś muszę zacząć - Głupiec spojrzał na horyzont i pierwszą widoczną łunę, bijącą od wschodzącego słońca - Kocham cię tato, ale muszę już lecieć. Czas mnie nagli.

- Ja ciebie też kocham synku.

- Wiem - odpowiedział Głupiec, po czym zamknął trumnę na kłódkę.

Podszedł z gitarą do rozdroża i wyjął z kieszeni kostkę. Spojrzał na ptaki ćwierkające swoje miłosne poranne trele.

- Nic tu po was - powiedział, po czym zagrał pierwszy akord. 

Kiedy zagrał drugi akord, wszystkie ptaki uciekły. Kiedy zagrał trzeci akord pojawiły się czarne kruki, zwiastujące nieszczęście. Wziął głęboki oddech i z czwartym akordem zaczął grać melodię tak dojmującą smutną, że na drzewach zaczęły więdnąć świeże wiosenne pąki, a dopiero formujące się listowie czerniało i opadało na ziemię. Jeśli słońce miało ochotę tego dnia wzejść, to zatrzymało się, tak jakby czas przestał płynąć. Natomiast w oddali, gdzieś pomiędzy drogami, z których jedna wiodła na północ, a druga na południe, szła postać. Z początku jawiła się jedynie jako rozmyty cień, unoszący się nad ziemią w blasku unieruchomionej gwiazdy, potem widać było, że jest to mężczyzna ubrany w wytworny frak. Włosy miał zaczesane do tyłu, a oczy jego miały kocią naturę. Podszedł do Głupca na odległość dwóch kroków.

- Zawsze wolałem skrzypce - rzekł Jutrzenka do Głupca - Niccolò był niezrównany. 

- Ważne, że stara sztuczka wciąż działa - odpowiedział Głupiec.

- A no tak.

Jutrzenka pstryknął palcami i już po chwili siedział w wygodnym dębowym fotelu, pokrytym burgundowym atłasem.

- Pofatygowałem się. Tak jak czyniłem to zawsze - Jutrzenka znudzonym wzrokiem powiódł w kierunku swej dłoni, którą rozpostarł. W jej wnętrzu tkwiła kula światła, którą zaczął zwinnie obracać wokół swoich palców, jak prawdziwy cyrkowy sztukmistrz - Tak więc?

- Myślałem, że akurat ty wiesz czego ja mogę od ciebie chcieć?

Jutrzenka spojrzał przenikliwie na Głupca.

- Wiem i nie wiem. Widzisz, w przeciwieństwie do Bogini, wielbionej tutaj obecnie pod postacią mężczyzny, czasami, dla samej zabawy, rozkoszy rozgrywki, zapominam na chwilę, że wiem wszystko. Przypominam sobie co to znaczy być człowiekiem. I bawię się z wami przez chwilę w gry, których nie znam rezultatu.

- Czyli jesteś chodzącą odpowiedzią na tę starą zagadkę mojego Ojca? 

- Jeśli Bóg jest wszechmogący, to niech stworzy kamień, którego nie będzie wstanie unieść? Tak, to ja - Jutrzenka przeniósł wzrok z kuli światła, którą ponownie zamknął w swojej dłoni, na Głupca - Wiem, co możesz dać mi w zamian. Ty także to wiesz. Teraz powiedz mi czego pragniesz? Kobiet, władzy, pieniędzy?

- Czy wszystkie stare sztuczki wciąż działają?

- Tak jak zostało to ustalone na początku, żeby ani Ona, ani Ja, w przypływie litości dla was, nie zdmuchnęli z tego świata całego ludzkiego życia jednym oddechem. Przynajmniej zanim wszystko się nie dokona.

Głupiec wziął głęboki oddech. Upuścił swą gitarę na ziemię po czym sięgnął dłonią do kieszeni marynarki, jednocześnie wykonując piruet wokół własnej osi.

- Nie przyszedłem tutaj, żeby patrzeć jak tańczysz.

- Rozsypałem wokół ciebie sól. A teraz wykonam jeszcze jedną starą sztuczkę.

I jeśli Głupiec miał wciąż nagromadzony w okolicach splotu słonecznego ból po wyrwaniu wszystkich cierni, to teraz dał mu upust, krzycząc prosto w twarz Jutrzenki:

Sancte Michael Archangele,
defende nos in praelio,
contra nequitiam et insidias diaboli esto praesidium.
Imperet illi Deus, supplices deprecamur: tuque,
Princeps militiae caelestis, Satanam aliosque spiritus
malignos, qui ad perditionem animarum pervagantur in mundo,
divina virtute, in infernum detrude. Amen.

Jutrzenka spojrzał na rozwierający się pod nim w kręgu soli ognisty dół. Następnie skierował wzrok na swojego rozmówcę.

- Nie dostałeś ode mnie nic, a już mnie odsyłasz?

- Nie, to ja mam coś dla ciebie.

Głupiec schylił się i z całej siły naparł na metalowe obręcze u swych stóp. Krzycząc donośnie rozerwał je, mocno kalecząc dłonie. Z rozwierającego wciąż dołu zaczął dobywać się dym i pierwsze liźnięcia ognia docierały do drewnianych nóg poniżej siedziska. Zanim Jutrzenka wraz fotelem zaczął się do niego osuwać, Głupiec jednym sprawnym ruchem obwiązał mu łańcuchy ciągnące się od trumien wokół szyi.

- I do czego wrócisz? Nikt na ciebie nie czeka - krzyczał wśród coraz większych płomieni Jutrzenka - teraz nie masz już nawet swoich zmarłych!

- Wracam do siebie. To ja czekam na siebie. I na innych. Stałem się tym, czego sam nigdy nie miałem.

Głupiec szybko odskoczył zanim jego trumny, ciągnące się w dół za niewidocznym już Jutrzenką, z łoskotem wpadły w otchłań. A otchłań ta musiała ciągnąć się pewnością aż do samego piekła. Kiedy wpadła ostatnia, szybko zaczął rozcierać stopami okrąg z wcześniej rozsypanej na rozdrożu soli, tak aby zamknąć portal. 

- O cholera - powiedział sam do siebie - I co dalej?

Na tym kończył się jego plan.

***

Na widowni teatru przez chwilę można dostrzec ruch. To mężczyzna we fraku przez krótki moment masuje swoją szyję, pokrytą okrągłymi śladami po ogniwach łańcucha. Te jednak w jednej chwili znikają. Być może nie było ich tam nigdy. W tym samym fotelu siedzi także kobieta. I jeśli jej twarz miałaby w sobie coś ludzkiego, można by było odczytać z jej ust zadowolenie.

- Pięknie to rozegrałeś. 

- Dziękuję. Niewiele było trzeba.

- A teraz przyjrzyjmy się komuś innemu.


KONIEC



Jacques de Chiffon 

"Głupiec"

powieść w dziewięciu rozdziałach 

napisane w latach 2016 - 2020




W rozdziale wykorzystano fragment wiersza autorstwa Terry'ego Pratchetta "These are the Things that Make a Man"

 

 



wtorek, 20 października 2020

Drzewa i kosmici.

Na zdjęciu jest akurat karkonoski las. Ale to nieistotne. Przeczytałem "Włoskie buty" Mankella i zapragnąłem, przykładem pary staruszków będących bohaterami tej książki, również gdzieś pojechać. Ktoś mnie kiedyś nauczył takiej sztuczki: "Jak nie masz do kogo jechać, to jedziesz do siebie". I tak też zrobiłem. W promieniach zachodzącego słońca oglądałem przez szybę samochodu piękne przydrożne drzewa, dziękując Bogu (lub też ewolucyjnemu zrządzeniu losu) za oczy, które w tej rzeczywistości tak wspaniale identyfikują informacje zawarte w fotonach (przemilczę moje okulary). Doszło do mnie, bo do tego nie trzeba być geniuszem, że drzewa również odczytują te informacje, ale w zgoła inny sposób. W końcu są uzależnione od światła. Przeczytałem też kiedyś, że sztuczne oświetlenie miast szkodzi roślinom, burząc ich naturalny cykl dnia i nocy. Skoro drzewa muszą tak istotnie inaczej postrzegać światło od nas, to gdyby w końcu pofatygowali się do nas kosmici i zaczęli słuchać naszej najpiękniejszej muzyki, oglądać nasze najwybitniejsze filmy i czytać nasze ponadczasowe książki, mogliby po prostu dostać od nas w prezencie niestrawialną dla nich papkę. Zrozumiałem nagle, że biorąc pod uwagę cały ogrom tego wszechświata, wszystko co tu tworzymy jest tak zaściankowe, jak tylko się da. Przeznaczone jedynie dla nas, ludzi. I jak bardzo jesteśmy od siebie uzależnieni. Od swoich słów, utworów, obrazów, czynów i uczuć. Na tej malutkiej, a jednak kipiącej od naszych przeciwstawnych emocji, planecie. Gdyby w końcu pofatygowali się do nas kosmici i starali się nam coś powiedzieć, to z pewnością pękłyby nam mózgi od ich kompletnie surrealistycznych dla nas przekazów. Pewnie dlatego dali sobie na wstrzymanie. Jeśli tak faktycznie jest, a zakładać można wszystko co się chce, to mimo wszystko wykazują się ogromną empatią. Bo poczulibyśmy się nagle, widząc ich zaawansowaną flotę statków kosmicznych do podróży międzygwiezdnych, bardzo mali, nieistotni i głupi. Część z nas by oszalała, część popełniła samobójstwo, część zaczęłaby się do nich modlić. No i może jeszcze byłaby taka garstka ludzi, którzy wzruszyliby ramionami, uznając, że nasze ludzkie emocje są równie wybitne i skomplikowane jak podróż tunelem czasoprzestrzennym. I nie do podrobienia w całym wszechświecie. 

No i że nie ma się co napinać.

niedziela, 11 października 2020

Sześć.


Błogosławieni głupcy, nie obnoszący się dumnie ze swą ignorancją,
I błogosławieni mędrcy, mający na uwadze nieustannie powiększające się pola własnej niewiedzy, przychodzące wraz z każdym poznaniem.

Błogosławieni strapieni, nie uciekający się ze swą opowieścią do obcych uszu,
I błogosławieni cisi, śpiewający swą pieśń zaledwie wśród ptaków.


Błogosławieni zgnębieni, stawiający wciąż z namaszczeniem najmniejsze swe kroki, nie znając nadal celu, ani przyczyny.
I błogosławieni przegrani, zachowujący spokój ducha wśród burzy.

wtorek, 29 września 2020

Dobranoc Kochanie.

Czytałem kiedyś taki artykuł o podłożu naukowym. Jego autor twierdził, że nasze ludzkie ciała mają przewidziany zegar biologiczny przynajmniej dwukrotnie dłuższy od obecnie osiąganej średniej długości życia. Pisał, że gdyby umieścić nas w idealnych laboratoryjnych warunkach, a więc zakładając na potrzeby eksperymentu umiarkowane warunki pogodowe, zbilansowaną dietę, odpowiednie ćwiczenia fizyczne, brak stresu, brak chorób, nałogów, tak więc przyjmując niedorzecznie idylliczne warunki życia, moglibyśmy dożyć przynajmniej 180 lat.


Gładzę dłoń bardzo starej kobiety, starając się uspokoić jej galopującą po resztkach mózgu demencję. Czekam aż wysika się na nocniku. Potem, kiedy po wszystkim kładę ją już do łóżka i delikatnie muskam dłonią jej skroń, to szepczę jej do ucha magiczne zaklęcia i czekam aż zaśnie. Myślę sobie wtedy, że w idealnym świecie dobijałaby teraz zaledwie do wieku średniego. Ja natomiast byłbym ledwie nastolatkiem. Niestety jest tak, że ta planeta od zawsze starała się nas zabić na miliony sposobów. A kiedy i to nie wystarczyło, i my sami wiedzieliśmy zawsze jak urozmaicić sobie nawzajem życie, wymyślając najbardziej okrutne metody. I to by było na tyle jeśli chodzi o warunki laboratoryjne. Tak więc stara kobieta umiera, a ja za kilka lat będę panem w średnim wieku.

Kiedy już śpi, to wymykam się do siebie. Robert śpiewa z głośników, że "jest noc w ogromnym domu". Błąkam się jeszcze chwilę po niezliczonej ilości pokoi, potem przebieram w piżamę i kładę się w moim wielkim łożu na samym skraju. Zawsze po tej samej stronie. Śpię na wznak. I zawsze budzę się w tej samej pozycji. Może ten bezruch to ćwiczenie leżenia w drewnianej skrzyni? Bo gdybym mógł, bez konsekwencji i nie robiąc nikomu przykrości, to wybrałbym tak, aby się już nie obudzić. Moja dusza ukołysałaby moje zmęczone ciało do snu, a potem odeszła. Gnany ciekawością i wyrwany z okowów fizyczności zgłębiałbym najdalsze zakamarki wszechświata i odwiedzał inne wymiary. Kiedy i to by mi się znudziło, a znudziłoby się na pewno, to poprosiłbym wszechświat, żeby rozpuścił moją duszę i świadomość w ogromnej światłości. Lub nicości. Cokolwiek by było do wyboru. Bo zakładam, że nic nie trwa wiecznie. Nawet śmierć. 

Gdybym mógł, to bym się ukołysał do snu. Przytulił sam siebie czule niczym dziecko i szepnął do ucha: "Dobranoc Kochanie". Może dlatego, że jestem już tak potwornie zmęczony. I czasami bezgranicznie smutny.

Ale to jeszcze nie ten czas.

I na pewno nie to miejsce.

środa, 26 sierpnia 2020

Tłumaczenia.

Nie mogę zebrać się do napisania ostatniego rozdziału. Czasami myślę, że już nie czuję tej całej historii, ale innym razem wiem, że to nieprawda. Jak palili Hioba to uroniłem nad nim łzę, bo zdążyłem się z nim zaprzyjaźnić. Czytanie jego Księgi przyprawiało mnie o zawroty głowy, wymagało nie lada skupienia. Wszak to dysputa o naturze filozoficznej, a dysputa ta trwa po dziś dzień i rozwiązana w moim mniemaniu nie została. Szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, że są dwa warianty tej Księgi. Jana natomiast odprowadziłem w dobre ręce Teresy i pożegnałem z czułością. Tyle czasu spędziłem na analizowaniu historii jego życia, pod kątem mojej opowieści i nie tylko, że nie sposób było mi go nie polubić. Czasami przez chwilę wydaję mi się, że mam wszystko, a co dotyczy trzeciej postaci, mianowicie Głupca, już prawie poukładane w słowa. I spłynie na papier ot tak, w dwa wieczory. Może jest tak, że boję się tego momentu: ostaniej kropki ostatniego już rozdziału. Bo sklamruje on pewien niebanalny okres mojego życia. Zły i dobry. Na pewno zaszły. I będę musiał go wypuścić z rąk i ewentualnie pisać coś innego.

Tymczasem patrzę błądzącym po półkach wzrokiem, zastanawiając się, gdzie podziewają się moje „Księgi Jakubowe”. Były pięknie wydane. Ale już ich tu nie ma. Kiedy to stwierdzam, to przez chwilę jest mi smutno. Potem szybko jednak dochodzę do wniosku, że moje książki to Marynarze, co za każdym razem przybijają do nowego portu. I dobrze mi z tym, bo wiem, że nie zbierają kurzu na półce, a to przecież niedorzeczne zaprzeczenie samej funkcji literatury. Zamiast tego cieszą wciąż nowe oczy i wyobraźnie. Tymczasem czytam, że Janina wraz z Dyziem pewnej nocy, w zasypanej śniegiem Kotlinie Kłodzkiej, wzięli się za tłumaczenia Williama Blake’a. Przypatrując się ich nieumiejętnym próbom przekładu na język polski sensu i rytmiki oryginałów jego wierszy, dochodzę do tych samych wniosków co oni: poezji absolutnie nie da się tłumaczyć, nie niszcząc jej całej, często misternej, gracji. Siedziałem przez jakiś czas nad wierszem Eddiego. Może robiłem to od dwóch miesięcy, traktując jako swoistą łamigłówkę terapeutyczną, w wolnych chwilach w pracy. Mam do tego człowieka słabość. Czasami oglądam filmy, jak przeszło dwadzieścia lat temu wspinał się podczas koncertów na wszelkie rusztowania sceniczne, często na wysokość wielu pięter. I jakimś cudem, przecząc prawu grawitacji, nigdy się nie zabił.

Eddie
„Niech będzie chwała i cześć”


Czy starczy tutaj dla nas obojga miejsca? Na ten czas kiedy nie będziemy już razem? Bo mam wrażenie, że wiąże nas już tylko wątła nić zobowiązań. Czy to wszystko Królowo na co Cię stać? Dostaję od Ciebie zwitek słów, który staram się rozsupłać. Ale ja nie chcę już analizować. Ja chcę to czuć! A właściwie to jak się czuję? Czy wiesz? Bo jeśli jestem tym, na którego Bogu starczyło jeszcze trochę materiału, kiedy już Cię uszył, to przepraszam, ale nigdy nie będę dość... Po prostu wstaw tu przymiotnik jaki chcesz.

Czasami fantazjuję jak kochałbym Cię do samego końca i jeszcze poza czas. Ale w końcu przytomnieje i widzę, że dawno już poszłaś, o gdzieś tam. Czy nie szliśmy w tym samym kierunku zanim się zdrzemnąłem? A czy teraz mogę jeszcze z Tobą iść? Wiem, z trudem dotrzymuje Ci kroku, ale ciągnę za sobą masę zaszłych spraw. Czy doceniasz mój wysiłek? Wszak tępie sobie zęby na tych łańcuchach z lat.

Biegnąc z Tobą w wyścigu, którego nie sposób mi wygrać, w końcu zdaję sobie z tego sprawę: Jestem zaledwie niczym książę Filip i mogę być tylko tak dobry jak mi na to zezwolisz. Ale czy w takim razie jest w Tobie dość kobiety, na to aby mną rozporządzać? I czy zabandażujesz na drogę razem nasze poranione ręce? Abym Ci się nie zgubił?

Niech będzie chwała, i cześć, i uwielbienie,
Chwała i cześć Zakochanym!

No cóż, już starczy. 
Wygrałaś.
Bądź pozdrowiona.
Pa.