niedziela, 2 sierpnia 2020

Trzynasty krok w chmurach.

I to także krok. Kadr z filmu "Eneasz".

Na pierwszym mityngu byłem jako dwudziestokilkuletni chłopak. Teraz bliżej mi do czterdziestki i widzę, że zrealizowanie Dwunastu Kroków zajęło mi prawie połowę życia. Nie byłem w stanie zadośćuczynić wszystkim wyrządzonych krzywd, nawet jeśli od dawna nie miały one już nic wspólnego z alkoholem, którego od tych dobrych paru lat nie ma w moim życiu. Ale postarałem się jak mogłem wynagrodzić wszystko światu. Myślę, że w zadośćuczynieniu poszedłem w hurt. Co tydzień karmiłem i ubierałem dziesiątki ubogich i bezdomnych. Alkoholików i wariatów oraz tych, którym naprawdę życie wiało w twarz, bez widocznego powodu. Przeprosiłem ich wszystkich za tych, których przeprosić nie mogłem. Aż w końcu najadłem się tym wszystkim do syta i odszedłem od stołu. Ale to zupełnie inna historia. I nie piszę o tym wszystkim, bo obrosłem w piórka. Piszę o tym, bo coś się dopełniło. I wypaliło także.

Mój, choć zaledwie osobisty, trzynasty krok brzmi: „Szaleństwem jest robić wciąż to samo i spodziewać się różnych rezultatów”.

Trzeba więc iść dalej i robić nowe rzeczy, albo stare w nowy sposób, lub starać się kolejne kroki chociaż korygować. Więc na koniec przeprosiłem siebie samego i postanowiłem wykonać ten nie pierwszy, a ostatni, trzynasty krok, w chmurach. Bo bardzo lubię pana Hłaskę, to mój kolega od lat.

Na małym lotnisku nieopodal Kazimierza Biskupiego moje romantyczne wyobrażenia na temat skoku spadochronowego legły natychmiast w gruzach. Kiedyś czytałem wywiad z Beksińskim, z którego zapamiętałem jedną wypowiedź: „Kiedy mam jechać windą pełną ludzi, zawsze idę schodami, choćby było nie wiem ile pięter”. Zapamiętałem, bo zawsze wybieram tak samo. Lotnisko pełne było ludzi. Niewielu z nich miało skoczyć ze spadochronem, ale Ci którzy skakali przyjechali z rodzinami, które wiwatowały na ich cześć. Były nawet transparenty mające dodawać otuchy. Były żony, które wykupiły skok swoim mężom i okazywanie czułości, no i oczywiście masa bachorów plączących się pod nogami. I tylko ja sam w tym tłumie, oczekujący na swojego instruktora wśród radosnych rozmów o niczym, niczym na wybawienia. Tak, mam z tym problem od zawsze.

„Na pewno nie chce pan filmu ze skoku?”
„Na pewno. Nigdy go pewnie nie obejrzę. Ale wszystko dobrze zapamiętam."

Na lotnisku był także znany, młody, przystojny aktor. Kojarzyłem go z seriali. Niski zawiadowca lotów, o potężnej muskulaturze rekompensującej wzrost, krzątał się obok niego, starając sobie zaskarbić jego sympatię. Przez chwilę myślałem, że nie wytrzymam tej nieludzkiej tortury przebywania wśród ludzi, ale uratował mnie Jarek. Mój instruktor. I dziękowałem za niego Bogu, bo był wyważonym facetem, od którego bił wewnętrzny spokój i od początku wiedziałem, że niechciałbym skakać za żadne skarby z nikim innym na całym świecie.

Władowaliśmy się szczelnie do awionetki, tak szczelnie, że z trudem się mieściliśmy. Ale teraz przestało mi już to przeszkadzać w jakikolwiek sposób, bo zaczęliśmy się w końcu, a więc po godzinie oczekiwania, unosić nad ziemię. Z każdym kilometrem wzwyż byłem coraz bardziej spokojny. Nikt mi już nie przeszkadzał. Wiedziałem, że w każdej chwili wszyscy możemy zginąć i od tej myśli napawał mnie głęboki spokój. Bo czasami nie ma się już co napinać, nawet jeśli się jest takim pseudo-mizantropem jak ja. Przypatrywałem się swoim myślom i zastanawiałem się chwilę kim jestem. Na czterech tysiącach metrów przyszła moja kolej. Więc po prostu skoczyłem. I dlatego, że brakuje mi obecnie jakichkolwiek słów by to opisać, jakichkolwiek porównań (jedyne znajduję w marzeniach sennych, a i te są przecież bardzo abstrakcyjne), przytoczę tu utwór Maxa Ehrmana „Desiderata”, z 1927 roku.

Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu - pamiętaj jaki pokój może być w ciszy. Tak dalece jak to możliwe nie wyrzekając się siebie, bądź w dobrych stosunkach z innymi ludźmi. Prawdę swą głoś spokojnie i jasno, słuchaj też tego co mówią inni, nawet głupcy i ignoranci, oni też mają swoją opowieść. Jeśli porównujesz się z innymi możesz stać się próżny lub zgorzkniały, albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od ciebie.

Ciesz się zarówno swymi osiągnięciami jak i planami. Wykonuj z sercem swą pracę, jakakolwiek by była skromna. Jest ona trwałą wartością w zmiennych kolejach losu. Zachowaj ostrożność w swych przedsięwzięciach - świat bowiem pełen jest oszustwa. Lecz niech ci to nie przesłania prawdziwej cnoty, wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie pełne jest heroizmu.

Bądź sobą, a zwłaszcza nie zwalczaj uczuć: nie bądź cyniczny wobec miłości, albowiem w obliczu wszelkiej oschłości i rozczarowań jest ona wieczna jak trawa. Przyjmuj pogodnie to co lata niosą, bez goryczy wyrzekając się przymiotów młodości. Rozwijaj siłę ducha by w nagłym nieszczęściu mogła być tarczą dla ciebie. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.

Jesteś dzieckiem wszechświata, nie mniej niż gwiazdy i drzewa, masz prawo być tutaj i czy jest to dla ciebie jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki jaki być powinien.

Tak więc bądź w pokoju z Bogiem, cokolwiek myślisz i czymkolwiek się zajmujesz i jakiekolwiek są twe pragnienia: w zgiełku ulicznym, zamęcie życia, zachowaj pokój ze swą duszą. Z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwianymi marzeniami ciągle jeszcze ten świat jest piękny. Bądź uważny, staraj się być szczęśliwy.

I to koniec. Wiem, że nie jestem doskonały i wiem, że nigdy nie będę. Przepraszam was wszystkich, którzy przekroczyliście moją ścieżkę bardzo szczerze. Wiedzcie, że zawsze będę starał się być trochę lepszy. I to też jest coś. Prawda? I lubię już trochę siebie samego. Nawet jak jestem w tłumie ludzi i nie wiem jak się zachować i czuję się jak ostatnia fajtłapa. Bo nie umiem być taki fajny i radosny jak inni. Ale byłem radosny w chmurach i nadal się tak czuję.

czwartek, 9 lipca 2020

Z listów Głupca (8): Żegnaj Richardzie Parkerze.

To nie jest naprawdę Richard Parker. Ale ja nie jestem Jacek, ani żaden Jacques i kij wam w oko.


I stało się tak, że napisałem bardzo żałosny i długi tekst. Żeby zająć sobie czymś ręce i myśli. Ale wyszedłem z domu i kiedy już wróciłem, to go po prostu skasowałem.

Bo wszystko jest dobrze.

Z mojego życia odeszło już tak bardzo wiele osób. Bezpowrotnie i nogami do przodu. I dziś także. I co jakiś czas ogarnia mnie teraz spazmatyczny płacz. Albo się drę w powietrze, żeby sobie ulżyć. Ale to już mi nikogo nie zwróci. Wszystkie niedokończone rozmowy, albo te których nie było wcale, jednak trwają w mojej głowie. I wszystko jest dobrze. Dokończyć można wiele rzeczy. Nawet w pojedynkę.

Przy każdym pogrzebie pojawia się na krótko zawsze ta sama refleksja. Jak długo będę gnał przed siebie? I czy naprawdę chcę wiecznie uciekać, zanim to wszystko dobiegnie do końca? Ale potem o tym szybko zapominam i znowu wpadam w wir życia i tych jakże arcyważnych spraw. 

Ale naprawdę nie tym razem. Nadszedł czas, żeby powoli zacząć wysiadać z tego połączenia ekspresowego do nikąd i zająć się tym co jest przecież naprawdę ważne, a o czym nie mam zielonego pojęcia. Samym sobą. Powoli, bo mam w sobie poczucie odpowiedzialności za innych ludzi. Ale dałem sobie dzisiaj w końcu ultimatum, bo myślę, a może bardziej czuję podskórnie, że przeżyłem już połowę swojego życia. Chcę do końca roku wyplątać się z tego wszystkiego, co miało tak ogromny sens wcześniej, a teraz jest zaledwie odbytą lekcją i ciężarem, a ja puzzlem, który nie pasuje i wylatuje z tej układanki poza stół. I leci gdzieś porwany wiatrem. Nie wiadomo dokąd. Kim ja jestem? Nie wiem. Ale bardzo chcę się w końcu dowiedzieć. I być dla siebie dobrym, kogokolwiek tam odnajdę.

A Tobie, choć tego nie wiesz, zrobiłem ładny grób, naprawdę nie ma się czego wstydzić. Dziękuję Ci za wszystko, to była lekcja pokory, ogromna radość i nieskończona ilość dobrych wspomnień, które pewnie spiszę w swoim czasie. Bardzo Cię kochałem i kocham nadal. Tak na swój sposób, bo trudny jestem okrutnie i nie raz miałem Cię ochotę ukatrupić. Myślę, że wielu ludzi lubiło mnie chociaż trochę ze względu na Ciebie. Bo byłaś piękna i dobra. A teraz będę zwykłym gburem, z krzyżem z Twoim imieniem na ogrodzie. Co jednak przeżyję. 

Aż do czasu, kiedy i po mnie upomni się Śmierć. Dzięki Bogu, Diabłu, wszystkim Świętym i Grzesznikom.

Ale teraz bądź dla mnie dobra ten ostatni już raz i pozwól mi to jakoś przetrawić.

niedziela, 28 czerwca 2020

Z listów Głupca (7): Do rodziny.



Skoro to był tak okrutny dzień, to dlaczego tak mi dobrze? Wściekłe i smutne psy zaniosłem do ich kojców i dałem jeść. Pogryzły mnie przy tym okrutnie, ale przecież to Ja. Śpiewam sobie z Eddiem na cały regulator, bo przecież czuję to jak nigdy:

„Nie potrzebuję kasku, mam twardy, twardy łeb
Daj spokój z tą peleryną, i tak już przemokłem do suchej nitki
Daruj bandaże, straciłem już za dużo krwi
Nie chcę twej pomocnej dłoni, bo mam przytwierdzone obie ręce”

I ci ze zdjęcia już dawno pod ziemią, więc nie ma się co napinać, bo i my dzięki Bogu odejdziemy. A z nami wszystkie nasze animozje.

Howgh!

sobota, 18 stycznia 2020

Z listów Głupca (6): Do mnie, zewsząd.


"Mieć wieczny spokój w sercu. Nie mieć zmartwień i kłopotów. Nigdy nie być strapionym, niepokornym, zbolałym, drażliwym czy rozgniewanym; nie dziwić się niczemu, co mi się przytrafia; nie czuć, że cokolwiek zostało uczynione przeciwko mnie.
Z jednakim pokojem przyjmować brak pochwał, zarzuty i pogardę; znajdować w sobie błogosławione sanktuarium, w którym mogę się schronić i zamknąć za sobą drzwi, a potem w tajemnicy uklęknąć przed moim Ojcem i zaznać zgody i harmonii - zanurzyć się w nich niczym w głębokiej wodzie zatoce ciszy, podczas gdy wszędzie wokół wody wydają się wzburzone.

(...) Życie to pasmo problemów: albo akurat przeżywasz kłopoty, albo z nich wychodzisz, albo przygotowujesz się na kolejne. Dzieje się tak dlatego, że Boga bardziej interesuje twój charakter niż twoja wygoda. Bóg woli prowadzić cię do świętości niż do szczęścia."
Rick i Bob.

wtorek, 20 sierpnia 2019

Rozdział ósmy: Kat będzie ofiarą, a ofiara katem

"W noc jedną pełną ciemności, 
Udręczeniem miłości rozpalona, 
O wzniosła szczęśliwości! 
Wyszłam nie spostrzeżona, 
Gdy chata moja była uciszona."

Św. Jan od Krzyża

Pośrodku placu klasztoru klęczał nagi człowiek. Długie, potargane i sklejone włosy sięgały mu aż do brody, a broda, równie brudna i skołtuniona, sięgała mu aż do splotu słonecznego. Jego wychudzone ciało odsłaniało żebra i kości przyklejone do jego skóry. Skóry tak brudnej, że trudno było odgadnąć, że jest to postać ludzka, zdradzała to jedynie sylwetka. Zaschnięty pot i kurz łączył się z krwią i niezliczoną ilością blizn. Obok niego leżała równie brudna szmata. Ten sam habit, w którym przybył tu dziewięć miesięcy wcześniej. Dokoła niego w okręgu stało czterdziestu czterech braci zakonu karmelitów w Toledo. Stali w bezpiecznej odległości. Woń, którą roztaczał człowiek pośrodku, była nie do zniesienia. Niezwykle intensywne połączenie zaduchu potu, krwi, uryny i odchodów. Większość z nich nie była wstanie patrzeć na postać. Obraz był zbyt okrutny by nie pozostawić na kimkolwiek złego wspomnienia, takiego które musiałby nosić ze sobą już do śmierci. Patrzył natomiast prowincjał Jakub. Bez wyrzutu i bez zniesmaczenia. Zawsze z satysfakcją.
  • Marku - tu Jakub zwrócił się do brata stojącego po jego prawej stronie - czyń swoją powinność.
I Marek wystąpił z batem z kręgu współbraci, aby stanąć za klęczącym mężczyzną. Twarz zakrywał swoją szatą, tak by nie odczuwać uciążliwego smrodu. Zamachnął się pierwszy raz. Większość braci odwróciła twarz, kiedy bicz głośno smagnął plecy. Ale biczowany nawet nie mrugnął. Sprawiał wrażenie jakby go nie było pośrodku placu, wśród braci zakonnych. 
  • Janie de la Croix! - krzyknął prowincjał - masz oto jak co tydzień szansę się odkupić w naszych oczach. Wyspowiadaj się przed swymi braćmi, przed swymi przyjaciółmi. Odkup swoje winy! Przyznaj rację regule zakonu karmelitów, a i my spojrzymy na ciebie przychylniejszym okiem. No! Co rzeczesz Janie?
Jan się na niego nie spojrzał. Zaczął jedynie powoli wydobywać z siebie ciche słowa. Bardzo jednostajnie, niczym mantrę.
  •  Żył w ziemi Us człowiek imieniem Hiob. Był to mąż sprawiedliwy, prawy, bogobojny i unikający zła.
Prowincjał spojrzał na Marka, a ten odwrócił wzrok od Jana, kiedy wymierzył mu kolejny raz.
  • Odszczekaj wszystko psie! - krzyknął gniewnie Jakub.
Jednak Jan kontynuował, deklamując sam do siebie fragmenty Pisma.
  • Mówi Pan do szatana: A zwróciłeś uwagę na sługę mego, Hioba? Bo nie ma na całej ziemi drugiego, kto by tak był prawy, sprawiedliwy, bogobojny i unikający grzechu jak on. Szatan na to do Pana: Czyż za darmo Hiob czci Boga?
  • Marku i moi drodzy bracia! Widzicie, że się starałem wyplenić z naszego biednego Jana wszelkie herezje. Dusza jego jednak w malignie i pochłonięta całkiem przez Diabła. Jedyne co możemy dla niego zrobić to postarać się o czystość jego ciała, biczując, karmiąc kawałkiem chleba i modlić się. Módlmy się bracia, nic innego już nie pozostało. Rozejdźcie się do swoich spraw, bo i mnie trudno patrzeć na to co się tu odbywa. - tu poczynił pauzę i spojrzał na Marka - a ty bracie wykonaj jeszcze siedem razy. Razem będzie dziewięć, wszak to liczba święta. Może niewiele, a może zda się na coś?
Po chwili na placu został jedynie Marek i Jan.
  • Na litość boską. Na czym ci zależy? Ukajaj się przed prowincjałem - szeptał Marek do Jana, tak aby nikt go nie usłyszał. - Zakończ to przedstawienie. Nie masz już nic do stracenia, tylko własną skórę.
  • Wtem powiał szalony wicher z pustyni, poruszył czterema węgłami domu, zawalił go na dzieci, tak iż poumierały. Hiob wstał, rozdarł swe szaty, ogolił głowę, upadł na ziemię, oddał pokłon i rzekł: Nagi wyszedłem z łona matki  i nagi tam wrócę.  Dał Pan i zabrał Pan. - tutaj Jan przerwał, bowiem Marek wymierzył mu kolejny raz.
  • Błagam Cię, przestań! Serce moje umiera nad tobą, gdy jestem twoim katem! - przez łzy szeptał łamiącym się głosem.
  • I Pan przywrócił Hioba do dawnego stanu, gdyż modlił się on za swych przyjaciół. Pan oddał mu całą majętność w dwójnasób. - tu poczynił przerwę bowiem Marek znowu smagnął go batem, po chwili jednak kontynuował, cichszym głosem - Przyszli do niego wszyscy bracia, siostry i dawni znajomi, jedli z nim chleb w jego domu i ubolewali nad nim, i pocieszali go z powodu nieszczęścia, jakie na niego zesłał Pan. Każdy mu dał jeden srebrny pieniądz i jedną złotą obrączkę.
  • Janie. Bóg nie czeka na ciebie za rogiem. Nie będzie nagrody. Jesteś Głupcem. Głupcem wyszedłeś z łona matki i Głupcem powrócisz na łono Abrahama - po czym wymierzył mu kolejne pięć razy. Niezbyt mocno. Wiedział, że prowincjał już nie patrzy.
Kiedy Marek skończył kaź, Jan nie klęczał już, a leżał bezwładnie na ziemi. A stojący nad nim karmelita zarzucił na niego brudny habit, po czym podniósł go, tak jak rodzic podnosi swoje dziecko i ujął w ramionach, bowiem Jan nie ważył więcej niż nastoletni chłopiec.

Ostrożnie wszedł z nim na górę klasztoru gdzie mieściła się malutka izba, w której Jan był więziony i delikatnie złożył go na posadzce. Stanął nad nim w drzwiach, a ten po chwili spojrzał z ziemi mu prosto w oczy. Po czym zaczął przemawiać, tak jak jeszcze miał siłę.
  • W małym pokoju, gdzie nie starczy miejsca na to, by choć jedna osoba mogła spokojnie położyć się do snu, leżę oto Ja. - zaczął w ciemności przebierać przed oczyma rękoma i rachować na palcach - Przybyłem to klasztoru w Toledo już dziewięć miesięcy temu... 
  • To kawał czasu Janie, drzemie w tobie życiowa siła, którą wszyscy przypisują już tylko Diabłu, aby w myślach samych siebie oczyścić.
Jan spojrzał na Marka z empatią.
  • Dziewiątka była dla Izraelitów liczbą odrodzenia. A może i liczbą podróży duchowej. Wszakże ja i mogę ruszyć w podróż myślą, uczynkiem i zaniedbaniem. Przecież zdecydowanie mogę. Szaty moje są i pokutne, a i przez dziewięć miesięcy nie przebrałem się. Szat nowych mi nie dano. - tu Jan przerwał, aby przełknąć ślinę - Czy przypominam jeszcze człowieka czy już tylko samego Diabła? A może oni są Diabłami, ci którzy mnie uwięzili i już ich czar zaczął się przedostawać na mnie?
Odparł mu na to Marek:
  • Raz w tygodniu wyprowadzam cię na biczowanie przed kongregacją. Nie wiem ile już było razy, ale miej dla mnie litość. Po prostu zemrzyj. Zaklinam cię. Każdy ma swoje granice, nawet ja. Zemrzyj człowieku, na litość boską! Codziennie odmówię modlitwę za twą duszę. Codziennie do końca mych dni. Ale nie każ mi patrzeć na to co się tutaj nad tobą odprawia.
Jan spojrzał z podłogi karmelicie w twarz.
  • Bracie Marku. Pamiętam jak mnie tu sprowadziłeś. W te ściany. Twarz twa od tego czasu stała się szlachetna. Tak działa na nią twoje cierpienie. Jedno jest pewne. Oboje wychodzimy z tego spotkania odmienieni.
Marek w złości poczerwieniał na twarzy i uniósł się nie w gniewie lecz w lęku.
  • Pytam cię! Czy zemrzesz? Ludzka istota nie przeżyłaby w tych warunkach nigdy. Dziewięć miesięcy o chlebie i wodzie. Ileż jeszcze, daj mi odpowiedź!
  • Oj. Marku. To ja się pytam ciebie? Czy wybiła już moja godzina? - a po chwili z wyrazem szaleństwa na twarzy Jan dodał - Powiedz mi... kto tu kogo więzi? Czy czterdziestu czterech karmelitów mnie w małej celi, czy też ja uwięziłem cały świat tak dokładnie, że zostało miejsca już dla mnie jedynie tyle... 
  • Bredzisz szaleńcze!
Po czym uniósł wychudzone i brudne ciało Jana za szmaty, które go okalały i zaczął mu mówić prosto w twarz, cedząc słowa przez zęby.
  • Ty nie zemrzesz nigdy! A twoje godzina wybije wtedy gdy będziesz mógł przejść swą bosą stopą po naszych grobach.
I puścił Marek Jana, tak że ten upadł boleśnie na posadzkę. Po czym w złości wyszedł z celi głośno trzaskając drzwiami. A te odbiły się od framugi, tak że została szpara, a skobel nie zapadł na zamek.
  • Marku, odejdź w pokoju. I nie grzesz więcej. - rzekł Jan już sam do siebie, po czym spojrzał na drzwi i oddał się zastanowieniu.
"Drzwi mnie dziś już nie więżą. Przez szparę wlewa się na moją twarz delikatne światło księżyca. Czy mogę wyjść z tego miejsca i czy rytuał pokuty odprawił się nade mną? Za to życie i za wszelkie inne żywota moje? Matko Ziemio, której kłosy utulały niegdyś moje ciało na spacerze w polu przed żniwami. Ojcze w Niebie, którego gwiazd policzyć nikt nie zdoła na nocnym niebie pięknym i tajemniczym. Jezu, który przychodzisz do mnie w snach, a którego nie mam odwagi nigdy o nic prosić dla siebie, bo czuję się niegodny. Maryjo, moja błogosławiona Matko, która zawsze nade mną czuwałaś. I mój Aniele Stróżu. Czy jesteście tam? Wskażcie mi drogę. Raz ja was proszę dla siebie. Bądźcie ze mną tej ciemnej nocy."

I Jan usnął na krótką chwilę. A śniło mu się, że w izbie stał przy nim anioł o naturze kobiecej, a którego oblicza dojrzeć nie mógł. Widział jedynie bijącą od niej poświatę o kolorze fioletowym. Imamiah, bo tak zwano anioła, uklęknęła przy Janie i ujęła jego głowę w dłonie. Wypowiedziała głosem pełnym miłości dwa słowa:
  • Wstań i idź.
Jan przebudził się. Przepełniało go ciepłe uczucie miłości, a w uszach wciąż niczym echo odbijały się słowa anioła. Podciągnął się na rękach i powoli wstał z wielkim bólem, aby oprzeć się o ścianę. Delikatnie otworzył drzwi i bardzo powolnym i chwiejnym z początku krokiem wszedł do sieni, która łączyła się z jego celą. Krok po kroku zszedł schodami na plac klasztornym po czym udał się w kierunku drzwi głównych. Podszedł do rygla i poczuł, że nie jest sam. Sam bowiem nigdy nie znalazłby siły, aby go przesunąć. Odwrócił się i zobaczył twarz swego kata, brata Marka. Ten przystawił jedynie palec do ust, odchylił nieznacznie lewą bramę, zaledwie tyle aby w szparze zmieścił się Jan, bo czym wypchnął go na zewnątrz klasztoru. Następnie bez słowa zamknął wrota. Od tej pory więcej się nie widzieli, a po Marku wszelki słuch na piśmie i w słowach współbraci wkrótce zaginął.

Jan spojrzał w niebo i nabrał powietrza w płuca. W górze jaśniał przepięknie sierp księżyca w nowiu. Na tyle słabo, aby nikt go nie ujrzał i na tyle mocno, by jego wyczerpane oczy mogły znaleźć drogę w mroku.

Toledo spało. Jedynym dźwiękiem jaki dało się słyszeć było cykanie świerszczy. Stopy Jana de la Croix nie wydawały żadnego dźwięku. I jemu samemu wydawało się, że jakaś cudowna siła unosi go nad ziemią. Zdawał sobie sprawę, że sam nie byłby w stanie pokonać miasta. Powoli, tak powoli jak to tylko możliwe, przebył rynek. Potem, kiedy mijał katedrę Najświętszej Marii Panny, pokłonił się, lecz nieustępliwie zmierzał dalej. Był przekonany, że jeśli zatrzyma się, nie znajdzie już w sobie więcej siły, upadnie na ziemię i nigdy nie powstanie. W końcu dotarł tam gdzie zmierzał. Do klasztoru Świętego Józefa. A kiedy dotarł do schodów przed bramą, upadł bez tchu.

***

Był 15 sierpnia 1578 roku. Dwie siostry zakonne obudziły się w swej celi klasztornej, obie poruszone do głębi. W pośpiechu zaczęły narzucać na siebie habity. Przed chwilą w ich śnie objawiła im się Matka Boska, spojrzała na nie i wskazała na bramę klasztorną, gdzie na schodach leżał baranek. Leżał i umierał.
  • Śniła mi się Matka Boska... 
  • I mnie również siostro Rito!
  • Kazała mi wyjść przed bramę klasztorną siostro Assumpto, a tam...
  • A tam leżał Baranek Boży!
  • Matko Boska, ale cóż to może znaczyć?
Obie w pośpiechu, ale i zachowując ciszę udały się z celi na plac klasztorny i dalej do bramy, której otworzyły prawe skrzydło i niezmiernie podniecone wyjrzały na schody, gdzie ujrzały bezwładne i mizerne ciało mężczyzny. Uklęknęły przy nim i przewróciły na bok, tak aby ujrzeć oblicze nieznanego człowieka w świetle księżyca.
  • Któż to może być? Boże, czy on jeszcze dycha? - siostra Rita odgarnęła mu włosy z czoła i wtedy Assumpta oczyściła twarz chustą.
  • Czy to może być?
  • Tak. To Jan od Krzyża. Na rany Jezusa, co oni mu uczynili? - Rita załkała widząc zatrważający stan Jana, po czym wzięła głęboki wdech i tak jak tylko potrafiła w tej sytuacji, skupiła myśli - Assumpto, natychmiast obudź siostry Nazarię i Viję. Niech Nazaria uszykuję izbę, tę w prawym skrzydle, której nikt nie odwiedza i służy za skład. Mają być gotowe świeże płótno, woda i oleje. Ty z Viją pośpieszcie natychmiast do mnie. Przeniesiemy Jana, umyjemy i opatrzymy. 
  • Dobrze, już biegnę.
  • Assumpto? - Rita spojrzała siostrze głęboko w oczy - Zachowajcie pod wszelkim pozorem ciszę i dyskrecję. Nikt nie może o tym wiedzieć. A jeśli Maryja się ulituję nad naszym przyjacielem, to wyżyje do rana. A jeśli Bóg tak będzie chciał, rano prześlemy dobre wieści jego przyjaciółce Teresie.
***

I choć prawa nie miał, to Jan przeżył tę noc. Ciemną noc duszy. A kiedy przyszedł czas, droga jego ponownie połączyła się z drogą Teresy z Ávili. Teresa zaś dbała o Jana i pisała listy do króla Hiszpanii, Filipa. Pisała tak długo, aż los ich się odmienił i w 1579 roku zakończyły się ich prześladowania. Zaś papież Grzegorz zatwierdził osobną prowincję karmelitów, karmelitów bosych.

Ale to zupełnie inna historia.

"Święta Teresa z Ávili", obraz autorstwa Alonso del Arco



Oto jestem, Panie. Dzień mój ma się ku końcowi. Jeżeli zrobiłem dziś coś dobrego, dziękuję Ci za to, Panie. Jeżeli zgrzeszyłem, Twoja miłość niech przebaczy mi moją ciągle powtarzającą się słabość. W tej ciszy nocnej, w której wyczuwam Ciebie - myślę o innej nocy, o tej, która nadejdzie, gdy oczy moje po raz ostami ujrzą światło ziemi. Śmierć nadejdzie tak samo, jak nadchodzi noc, równie nieunikniona i tak jak ona głęboka. Spraw, aby była najpiękniejszą z mych nocy.
Zasypiając dzisiejszego wieczora, ofiaruję Ci duszę moją tak, jakby to była godzina mej śmierci. Ojcze, przyjmij mnie. Spraw, bym zasypiając spokojnie, nauczył się umierać.


"Modlitwa wieczorna" Romano Guardini


***

Dla Agnieszki, która trwała przy mnie w chorobie. Czas ozdrowieć.




środa, 6 marca 2019

Rozdział siódmy: Popielec

Ustał ból. Po tym jak chłód przeszył całe jego ciało. I nastała cisza. Cisza, która przeszywała bezmiar ciemności.

I był spokój. Schronienie. Dom. 
A wszyscy byli bezpieczni, bo nikt nigdy nie mógł umrzeć. 
Nikt nigdy nikomu nie był w stanie wyrządzić szkody. Nie w naszym ludzkim rozumieniu.

W ciszy nie odnalazł swoich dłoni, stóp, nosa ani oczu. I cieszył się, bowiem te zdawałyby się go jedynie ograniczać w niezmierzonej pustce. Z ciszy narodził się dźwięk. To mewa. To szum fali. I to także wiatr. Był w tym narastającym dźwięku także głos ludzki. Rozmowa. Powoli, powolutku, z małego punktu rozszerzyło się na całą jego świadomość światło. W świetle zaś były kształty. Morze, ptactwo nurkujące w poszukiwaniu ryb nad niespokojną wodą, klif, plaża, pochmurne niebo. Na plaży zaś trójka ludzi. Już to Bildad dokładał drzewca do stosu, Elifaz podkładał ogień pod całość, zaś Sofara jedynie stała przypatrując się temu i roniąc pojedynczą łzę. Zaś on. On leżał na stosie. Stary, umartwiony, pochłonięty przez chorobę. W strupach, w ranach. Oczy jego były zastygłe i wpatrzone w niebo w ostatnim akcie niezrozumienia. Nie żył.

Hiob podbiegł do przyjaciół i zaczął wesoło pokrzykiwać do Sofary: "Wszak to ja! Ja żyję, spójrz tylko". Jego nawoływanie pozostało jednak niezauważone, Sofara patrzała przez niego na wskroś niczym przez powietrze. "Bildadzie, Elifazie! Ten na stosie to nie ja! Ja ozdrowiałem, nic mi nie dolega! Jahwe mnie ocalił!". 

Stos jednak po prostu zapłonął. Najpierw małym ogniem, potem większym. W końcu ciemny dym wzbił się w niebiosa, a jeśli trójka przyjaciół mrużyła oczy i patrzyła w ogień, widziała już płonący szkielet swojego zmarłego kompana. I Hiob nie mógł nic na to poradzić. Stanął po drugiej stronie ognia i przyglądał się z niedowierzaniem jak stoją w ciszy, opłakując jego odejście.
  • Czy jesteś już gotowy?
Hiob po swojej prawej stronie ujrzał postać emitującą delikatne fioletowe światło. Nie był stanie jednak odczytać jej kształtu czy twarzy, obojętnie jak bardzo skupiłby wzrok. 
  • Kim jesteś? Czy to ty Jahwe?
  • Bardzo mi schlebiasz, ale to nie ja. Ale Ona też jest. Jest wszędzie, więc możemy przyjąć, że także tutaj. I przejawia się we mnie, ale przecież także i w tobie.
  • Nie rozumiem, ja nic nie rozumiem!
  • Przedstawię się. Jestem Imamiah. Wysłannik od tej, o którą pytasz.
  • Jesteś więc aniołem, tak?
  • Możemy się tak umówić, jeśli ci to odpowiada.
Wpatrywali się dłuższą chwilę w ogień. Hiob, a obok niego Imamiah. Po drugiej stronie stosu jego przyjaciele rozpoczęli dysputę, nie mógł jednak usłyszeć ani słowa przez buzujący ogień pochłaniający jego doczesne szczątki. W końcu zebrał się w sobie i podjął dalszą rozmowę z aniołem.
  • Gotowy na co?
  • Żeby iść dalej. Tutaj coś się już dokonało. Wyczerpało. W sensie dosłownym wypaliło, choć trwać będzie. Ale nie tak jak to rozumiesz.
  • Gdzie mam iść? Czy niebiosa mnie przyjmą? Czy spotkam moje zmarłe dzieci?
Imamiah wejrzała głęboko w niego.
  • Tak. Jest to jedna z opcji. Mogę zabrać cię Hiobie na zielone łąki, które bezpiecznie przemierza cała twa trzoda, której doglądają twoi poddani, zawsze zadowoleni z takiej pracy. Żyją tam twoje dzieci w zdrowiu, a żona wiernie trwa przy twoim boku.
  • Ale wszak ma żona Iustusa żyje jeszcze! - wykrzyczał gniewnie Hiob - Uszła ode mnie zacząć nowe życie!
  • Tak to prawda. - Imamiah przemawiała tonem wzbudzającym zaufanie - Nie zmienia to jednak mojej propozycji. Mogę zabrać cię do miejsca, gdzie nadal trwa przy twoim boku i nigdy nie opuściła.
  • Ale to nie będzie ona!
  • Będzie i nie będzie. To będzie na pewno twoje wyobrażenie raju. Możemy tam się udać. Moja podpowiedź jest jednak następująca. Nie wytrzymasz tam zbyt długo. Znudzisz się.
  • Jak to?
  • Taka już natura duszy. Szczególnie odważnej jak twoja. Podróżuje. Sprawdza się. Jest wiele rzeczy do odkrycia.
Hiob skonfundowany starał uporządkować swoje myśli.
  • Na co tutaj byłem? Na co to wszystko było? Dlaczego wszystko utraciłem? Dlaczego mnie tak srogo pokaraliście?! Odpowiedz!
  • Och... a więc może to moja wina? - Imamiah przekornie się uśmiechnęła, choć nie sposób było tego dojrzeć.
  • Wszak nie moja!
  • Przypomnij sobie - Imamiah ujęła go za głowę, lub przynajmniej za coś co było już jedynie jakąś manifestacją energii jego zmarłego ciała - cofnij się myślami. Twój ojciec pokazuje ci sztuczkę o znikającym pyłku. Potem cofnij się jeszcze o siedem lat szczęśliwego dzieciństwa. Wejdź z powrotem w łono twej matki, cofnij się do poczęcia, przekrocz ten czas. Co widzisz?

*** 

Do ciemnego gabinetu pełnego półek sięgających rozgwieżdżonego firmamentu, wtargnęło roześmiane światełko. Niczym motyl przelatywało pośród rozłożonych tam ksiąg rzucając ich cień i rozświetlając także twarz Bogini, która siedziała na swym fotelu wyściełanym atłasem o burgundowym kolorze. Światełko przycupnęło na dębowym stole zrzucając na wysoką trawę kilka pergaminów.
  • Witaj duszyczko - przemówiła Bogini.
  • Och witaj Pani! Proszę, pomóż mi!
  • Czy coś cię martwi?
  • Tak. Chcę wiedzieć kim jestem!
  • Naprawdę nie wiesz? - Bogini udawała zdziwienie - Jesteś światłem pośród mroku, miłością, odwagą, poświęceniem. Radością.
  • Ja nie rozumiem - w zakłopotaniu przemówiła duszyczka.
Bogini ujęła światełko czule w swe blade dłonie.
  • Czy chcesz zobaczyć czym jesteś?
  • Tak, proszę.
  • Niech więc będzie.
I Bogini odesłała duszę w najgorsze mroki. Tam gdzie biegnie dolina śmierci. W otchłań nieskończoną. Na ziemię.

***
  • Czy już pamiętasz? - spytała Hioba Imamiah.
  • Tak.
  • A co twojej historii... nie martw się tym. Tylko na nich spójrz.
Hiob spojrzał przez ogień i zobaczył trójkę swoich przyjaciół naradzających się.
  • Właśnie podejmują decyzję. Każdy z nich wróci do siebie. Elifaz do Temanu, Bildad do Szuach, a Sofara do Naamy. Wrócą do swoich ludzi. I opowiadać będą o tym co tutaj zaszło.
  • Marna to pociecha będzie dla ich rodzin, przyjaciół - rzekł zasmucony Hiob.
  • Opowiedzą, że Hiob pozostał wierny Jahwe przy najgorszej próbie, a ten go uratował od trądu. Że żona Iustusa trwała przy nim cały czas wiernie, a dzieci cieszyły się zdrowiem. Cała zaś wasza rodzina wyruszyła z ziemi Us, szukać nowego domu i nowej trzody. I będą mówili to z takim przekonaniem, że nie znajdzie się nikt kto podważy ich słowo.
  • Ale po co? Dlaczego mieliby kłamać?
  • Uhonorują w ten sposób pamięć swojego drogiego przyjaciela. Sprawiedliwego i mądrego Hioba. I dlatego, że historia lubi się powtarzać, a ty przetarłeś ścieżkę dla innych dusz, które będą szukać swojej tożsamości. Będą słyszeć o tobie w przekazywanym słowie, będą o tobie czytać historie. I będzie im łatwiej przejść przez wszystkie próby, które sobie tylko wybiorą. Będziesz ich drogowskazem i nadzieją na ocalenie. 
  • Tak po prostu?
  • A to źle?
  • No nie, wcale nie źle.
  • Nawet dobrze?
  • Tak, nawet dobrze. To dobry koniec dla mojej historii.
W międzyczasie trójka przyjaciół Hioba zaczęła pakować swoje rzeczy szykując się do drogi. Nie było końca uściskom, łzom i miłym słowom na pożegnanie. Imamiah zaś spojrzał na Hioba.
  • I na nas też czas.
  • Dobrze, ale dokąd? - spojrzał na nią pytająco Hiob.
  • A dokąd chcesz?
  • Wiesz... potrzebuję trochę wolnego od tego tutaj. Przynajmniej na jakiś czas.
  • W takim razie zmienimy gęstość. Myślę, że ta w Poczekalni będzie w sam raz.
  • W Poczekalni?
I zniknęli. Zaś stos drewna i ciało Hioba dopaliły się w końcu, aż został jedynie popiół. To co zostało zabrał wiatr i porwało morze.

A reszta pozostała słowem.

William Blake "Pan odpowiada Hiobowi z wichru"

wtorek, 26 lutego 2019

Rozdział szósty: Notatnik


31.03.18

Życie oddziału rządzi się swoimi prawami. Jest rytm posiłków. A posiłki są bardzo ważne. Stanowią one rozrywkę, choć są zdecydowanie niesmaczne. Właściwie są ohydne. Ale jakie by miały być na Boga? Wszelkie pobyty w szpitalach powinny być odnotowane głęboko w naszej psychice jako wyjątkowo niesmaczne, tak aby odechciało nam się chorować. Nie jestem w stanie pisać nic sensownego na lekach. Gdzieś uciekło moje poczucie humoru. Inteligencja wypełzła uchem. Dominik terroryzuje cały oddział i odwiedzających. Mnie nikt nie rusza. Nikt nic ode mnie nie chce. Jak zwykle. Życie oddziału rządzi się swoimi prawami. Ma specyficzny rytm, a tabletki wydają cztery razy dziennie. Mam spierzchnięte usta. Wysuszone i spękane. Nie wiem czym mnie faszerują, ale jest to stan permanentnej bomby. Nie podoba mi się to uczucie braku czucia i nie wiem co jest lepsze lub gorsze. Być wyłączonym przez jedną trzecią roku, czy nie móc skupić myśli na niczym konkretnym? Może jutro mnie ktoś odwiedzi, a może nie. Chwilowo sens mojego pobytu tutaj mi umknął gdzieś w nieznanym kierunku. Po co tu jestem? Czy dlatego, że czuję się samotny i odrealniony? Nie wiem. Nie pamiętam. Ile z siebie będę pamiętał każdego kolejnego dnia zażywania leków? Cholernie nieprzyjemnie jest być otumanionym.

(...)

Teraz czuję się lepiej. Jestem na oddziale jedyną osobą, która czyta książkę. Reszta ludzi nie jest w stanie. Chcę być zdrowy. Ale czy w ogóle jestem w stanie BYĆ SAM zdrowy? Czy jestem w stanie czuć na lekach, albo czy jestem w stanie nie zapadać się w siebie. Oczywiście, chyba. Tylko jak? Jakoś na pewno.

01.04.18

Tak naprawdę nic nie napisałem tego dnia. Walka z lekami to bój o własny intelekt, o własną tożsamość. Mam świadomość tego, że ilość rzeczy, z których nie zdaję sobie sprawy, których nie rozumiem, jest nieskończona. Także i bez leków. Zmuszenie się do tego, żeby coś napisać, wiedząc, że jest to zaledwie nieskładna plątanina myśli. Pisanie dla pisania, sztuka dla sztuki, walka z lekami o swój intelekt, który jak wszakże największym wrogiem. No dobrze. Chciałbym coś opisać. Coś namacalnego, coś materialnego, co jednak miało miejsce. Wielkanoc. Nie jadłem śniadania wielkanocnego od lat. Może kiedyś wrócę do tego zwyczaju, natomiast teraz skupiamy się na tym bieżącym, ostatnim. Ale może... Mamy tu na oddziale ze czterdzieści łóżek i jest tu zwykle komplet. Miałem więc niemałe szczęście, a oprócz tego cynk od mojego psychiatry, że mnie przyjęli ot tak, po prostu. Oddział afektywny męski, ostatnie łóżko. Teraz trochę ludzi wyszło na świąteczną przepustkę, więc jest nas zdecydowanie mniej. Jest tu bardzo mało miejsca do spacerowania. Jeden bardzo długi korytarz, a z każdej jego strony znajdują się drzwi. Drzwi od sali chorych, lub też od pokoju lekarzy, lub też od świetlicy, lub też od jadalni, brudownika, pralni, łazienki, łaźni i tysiąca innych pomieszczeń takich jak ambulatorium, gdzie przeprowadzają amputację kończyn tym pacjentom, którzy są nadpobudliwi i zbyt szybko przebierają nogami, wycierając kafelki szpitalnego korytarz jak schody w sanktuarium, po których ludzie wchodzą klęcząc do cudownego wizerunku przenajświętszej Matki Boskiej, patronki wszystkich urodzonych pod czarną gwiazdą, namaszczającej zdrowe dzieci na ludzi objawiających w przyszłości jako dorośli niebywałe zdolności, składając za nie ofiarę na Grobie Pańskim z chorób psychicznych i płacąc ogromną cenę. Cenę te składali będą także z nimi ich bliscy. Wszystko mi się już pomieszało, ale jest to zdecydowanie wina końskich dawek leków różnej maści. Ale to jest dzisiaj. Wczoraj była Wielkanoc. Pacjenci (mniej ja) przygotowali stoły na korytarzu, wynosząc je wcześniej ze stołówki i ustawiając w równym rzędzie i układając na nich stroiki. Na stroikach zające z materiału, jajka ze styropianu i coś tam pewnie jeszcze co kładzie się do stroików, ale za nic co istnieje w świecie, nie przypomnę sobie co by to mogło być takiego. Wszyscy jedzą to co jest dane. Pani w okienku komunikuje: "Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy", po czym wszyscy ustawiają się w kolejce. Tego dnia są to zdecydowanie rarytasy. Chociaż nie do końca pamiętam. Było jajko na twardo, trzy skibki chleba, trzy plasterki szynki, biała kiełbasa, malutka, majonez i chrzan. Oraz, a jakże, w związku ze świętami otrzymaliśmy deser. A na deser babka i mandarynka. Dominik podczas śniadania na swoim telefonie puszcze piosenki Varius Manx ze starych dobrych lat dziewięćdziesiątych. Dzięki Bogu nie Akademię Pana Kleksa. Jestem spokojny. Może dlatego, że dają mi podwójną dawkę leków nasennych.

02.03.18

Myślę o ludziach. Nie boli mnie nic w duszy. Może i ja zmartwychwstanę? Podejrzewam, że wszystko jest możliwe. Boże. Albo dojdę do siebie i zacznę pisać na jakimkolwiek poziomie intelektualnym, albo mnie szlag trafi. Każda dnia mam nadzieję jednak czuć się lepiej. I nie mam nic więcej do powiedzenia.

Z obserwacji.

Pan Irbis. Nie mruga. Przychodzi do mnie by za chwilę odejść. Mówi "wszystko wiem". Tym prostym stwierdzeniem pragnie wyrazić swoje niewerbalne porozumienie z rozmówcą. Tak. Jest inteligentny, jednak refleks i odruchy ciała za tą inteligencją nie nadążają. A może odwrotnie? Trudno stwierdzić. Jest w okresie manii. Bije z niego ta nieskończona pewność siebie. Jest jednak miły w usposobieniu choć natarczywy w tym samym momencie. Mówi mi, że był wszędzie i widział wszystko. Hmm... dziadek nauczył go fotograficznej pamięci (cokolwiek by to miało znaczyć), a w młodości był wybitnym piłkarzem, mimo przeogromnej wady wzroku (minus osiem dioptrii). Uważa ojca za tchórza, ponieważ ten nie potrafi unieść ciężaru choroby syna. Mówi o sobie, że jest czarną panterą, która osiwiała. Chce żebym to wszystko zapisał na jego temat. Myśli, że jestem znanym redaktorem, który dobrowolnie zamknął się w psychiatryku, aby zdobyć materiał na artykuł, audycję i co tam jeszcze. Nie zaprzeczam niczemu co tu mówią na mój temat, ani nie potwierdzam. Tak jest bezpieczniej.

02.04.18

Czuję się lepiej. Myślę, że powoli się stabilizuję. Aczkolwiek wszystko może się jeszcze zmienić. Jest kilka kwestii, które mnie zastanawiają. Chodzi mi przede wszystkim o sprawność intelektualną. Oczywiście nikt tu nie przeprowadza na mnie lobotomii i każdej chwili mogę wszystko odstawić. I wtedy w całej krasie pojawią się moje emocje. A emocje mnie wyniszczają. Rozwiązaniem mojego problemu byłaby kwestia wymagająca wyłączenia części strefy emocjonalnej i przełączenia się na intelekt. Zrobienie z siebie czegoś na zasadzie zorganizowanego ludzkiego komputera z pewnym marginesem emocji. Problem pojawia się dlatego, że ja zdecydowanie chciałbym obdarzyć jeszcze kogoś emocjami. Ona lśni w świecie pełnym brzydactwa. Nadaje sens, kiedy wszystko zdaje się być nieistotne. Chciałbym żebyś to była Ty. Choć to wydaję się nieprawdopodobne by spotkać Cię w tym miejscu. Będę kopał w sobie. Aż coś poczuję.

04.04.18

Jest zawsze jedno wyjście. Pozostaję na obrzeżach wszystkiego co się dzieje. Nie wchodzę w żadną relację i obserwuję. Maluję obraz, prowadzę zapiski, czytam książkę, daję koncerty dla samego siebie na gitarze córki siostry przełożonej i obserwuję wszystkich. Nie angażuję się. Jestem. Ludzie przychodzą sami gnani ciekawością. Mówią mi o sobie. Ponieważ słucham. I nie mam tego wszystkiego w dupie. Choć trudno w to uwierzyć. Dominik siedzi od wczoraj w pasach.

Z obserwacji

Janusz. Były policjant i sympatyczny twardziel na emeryturze w urzędzie. Bezsenność, nadpobudliwość, nerwowość, najprawdopodobniej trauma po pracy. Komentuje sytuacje na oddziale, kwitując wszystkich, którzy mają zabandażowane nadgarstki: "Najgłośniejsza krowa daje najmniej mleka. Jak ktoś chce się zabić to po prostu to robi. Widziałem niejednego denata wiszącego na sznurze. Oni to robią bez ostrzeżenia. Raz miałem faceta, który rozpalił grilla dla swojej rodziny, a potem wyszedł na chwilę do łazienki. Dzieciaki zaczęły go szukać po pół godzinie. I znalazły. Powieszonego na pasku od spodni na klamce od drzwi kibla. Innym razem mężczyzna wrócił z nocnej zmiany do domu o czwartej rano. Żona przygotowała mu śniadanie, które zjadł i poszedł się zdrzemnąć. Kiedy zasnął, żona ubrała się, wzięła rower i pojechała na torowisko. Kiedy facet obudził się rano i zobaczył, że jej nie ma wraz z rowerem marki Wigry, zgłosił zaginięcie do nas. Tymczasem jego żona została zmieciona na tatar. Ten pociąg miał odległość hamowania jeden przecinek siedem kilometra. Dlaczego to zrobiła? Jej mąż nie wiedział. A przynajmniej tak twierdził.

Tomek. Depresja, kłopoty z ciśnieniem, cukrzyca. Stracił pracę jako magazynier po szesnastu latach. Brak perspektyw. Pełzający smutek. Przywiózł go syn.

Roman. Wciąż szuka córki. 
- Czy mógłby pan okazać się użyteczny?
- W jakim sensie?
- Użyteczny względem mojej osoby.
- Może podejdziemy do pielęgniarek?
- Tak, oczywiście.
- Proszę za mną.

Na zajęciach plastyczno-manualnych maluję obraz. Reszta uczestników żywo słucha wykładu pielęgniarki na temat upadłości konsumenckiej. W szczególności Sum. Alkoholik i hazardzista.

(...)

Osiągnąłem już stan chorobowy, ale to z pewnością jest chwilowe. Jestem stary, a taki kompletnie zidiociały. I co mam z tym zrobić? Chyba dokładnie nic i pozostawić. Spojrzeć w lustro i przekonać się. Tylko o czym? Nie mam zielonego pojęcia. Poza tym możesz się już uspokoić, a Twoje serce nie musi wyskakiwać z piersi na widok kobiety. Prawda? Widziałeś kiedyś kobiety, rozmawiałeś nawet z nimi, uśmiechałeś się do nich i byłeś miły. Wdech i wydech. Gdzie idę? Tam gdzie zawsze, na manowce. Tam mnie to zaprowadzi. Święty Judo miej mnie w opiece, bo tylko tyle już dla mnie zostało. Oczywiście jest pewna doza prawdopodobieństwa, że nie spędza reszty życia sam, ale jest to bardzo maleńka doza, właściwie mała jak kropla w oceanie Atlantyckim, że być może z powodu niespotykanej koniunkcji gwiazd, wydarzą się niespodziewanie przypadki, które ewentualnie doprowadzą do tego, że potknie się jak niewidomy o jakieś naprawdę konkretne powalone drzewo i nie mniej ani więcej, ale spojrzy na mnie łaskawym okiem. I to by było na tyle.

05.04.18

Czekałem i się doczekałem. Przyszła. Jej długie włosy spięte w kitkę. Będę musiał zdecydowanie skupić się w sobie. Myślę, że ją przerażam. Nie mam pojęcia. Takie rzeczy człowiek dowiaduje się po czasie lub też nie dowiaduje się wcale, co również jest pewnego rodzaju wyznacznikiem panujących stosunków pomiędzy dwojgiem ludzi. Kobietą i mężczyzną.

06.04.18

Tydzień bez świeżego powietrza miał dziś swój koniec. Wyszedłem poza oddział. Dostałem pozwolenie od ordynatora. To nie ma znaczenie, że to miasto, że jest smog. Nie zrozumiesz tego, jeśli cię nie zamkną gdzieś tak jak mnie. W tym całym bagnie patologii, wokół mnie i wewnątrz mnie, chciałbym poczuć jeszcze raz miłość. Pokochać kogoś bez opamiętania i żeby ta sama osoba też pokochała mnie bez opamiętania.

07.04.18

Pewne rzeczy mogę sobie jedynie wyobrazić. Mogę wyobrazić sobie zabranie wolności fizycznej na bardzo długi czas. Tygodnie, miesiące, lata. Rozpoczął się drugi tydzień. I nadszedł kryzys. Nie chcę tu już być. To bliżej nieokreślone uczucia osaczenia przez ludzi, wśród których nagle odzyskałem swoją poczytalność, widząc jak bardzo terminalnie są chorzy. Jeśli nie wejdziesz na oddział psychiatryczny to nie zrozumiesz. Dopóki nie posiedzisz tu jakiś czas i nie przesiąkniesz tą atmosferą. Mam przeżarte obie półkule od leków i została mi w głowie jedynie nitka przytrzymującą parę moich uszu, tak aby nie odpadły od głowy. Młodzi, ledwo pełnoletni samobójcy, starcy z demencją, alkoholicy spod sklepu, furiaci w fazie manii, zombie w trakcje depresji, psychole ze schizofrenią i tacy, których nie potrafię nawet sklasyfikować. I ja. Pośród tej całej wesołej hałastry. I nie wiem czego jest we mnie więcej. Choroby czy zdrowia. Nie zrozumiesz natury spokoju, dopóki się dostatecznie nie wycierpisz. Nie stracisz syna. Nie poznasz wolności, dopóki Ci jej nie zabiorą. Nie będziesz widział jak chodzić wyprostowanym, dopóki ktoś nie będzie próbował powalić cię na kolana. Chcę jeszcze żyć i pragnę kochać, ale z piekieł prowadzi długa i podstępna droga. Pragnę poczuć znowu wiatr, teraz kiedy rozpoczęła się wiosna. Pragnę skoczyć do wody, choć niedawno na jeziorze był jeszcze lód. I na Boga, zrobię to. Istnieje we mnie jednak pewien strach. Strach, że wyjdę stąd i samotność znowu mnie pochłonie. Boję się tego, że odstawię leki, ponieważ leki zabierają jakąś sporą część mnie. Nie patrzą na to co we mnie jest do wymiany, a które części działały do tej pory bez zarzutu. Biorą ze mnie po równo. Może i jestem spokojniejszy, ale nie ma mnie tutaj. Gdzieś uciekł mi czas, gdzieś dałem się zaplątać. Kim ja teraz jestem, tak naprawdę? Tego mi nikt nie powie. Czuję za to ogromną suchość w ustach. Zabrali mi już nawet malowanie. Wszyscy tu dziś chodzą jakby mieli roznieść cały oddział, więc nie ma kto siedzieć ze mną w sali terapii manualnej. Kopcie mnie w głowę. Może ozdrowieję. 

08.04.18

Szukam samotności. Jednak czuję się epicentrum wydarzeń. Zostałem osobą, która "załatwia sprawy". Starostą oddziału. Piszę dla chorych pisma, negocjuję telefonicznie z rodzinami, żeby przynieśli fajki lub wycofali zarzuty i inne. To ma swoje plusy. Jestem bezpieczny i nikt nie będzie próbował zrobić mi krzywdy, bo przedstawiam tutaj jakąś wartość dodaną.

"Czy nie widział pan mojej córki lub żony? A może chociaż mój rower? Wie pan, kiedyś byłem śpiewakiem rowerowym... a może radcą prawnym?"

"Dziś na obiad będą pierogi i pieczeń ze śliwką. Sprawdzałem. Jeśli pierogi będą ciepłe, to danie będzie wyśmienite. Jak będzie zimne, to będzie tylko dobre."

"Podniesie ktoś mój woreczek od cewnika? Ja z wózka nie podniosę. Brzydzisz się? Ok."

"Zadzwonisz pan do mojej rodziny? Oni mnie tu umieścili. Ja ich wszystkich wypierdolę z domu! No niech pan zadzwoni... niech przyniosą chociaż kawę i papierosy"

Kiedy wrócę nie będę już taki sam. Ale kiedy wrócę? Nasza miłość to duch, którego inni nie mogą zobaczyć. To niebezpieczeństwo. Tęsknię za Tobą. Zacznę żyć. Nie zepsuję tego.

(...)

Pierwsza wiosenna burza. Spotkała mnie w psychiatryku. Tak bardzo żałuję, że nie mogę jej poczuć wszystkimi zmysłami. Może uda mi się zdążyć na kolejną?

10.04.18

Bójki, zatargi słowne, schizy, prawo Oma, dwu i półmetrowy kolega, który oznajmił, że pragnie namalować mój hipokamp, zaraz po tym jak go wysadzili z izolatki, sikanie na korytarzu, ciągłe pierdzenie wszystkich na potęgę (po lekach), manie i depresje. Pan Roman, którego wsadzili tu za demencję. Pielęgniarki nie mają na niego czasu. Jak jest źle udaję, że dzwonimy do jego żony i nagrywamy się na sekretarkę, to go uspokaja. Ja pierdolę. Te dwa tygodnie mi wystarczą. W zupełności. A gdzie potem? Gdzie dalej? W nocy obudził mnie Bułgar stojący nad moim łóżkiem i wpatrujący się we mnie.

11.04.18

Ci ludzie nie posiadają nic. Być może odrobinę jakichś nieznanych mi zasad. Wszystko co jest pozostawione bez opieki stanowi własność niczyją. Schizofrenik kradnie mi kapcie, a menel zabiera mi jogurt. Kiedy go pytam czy to jego, odpowiada, że tak. Kiedy podczas kradzieży chwycą cię za rękę, mów, że to nie twoja ręka. Kiedy mija mi złość zanoszę mu zupę instant z makaronem. Bo nikt nie nauczył go prosić, a dodatkowo przyszedł na świat w na wskroś wrogim środowisku.

(...)

Na nic złość i na nic gniew na chorych psychicznie. Na nic potrzeba wytłumaczenia, pokazania, jak powinno się zachowywać. Są poza kontrolą pielęgniarek. A pielęgniarki to zwykle dwie młode dziewczyny na stażu. Kilku życzliwych pacjentów czuwa nad tym, żeby nikt nie zrobił im krzywdy. Jest jeden ochroniarz na cały szpitalny budynek. Leki mogą wyciszyć ludzi podczas manii, albo wyrwać z marazmu depresji. Na chwilę. Tak aby dotarli do jakiejkolwiek względnej normy. Nie ma nadziei. Dawno jej nie było.

12.04.18

Przesiadywanie w szpitalu odbiera Ci chęć na cokolwiek. Nawet na czytanie, na pisanie. Mógłbym i chcę malować, ale zbyt rzadko otwierają mi pracownię. Dopiero się obudziłem, ale dobrej nocy.

(...)

Napisałem list do niej. Nikt mi nie zabroni. Choć to kolejna najmądrzejsza rzecz jaką wymyśliłem. Prawdziwy geniusz. Serce mi łomocze na samą myśl, ale to oznacza jedynie tyle, że żyją we mnie jeszcze jakiekolwiek emocje.

(...)

Nie wiem ile z tego zapamiętam.