piątek, 23 października 2020

Rozdział dziewiąty: Odwaga

Jeśli szukasz tego miejsca, to musisz wiedzieć, że istnieje ono jedynie na mapie mojej wyobraźni. Uprzątnąłem wcześniej cały śmietnik mojego umysłu, żeby było Ci przyjemniej. Nie czuję się nieswojo sam, ale bardzo doceniam gości. Jeśli zostaniesz teraz ze mną i chwycisz mnie za rękę, to spróbuj tak jak ja zamknąć oczy. Poczekajmy razem, aż znikną powidoki i zanurzymy się w ciemności. Dziękuję, że jeszcze ze mną jesteś. Powiem szczerze, że mnie to wzrusza. Mój dziadek zwykł mówić, że kiedyś na Ziemi zostanie jedynie kamień na kamieniu, a jeśli jeden człowiek spotka drugiego, to będzie go całował po stopach. Tak. W moim życiu został już tylko jeden kamień. Czasami ogrzewam go dłońmi i przykładam sobie do czoła. Udaję, że to obca dłoń i obce ciepło gładzą moją głowę. Przejdźmy teraz przez próg linijek tekstu. Wokół nas nieskończona przestrzeń kosmiczna. Widzisz gwiazdy i planety formujące galaktyki? Galaktyki tworzące gromady, a także supergromady tworzące kosmiczne włókna oraz nieskończone połacie pustki między nimi? Jest coś poza tą nieskończoną przestrzenią. To teatr. W ciemności widać zaledwie jedno krzesło na widowni. To wygodny dębowy fotel, wyściełany atłasowym płótnem o burgundowym kolorze. W fotelu siedzi postać, lecz jeśli przyjrzeć się dokładnej, można odkryć jej dwoistą naturę. Czasami widać kobietę o czarnych i ogromnych źrenicach, kontrastujących z bladą twarzą. Jej długie ciemne włosy opadają nisko, aż po nogi fotela i ciągną się dalej, w nieskończoność. Jest ubrana w czarną szatę, prostą i piękną jednocześnie. Czasami jednak można dostrzec w tym samym miejscu mężczyznę. Jest równie szczupły jak ona i ubrany w wytworny frak. Włosy ma zaczesane do tyłu, a nad jego rozpostartą dłonią unosi się kula światła. Jego oczy są zielone i niemal kocie w naturze. Oboje patrzą się bez ruchu na scenę. Robią to już od zawsze i będą robić to równie długo. Na scenie widać kosmiczne włókna, tworzące je supergromady galaktyk, a także wszystko co istniało lub będzie istnieć, aż do ostatniego atomu. W pewnym układzie czasu i przestrzeni, do którego obserwujący teatr są wstanie dotrzeć, kiedy tylko taka jest ich wola, widać również Konstelację Łabędzia. Z jej nadolbrzymem Denebem, najjaśniejszą gwiazdą w tym regionie.

***

Deneb to gwiazda jaśniejsza od ziemskiego Słońca dwieście tysięcy razy. Jest tak wielka, że Słońce zdaje się przy niej ziarnkiem piasku. Pewnego dnia oderwał się od niej nieskończenie mały promyczek. Iskierka ledwie widoczna gołym okiem. Pokonując dwa tysiące sześćset lat świetlnych, Promyczek dotarł w końcu aż tutaj. Odbijał się naprzemian od Plutona, Neptuna, Uranu, Saturna, Jowisza, Marsa, Wenus i Merkurego, a na koniec od samego Księżyca. I gdyby planety mogły śpiewać, a dźwięk mógł rozchodzić się w pustce, to dałoby się słyszeć potężną pieśń ciał niebieskich:


„Pomiędzy Bogiem a prawdą,

Przed morzem złoczyńców i królów,

Ukarzmy mu drogę jasną,

Cierpienia, szlachetnego bólu.

Pomiędzy biegiem tej rzeki,

Niepowstrzymanej siły sprzed wieków,

Dajmy mu siłę niemałą,

Niewzruszonego kamienia jej nurtu.”

 

Iskierka dotarła do Ziemi. I wkroczyła w ciało dziecka. A nad jego kołyską pochylało się trzech mężczyzn. Dla tej historii ważne jest wiedzieć o nich co następuje. Pradziad dziecka miał w sercu wbity cierń. Cierń ten urósł w trakcie bitewnych starć Pierwszej Wojny. Starał się go wyjąć, aby przerwać cierpienie, a nie mając co z nim zrobić wetknął go siłą w serca Dziada dziecka. Rana jednak nigdy się nie zagoiła. Dziad dziecka miał jeden cierń w podarunku od swego ojca, a także drugi, który urósł w jego sercu w trakcie bitewnych starć Drugiej Wojny. Aby przerwać swoje cierpienie, wyjął oba ciernie i nie wiedząc co z nimi zrobić, wbił je w serce Ojca dziecka. Rana jednak nigdy się nie zagoiła. Ojciec nosił w sercu ciernie Dziada i Pradziada, a także jeden, który urósł w jego sercu w czasach Komunizmu. Starając się przerwać swój ból, wyjął je, i choć bardzo nie chciał, to nie wiedząc co z nimi zrobić, wbił je w serce dziecka. Mimo to rana Ojca nigdy się nie zagoiła. Dziecko otrzymało trzy ciernie. Wkrótce wyrósł także czwarty cierń. Jego własny, czwarty cierń niezgody. Tak był, jest i będzie przekazywany grzech pierworodny. Z pokolenia na pokolenia. W każdej ziemskiej rodzinie.

Kiedy dziecko miało już dobrych kilka lat, a Dziad i Pradziad już dawno zostali wezwani przez ziemię do trumien, zapomniało już całkiem, że kiedyś było jasną Iskierką. Tego dnia pojechało z Ojcem kąpać się w wodzie, bo był to wyjątkowo upalny, letni dzień. Odczekało, aż zaśnie na plaży przy jeziorze. Ojciec zasypiał bowiem rzadko, bo z trzech ran w jego sercu wciąż sączyła się krew i ból. Kiedy nie mógł już wytrzymać cierpienia, okładał swoje dziecko z całej siły pięściami, żeby choć przez chwilę poczuć ulgę. Czasami był potem tak zmęczony, że opadał w sen. Wtedy chłopiec, bo było to dziecko płci męskiej, udał się na bardzo wysoki pomost. I skoczył w toń. Uderzenie głowy o powierzchnie wody odebrało mu świadomość. Najpierw zanurzył się w ciemności, a potem zobaczył urzekający tunel kojącego światła. Z tunelu wyłoniła się postać emanująca fioletową, kojącą poświatą. Była to anielica imieniem Imamiah.

- Chłopcze, to nie Twój czas. - rzekła czule tuląc do piersi jego głowę.

- Jestem już bardzo zmęczony. Zapomniałem już nawet, że byłem Iskierką - odparło dziecko płacząc.

- To tylko przygoda. Uwierz mi. Będziesz zadowolony kiedy dojdzie do swojego właściwego końca.

- Nie, chcę już wracać! Pomóż mi!

- Nie martw się za nadto. Wrócisz, ale nie teraz. Poradzisz sobie, a ja będę zawsze obok. Dam Ci coś na drogę.

- Co takiego?

- Czasu dość, by przytulić dziecię i miłości dość, aby złamać serce.

Chłopiec odzyskał przytomność na mieliźnie. Prąd wody musiał go w znany tylko sobie sposób przenieść w miejsce, gdzie poczuł pod nogami grunt. Trzęsąc się wyszedł z wody i opowiedział o tym co go spotkało Ojcu. „Nie wierzę Ci”, ten odparł.

***

Chłopiec dorósł i zwał się Głupcem. Wcześnie nosił różne imiona. Kiedyś zwali go Wisielcem, jeszcze zanim postanowił wyruszyć w podróż. Teraz szedł bardzo powoli drogą wśród pól. Była wiosna i wszystkie rośliny kwitły. Słońce dopiero zaczynało nieśmiało świtać i wciąż ukrywało się za horyzontem. Stanął na chwilę, by otrzeć z czoła pot. Wytarł go w pola czarnej marynarki. Splunął na drogę i spojrzał na swoje bose stopy oraz opuchnięte kostki, wokół których metalowymi obręczami przytwierdzone były grube łańcuchy. Spojrzał za siebie i jeszcze raz dokładnie przeliczył ciągnące się za nim na metalowych ogniwach trumny. Było ich jedenaście. Tak jak zawsze. Tkwiące teraz za nim w nierównym rzędzie o długości przynajmniej trzydziestu metrów i żłobiące w drodze koleiny. Z każdej z nich raz po raz dobiegało walenie pięściami, czasami groźby, a czasami miłosne zaklęcia. Ktokolwiek był zamknięty w trumnach, nie mógł się z nich wydobyć. Każda była zatrzaśnięta ogromną, zardzewiałą kłódką. Głupiec pomacał srebrny klucz wiszący na rzemyki u jego szyi, po czym spojrzał w przeciwnym kierunku na dalszą część polnej drogi. Od miejsca, w którym się rozwidlała, dzieliło go już ostatnie kilka metrów, które pokonał wytężając zmęczone mięśnie, tak jak jeszcze był w stanie.

- To tu - pomyślał - to musi być właśnie tutaj.

Podszedł do pierwszej trumny i zdjął klucz z szyi, po czym otworzył kłódkę. W środku leżała szczupła kobieta o ciemnych włosach i nienaturalnie powiększonych źrenicach. Na jej ręku spoczywał mały chłopiec, zaledwie niemowlę. Zaraz po otwarciu wieka, kobieta szybkim ruchem ręki wydrążyła paznokciami cztery krwawe ślady w policzku Głupca. Ten, niewytrącony z równowagi, natychmiast mocno chwycił jej nadgarstek.

- Nawet nie zaczynaj - rzekł do niej spokojnie.

- Nigdy go nie dostaniesz! Rozumiesz! Nigdy! - cichym i pełnym pasji wysokim głosem wycedziła przez zęby.

- Dobrze, zrozumiałem to już dawno. Dawno także przestałem cię nienawidzić. Zresztą chyba nigdy nie byłem w stanie. Mimo wszystko - odrzekł i wolną ręką pogłaskał niemowlę po głowie - Chyba masz tu coś czego potrzebuję...

Silnym ruchem odsunął kobietę na bok trumny i sięgnął w ciemność skrzyni. Po chwili wyciągnął zza jej pleców czarną gitarę. Korzystając z tego kobieta próbował pochwycić go za szyję. Głupiec szybkim ruchem zamknął wieko na jej ręce, łamiąc palce. Dało się słyszeć trzask kości i gniewny kobiecy krzyk. Głupiec dokładnie zamknął kłódkę.

- Do wesela się zagoi kochanie - rzekł sam do siebie - poza tym jesteś tylko konstruktem mojej wyobraźni.

Otarł krew z policzka i natychmiast dotarł do drugiej trumny. Ponownie otworzył kłódkę i spojrzał w opuchniętą i zmęczoną twarz starego mężczyzny.

- Cześć synku! - ten rzekł ten na powitanie.

- Cześć tato - odrzekł Głupiec.

- Przypilnowałem jej - Ojciec wręczył Głupcowi gitarową kostkę, którą ten schował do kieszeni marynarki - wiesz, nie wszystko poszło tak jak chciałem.

- Daj spokój, już dawno o tym zapomniałem. Poza tym, odkąd wyszedłem z oddziału, jest naprawdę dobrze - Głupiec uśmiechnął się wymuszenie - Będę miał coś na wymianę.

Sięgnął ręką w okolice splotu słonecznego. Trzymał ją tam chwilę, zmrużył oczy, po czym mocno szarpnął. Gdyby kiedykolwiek krzyczał przy Ojcu, teraz krzyczałby najgłośniej. Jednak powstrzymał się. Tak jak zawsze. Z jego piersi ciekła krew. Wprost na białą koszulę, którą krył pod czarną marynarką.

- Tato, wyciągnij rękę.

Ojciec płakał, jednak posłusznie wyciągnął dłoń.

- Raz, dwa, trzy, cztery - liczył Głupiec, kiedy każdy z cierni upadał z jego dłoni na dłoń Ojca - mam do Ciebie prośbę. Kiedy zobaczysz ogień, taki naprawdę duży i porządny ogień, to je tam wrzuć. Niech spłoną.

- Dobrze synku, tak zrobię. Wiedz jednak, że moje serce nigdy się nie zagoiło.

- Zobaczymy co będzie z moim, od czegoś muszę zacząć - Głupiec spojrzał na horyzont i pierwszą widoczną łunę, bijącą od wschodzącego słońca - Kocham cię tato, ale muszę już lecieć. Czas mnie nagli.

- Ja ciebie też kocham synku.

- Wiem - odpowiedział Głupiec, po czym zamknął trumnę na kłódkę.

Podszedł z gitarą do rozdroża i wyjął z kieszeni kostkę. Spojrzał na ptaki ćwierkające swoje miłosne poranne trele.

- Nic tu po was - powiedział, po czym zagrał pierwszy akord. 

Kiedy zagrał drugi akord, wszystkie ptaki uciekły. Kiedy zagrał trzeci akord pojawiły się czarne kruki, zwiastujące nieszczęście. Wziął głęboki oddech i z czwartym akordem zaczął grać melodię tak dojmującą smutną, że na drzewach zaczęły więdnąć świeże wiosenne pąki, a dopiero formujące się listowie czerniało i opadało na ziemię. Jeśli słońce miało ochotę tego dnia wzejść, to zatrzymało się, tak jakby czas przestał płynąć. Natomiast w oddali, gdzieś pomiędzy drogami, z których jedna wiodła na północ, a druga na południe, szła postać. Z początku jawiła się jedynie jako rozmyty cień, unoszący się nad ziemią w blasku unieruchomionej gwiazdy, potem widać było, że jest to mężczyzna ubrany w wytworny frak. Włosy miał zaczesane do tyłu, a oczy jego miały kocią naturę. Podszedł do Głupca na odległość dwóch kroków.

- Zawsze wolałem skrzypce - rzekł Jutrzenka do Głupca - Niccolò był niezrównany. 

- Ważne, że stara sztuczka wciąż działa - odpowiedział Głupiec.

- A no tak.

Jutrzenka pstryknął palcami i już po chwili siedział w wygodnym dębowym fotelu, pokrytym burgundowym atłasem.

- Pofatygowałem się. Tak jak czyniłem to zawsze - Jutrzenka znudzonym wzrokiem powiódł w kierunku swej dłoni, którą rozpostarł. W jej wnętrzu tkwiła kula światła, którą zaczął zwinnie obracać wokół swoich palców, jak prawdziwy cyrkowy sztukmistrz - Tak więc?

- Myślałem, że akurat ty wiesz czego ja mogę od ciebie chcieć?

Jutrzenka spojrzał przenikliwie na Głupca.

- Wiem i nie wiem. Widzisz, w przeciwieństwie do Bogini, wielbionej tutaj obecnie pod postacią mężczyzny, czasami, dla samej zabawy, rozkoszy rozgrywki, zapominam na chwilę, że wiem wszystko. Przypominam sobie co to znaczy być człowiekiem. I bawię się z wami przez chwilę w gry, których nie znam rezultatu.

- Czyli jesteś chodzącą odpowiedzią na tę starą zagadkę mojego Ojca? 

- Jeśli Bóg jest wszechmogący, to niech stworzy kamień, którego nie będzie wstanie unieść? Tak, to ja - Jutrzenka przeniósł wzrok z kuli światła, którą ponownie zamknął w swojej dłoni, na Głupca - Wiem, co możesz dać mi w zamian. Ty także to wiesz. Teraz powiedz mi czego pragniesz? Kobiet, władzy, pieniędzy?

- Czy wszystkie stare sztuczki wciąż działają?

- Tak jak zostało to ustalone na początku, żeby ani Ona, ani Ja, w przypływie litości dla was, nie zdmuchnęli z tego świata całego ludzkiego życia jednym oddechem. Przynajmniej zanim wszystko się nie dokona.

Głupiec wziął głęboki oddech. Upuścił swą gitarę na ziemię po czym sięgnął dłonią do kieszeni marynarki, jednocześnie wykonując piruet wokół własnej osi.

- Nie przyszedłem tutaj, żeby patrzeć jak tańczysz.

- Rozsypałem wokół ciebie sól. A teraz wykonam jeszcze jedną starą sztuczkę.

I jeśli Głupiec miał wciąż nagromadzony w okolicach splotu słonecznego ból, po wyrwaniu wszystkich cierni, to teraz dał mu upust, krzycząc prosto w twarz Jutrzenki:

Sancte Michael Archangele,
defende nos in praelio,
contra nequitiam et insidias diaboli esto praesidium.
Imperet illi Deus, supplices deprecamur: tuque,
Princeps militiae caelestis, Satanam aliosque spiritus
malignos, qui ad perditionem animarum pervagantur in mundo,
divina virtute, in infernum detrude. Amen.

Jutrzenka spojrzał na rozwierający się pod nim w kręgu soli ognisty dół. Następnie skierował wzrok na swojego rozmówcę.

- Nie dostałeś ode mnie nic, a już mnie odsyłasz?

- Nie, to ja mam coś dla ciebie.

Głupiec schylił się i z całej siły naparł na metalowe obręcze u swych stóp. Krzycząc donośnie rozerwał je, mocno kalecząc dłonie. Z rozwierającego wciąż dołu zaczął dobywać się dym i pierwsze liźnięcia ognia docierały do drewnianych nóg poniżej siedziska. Zanim Jutrzenka wraz fotelem zaczął się do niego osuwać, Głupiec jednym sprawnym ruchem obwiązał mu łańcuchy ciągnące się od trumien wokół szyi.

- I do czego wrócisz? Nikt na ciebie nie czeka - krzyczał wśród coraz większych płomieni Jutrzenka - teraz nie masz już nawet swoich zmarłych!

- Wracam do siebie. To ja czekam na siebie. I na innych. Stałem się tym, czego sam nigdy nie miałem.

Głupiec szybko odskoczył zanim jego trumny, ciągnące się w dół za niewidocznym już Jutrzenką, z łoskotem wpadły w otchłań. Otchłań ta musiała ciągnąć się pewnością aż do samego piekła. Kiedy wpadła ostatnia, szybko zaczął rozcierać stopami okrąg z wcześniej rozsypanej soli, tak aby zamknąć portal. 

- O cholera - powiedział sam do siebie - I co dalej?

Na tym kończył się jego plan.

***

Na widowni teatru przez chwilę można dostrzec ruch. To mężczyzna we fraku przez krótki moment masuje swoją szyję, pokrytą okrągłymi śladami po ogniwach łańcucha. Te jednak w jednej chwili znikają. Być może nie było ich tam nigdy. W tym samym fotelu siedzi także kobieta. I być może, jeśli jej twarz miałaby w sobie coś ludzkiego, można by było odczytać z jej ust zadowolenie.

- Pięknie to rozegrałeś. 

- Dziękuję. Niewiele było trzeba.

- A teraz przyjrzyjmy się komuś innemu.


KONIEC



Jacques de Chiffon 

"Głupiec"

powieść w dziewięciu rozdziałach 

napisane w latach 2016 - 2020




W rozdziale wykorzystano fragment wiersza autorstwa Terry'ego Pratchetta "These are the Things that Make a Man"

 

 



wtorek, 20 października 2020

Drzewa i kosmici.

Na zdjęciu jest akurat karkonoski las. Ale to nieistotne. Przeczytałem "Włoskie buty" Mankella i zapragnąłem, przykładem pary staruszków będących bohaterami tej książki, również gdzieś pojechać. Ktoś mnie kiedyś nauczył takiej sztuczki: "Jak nie masz do kogo jechać, to jedziesz do siebie". I tak też zrobiłem. W promieniach zachodzącego słońca oglądałem przez szybę samochodu piękne przydrożne drzewa, dziękując Bogu (lub też ewolucyjnemu zrządzeniu losu) za oczy, które w tej rzeczywistości tak wspaniale identyfikują informacje zawarte w fotonach (przemilczę moje okulary). Doszło do mnie, bo do tego nie trzeba być geniuszem, że drzewa również odczytują te informacje, ale w zgoła inny sposób. W końcu są uzależnione od światła. Przeczytałem też kiedyś, że sztuczne oświetlenie miast szkodzi roślinom, burząc ich naturalny cykl dnia i nocy. Skoro drzewa muszą tak istotnie inaczej postrzegać światło od nas, to gdyby w końcu pofatygowali się do nas kosmici i zaczęli słuchać naszej najpiękniejszej muzyki, oglądać nasze najwybitniejsze filmy i czytać nasze ponadczasowe książki, mogliby po prostu dostać od nas w prezencie niestrawialną dla nich papkę. Zrozumiałem nagle, że biorąc pod uwagę cały ogrom tego wszechświata, wszystko co tu tworzymy jest tak zaściankowe, jak tylko się da. Przeznaczone jedynie dla nas, ludzi. I jak bardzo jesteśmy od siebie uzależnieni. Od swoich słów, utworów, obrazów, czynów i uczuć. Na tej malutkiej, a jednak kipiącej od naszych przeciwstawnych emocji, planecie. Gdyby w końcu pofatygowali się do nas kosmici i starali się nam coś powiedzieć, to z pewnością pękłyby nam mózgi od ich kompletnie surrealistycznych dla nas przekazów. Pewnie dlatego dali sobie na wstrzymanie. Jeśli tak faktycznie jest, a zakładać można wszystko co się chce, to mimo wszystko wykazują się ogromną empatią. Bo poczulibyśmy się nagle, widząc ich zaawansowaną flotę statków kosmicznych do podróży międzygwiezdnych, bardzo mali, nieistotni i głupi. Część z nas by oszalała, część popełniła samobójstwo, część zaczęłaby się do nich modlić. No i może jeszcze byłaby taka garstka ludzi, którzy wzruszyliby ramionami, uznając, że nasze ludzkie emocje są równie wybitne i skomplikowane jak podróż tunelem czasoprzestrzennym. I nie do podrobienia w całym wszechświecie. 

No i że nie ma się co napinać.

niedziela, 11 października 2020

Sześć.


Błogosławieni głupcy, nie obnoszący się dumnie ze swą ignorancją,
I błogosławieni mędrcy, mający na uwadze nieustannie powiększające się pola własnej niewiedzy, przychodzące wraz z każdym poznaniem.

Błogosławieni strapieni, nie uciekający się ze swą opowieścią do obcych uszu,
I błogosławieni cisi, śpiewający swą pieśń zaledwie wśród ptaków.


Błogosławieni zgnębieni, stawiający wciąż z namaszczeniem najmniejsze swe kroki, nie znając nadal celu, ani przyczyny.
I błogosławieni przegrani, zachowujący spokój ducha wśród burzy.

wtorek, 29 września 2020

Dobranoc Kochanie.

Czytałem kiedyś taki artykuł o podłożu naukowym. Jego autor twierdził, że nasze ludzkie ciała mają przewidziany zegar biologiczny przynajmniej dwukrotnie dłuższy od obecnie osiąganej średniej długości życia. Pisał, że gdyby umieścić nas w idealnych laboratoryjnych warunkach, a więc zakładając na potrzeby eksperymentu umiarkowane warunki pogodowe, zbilansowaną dietę, odpowiednie ćwiczenia fizyczne, brak stresu, brak chorób, nałogów, tak więc przyjmując niedorzecznie idylliczne warunki życia, moglibyśmy dożyć przynajmniej 180 lat.


Gładzę dłoń bardzo starej kobiety, starając się uspokoić jej galopującą po resztkach mózgu demencję. Czekam aż wysika się na nocniku. Potem, kiedy po wszystkim kładę ją już do łóżka i delikatnie muskam dłonią jej skroń, to szepczę jej do ucha magiczne zaklęcia i czekam aż zaśnie. Myślę sobie wtedy, że w idealnym świecie dobijałaby teraz zaledwie do wieku średniego. Ja natomiast byłbym ledwie nastolatkiem. Niestety jest tak, że ta planeta od zawsze starała się nas zabić na miliony sposobów. A kiedy i to nie wystarczyło, i my sami wiedzieliśmy zawsze jak urozmaicić sobie nawzajem życie, wymyślając najbardziej okrutne metody. I to by było na tyle jeśli chodzi o warunki laboratoryjne. Tak więc stara kobieta umiera, a ja za kilka lat będę panem w średnim wieku.

Kiedy już śpi, to wymykam się do siebie. Robert śpiewa z głośników, że "jest noc w ogromnym domu". Błąkam się jeszcze chwilę po niezliczonej ilości pokoi, potem przebieram w piżamę i kładę się w moim wielkim łożu na samym skraju. Zawsze po tej samej stronie. Śpię na wznak. I zawsze budzę się w tej samej pozycji. Może ten bezruch to ćwiczenie leżenia w drewnianej skrzyni? Bo gdybym mógł, bez konsekwencji i nie robiąc nikomu przykrości, to wybrałbym tak, aby się już nie obudzić. Moja dusza ukołysałaby moje zmęczone ciało do snu, a potem odeszła. Gnany ciekawością i wyrwany z okowów fizyczności zgłębiałbym najdalsze zakamarki wszechświata i odwiedzał inne wymiary. Kiedy i to by mi się znudziło, a znudziłoby się na pewno, to poprosiłbym wszechświat, żeby rozpuścił moją duszę i świadomość w ogromnej światłości. Lub nicości. Cokolwiek by było do wyboru. Bo zakładam, że nic nie trwa wiecznie. Nawet śmierć. 

Gdybym mógł, to bym się ukołysał do snu. Przytulił sam siebie czule niczym dziecko i szepnął do ucha: "Dobranoc Kochanie". Może dlatego, że jestem już tak potwornie zmęczony. I czasami bezgranicznie smutny.

Ale to jeszcze nie ten czas.

I na pewno nie to miejsce.

środa, 26 sierpnia 2020

Tłumaczenia.

Nie mogę zebrać się do napisania ostatniego rozdziału. Czasami myślę, że już nie czuję tej całej historii, ale innym razem wiem, że to nieprawda. Jak palili Hioba to uroniłem nad nim łzę, bo zdążyłem się z nim zaprzyjaźnić. Czytanie jego Księgi przyprawiało mnie o zawroty głowy, wymagało nie lada skupienia. Wszak to dysputa o naturze filozoficznej, a dysputa ta trwa po dziś dzień i rozwiązana w moim mniemaniu nie została. Szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, że są dwa warianty tej Księgi. Jana natomiast odprowadziłem w dobre ręce Teresy i pożegnałem z czułością. Tyle czasu spędziłem na analizowaniu historii jego życia, pod kątem mojej opowieści i nie tylko, że nie sposób było mi go nie polubić. Czasami przez chwilę wydaję mi się, że mam wszystko, a co dotyczy trzeciej postaci, mianowicie Głupca, już prawie poukładane w słowa. I spłynie na papier ot tak, w dwa wieczory. Może jest tak, że boję się tego momentu: ostaniej kropki ostatniego już rozdziału. Bo sklamruje on pewien niebanalny okres mojego życia. Zły i dobry. Na pewno zaszły. I będę musiał go wypuścić z rąk i ewentualnie pisać coś innego.

Tymczasem patrzę błądzącym po półkach wzrokiem, zastanawiając się, gdzie podziewają się moje „Księgi Jakubowe”. Były pięknie wydane. Ale już ich tu nie ma. Kiedy to stwierdzam, to przez chwilę jest mi smutno. Potem szybko jednak dochodzę do wniosku, że moje książki to Marynarze, co za każdym razem przybijają do nowego portu. I dobrze mi z tym, bo wiem, że nie zbierają kurzu na półce, a to przecież niedorzeczne zaprzeczenie samej funkcji literatury. Zamiast tego cieszą wciąż nowe oczy i wyobraźnie. Tymczasem czytam, że Janina wraz z Dyziem pewnej nocy, w zasypanej śniegiem Kotlinie Kłodzkiej, wzięli się za tłumaczenia Williama Blake’a. Przypatrując się ich nieumiejętnym próbom przekładu na język polski sensu i rytmiki oryginałów jego wierszy, dochodzę do tych samych wniosków co oni: poezji absolutnie nie da się tłumaczyć, nie niszcząc jej całej, często misternej, gracji. Siedziałem przez jakiś czas nad wierszem Eddiego. Może robiłem to od dwóch miesięcy, traktując jako swoistą łamigłówkę terapeutyczną, w wolnych chwilach w pracy. Mam do tego człowieka słabość. Czasami oglądam filmy, jak przeszło dwadzieścia lat temu wspinał się podczas koncertów na wszelkie rusztowania sceniczne, często na wysokość wielu pięter. I jakimś cudem, przecząc prawu grawitacji, nigdy się nie zabił.

Eddie
„Niech będzie chwała i cześć”


Czy starczy tutaj dla nas obojga miejsca? Na ten czas kiedy nie będziemy już razem? Bo mam wrażenie, że wiąże nas już tylko wątła nić zobowiązań. Czy to wszystko Królowo na co Cię stać? Dostaję od Ciebie zwitek słów, który staram się rozsupłać. Ale ja nie chcę już analizować. Ja chcę to czuć! A właściwie to jak się czuję? Czy wiesz? Bo jeśli jestem tym, na którego Bogu starczyło jeszcze trochę materiału, kiedy już Cię uszył, to przepraszam, ale nigdy nie będę dość... Po prostu wstaw tu przymiotnik jaki chcesz.

Czasami fantazjuję jak kochałbym Cię do samego końca i jeszcze poza czas. Ale w końcu przytomnieje i widzę, że dawno już poszłaś, o gdzieś tam. Czy nie szliśmy w tym samym kierunku zanim się zdrzemnąłem? A czy teraz mogę jeszcze z Tobą iść? Wiem, z trudem dotrzymuje Ci kroku, ale ciągnę za sobą masę zaszłych spraw. Czy doceniasz mój wysiłek? Wszak tępie sobie zęby na tych łańcuchach z lat.

Biegnąc z Tobą w wyścigu, którego nie sposób mi wygrać, w końcu zdaję sobie z tego sprawę: Jestem zaledwie niczym książę Filip i mogę być tylko tak dobry jak mi na to zezwolisz. Ale czy w takim razie jest w Tobie dość kobiety, na to aby mną rozporządzać? I czy zabandażujesz na drogę razem nasze poranione ręce? Abym Ci się nie zgubił?

Niech będzie chwała, i cześć, i uwielbienie,
Chwała i cześć Zakochanym!

No cóż, już starczy. 
Wygrałaś.
Bądź pozdrowiona.
Pa.

piątek, 14 sierpnia 2020

Proste rachuby.

 


Zobacz maleńka co mam,
Gotowy cały piękny plan. 
Dwa bilety w jedną stronę na księżyc,
Bez grzybicy stóp i bez miażdżyc. 
Bez jaskry i podłej cukrzycy, 
Wyjazd już rano z tej smutku stolicy. 
Z naszego domu to znaczy,
Co przypomina melinę zbieraczy.
No co powiesz? Wszak masz miejsce przy okienku!
Wszystko to Ci dam, po sześćdziesięciu latach ożenku.


A kto nas zawiezie na lotnisko? 
Tutaj widzę jedynie bagnisko!


Nasz wnuk, ten o... brunet, wysoki jakiś!
Zwał się, hmm... Nie pamietam imienia i nie wiem kto taki.
Kim był i skąd przyszedł?
Na pewno był nam coś winien.
Jeszcze nie wyszedł?


A powinien.

niedziela, 2 sierpnia 2020

Trzynasty krok w chmurach.

I to także krok. Kadr z filmu "Eneasz".

Na pierwszym mityngu byłem jako dwudziestokilkuletni chłopak. Teraz bliżej mi do czterdziestki i widzę, że zrealizowanie Dwunastu Kroków zajęło mi prawie połowę życia. Nie byłem w stanie zadośćuczynić wszystkim wyrządzonych krzywd, nawet jeśli od dawna nie miały one już nic wspólnego z alkoholem, którego od tych dobrych paru lat nie ma w moim życiu. Ale postarałem się jak mogłem wynagrodzić wszystko światu. Myślę, że w zadośćuczynieniu poszedłem w hurt. Co tydzień karmiłem i ubierałem dziesiątki ubogich i bezdomnych. Alkoholików i wariatów oraz tych, którym naprawdę życie wiało w twarz, bez widocznego powodu. Przeprosiłem ich wszystkich za tych, których przeprosić nie mogłem. Aż w końcu najadłem się tym wszystkim do syta i odszedłem od stołu. Ale to zupełnie inna historia. I nie piszę o tym wszystkim, bo obrosłem w piórka. Piszę o tym, bo coś się dopełniło. I wypaliło także.

Mój, choć zaledwie osobisty, trzynasty krok brzmi: „Szaleństwem jest robić wciąż to samo i spodziewać się różnych rezultatów”.

Trzeba więc iść dalej i robić nowe rzeczy, albo stare w nowy sposób, lub starać się kolejne kroki chociaż korygować. Więc na koniec przeprosiłem siebie samego i postanowiłem wykonać ten nie pierwszy, a ostatni, trzynasty krok, w chmurach. Bo bardzo lubię pana Hłaskę, to mój kolega od lat.

Na małym lotnisku nieopodal Kazimierza Biskupiego moje romantyczne wyobrażenia na temat skoku spadochronowego legły natychmiast w gruzach. Kiedyś czytałem wywiad z Beksińskim, z którego zapamiętałem jedną wypowiedź: „Kiedy mam jechać windą pełną ludzi, zawsze idę schodami, choćby było nie wiem ile pięter”. Zapamiętałem, bo zawsze wybieram tak samo. Lotnisko pełne było ludzi. Niewielu z nich miało skoczyć ze spadochronem, ale Ci którzy skakali przyjechali z rodzinami, które wiwatowały na ich cześć. Były nawet transparenty mające dodawać otuchy. Były żony, które wykupiły skok swoim mężom i okazywanie czułości, no i oczywiście masa bachorów plączących się pod nogami. I tylko ja sam w tym tłumie, oczekujący na swojego instruktora wśród radosnych rozmów o niczym, niczym na wybawienia. Tak, mam z tym problem od zawsze.

„Na pewno nie chce pan filmu ze skoku?”
„Na pewno. Nigdy go pewnie nie obejrzę. Ale wszystko dobrze zapamiętam."

Na lotnisku był także znany, młody, przystojny aktor. Kojarzyłem go z seriali. Niski zawiadowca lotów, o potężnej muskulaturze rekompensującej wzrost, krzątał się obok niego, starając sobie zaskarbić jego sympatię. Przez chwilę myślałem, że nie wytrzymam tej nieludzkiej tortury przebywania wśród ludzi, ale uratował mnie Jarek. Mój instruktor. I dziękowałem za niego Bogu, bo był wyważonym facetem, od którego bił wewnętrzny spokój i od początku wiedziałem, że niechciałbym skakać za żadne skarby z nikim innym na całym świecie.

Władowaliśmy się szczelnie do awionetki, tak szczelnie, że z trudem się mieściliśmy. Ale teraz przestało mi już to przeszkadzać w jakikolwiek sposób, bo zaczęliśmy się w końcu, a więc po godzinie oczekiwania, unosić nad ziemię. Z każdym kilometrem wzwyż byłem coraz bardziej spokojny. Nikt mi już nie przeszkadzał. Wiedziałem, że w każdej chwili wszyscy możemy zginąć i od tej myśli napawał mnie głęboki spokój. Bo czasami nie ma się już co napinać, nawet jeśli się jest takim pseudo-mizantropem jak ja. Przypatrywałem się swoim myślom i zastanawiałem się chwilę kim jestem. Na czterech tysiącach metrów przyszła moja kolej. Więc po prostu skoczyłem. I dlatego, że brakuje mi obecnie jakichkolwiek słów by to opisać, jakichkolwiek porównań (jedyne znajduję w marzeniach sennych, a i te są przecież bardzo abstrakcyjne), przytoczę tu utwór Maxa Ehrmana „Desiderata”, z 1927 roku.

Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu - pamiętaj jaki pokój może być w ciszy. Tak dalece jak to możliwe nie wyrzekając się siebie, bądź w dobrych stosunkach z innymi ludźmi. Prawdę swą głoś spokojnie i jasno, słuchaj też tego co mówią inni, nawet głupcy i ignoranci, oni też mają swoją opowieść. Jeśli porównujesz się z innymi możesz stać się próżny lub zgorzkniały, albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od ciebie.

Ciesz się zarówno swymi osiągnięciami jak i planami. Wykonuj z sercem swą pracę, jakakolwiek by była skromna. Jest ona trwałą wartością w zmiennych kolejach losu. Zachowaj ostrożność w swych przedsięwzięciach - świat bowiem pełen jest oszustwa. Lecz niech ci to nie przesłania prawdziwej cnoty, wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie pełne jest heroizmu.

Bądź sobą, a zwłaszcza nie zwalczaj uczuć: nie bądź cyniczny wobec miłości, albowiem w obliczu wszelkiej oschłości i rozczarowań jest ona wieczna jak trawa. Przyjmuj pogodnie to co lata niosą, bez goryczy wyrzekając się przymiotów młodości. Rozwijaj siłę ducha by w nagłym nieszczęściu mogła być tarczą dla ciebie. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.

Jesteś dzieckiem wszechświata, nie mniej niż gwiazdy i drzewa, masz prawo być tutaj i czy jest to dla ciebie jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki jaki być powinien.

Tak więc bądź w pokoju z Bogiem, cokolwiek myślisz i czymkolwiek się zajmujesz i jakiekolwiek są twe pragnienia: w zgiełku ulicznym, zamęcie życia, zachowaj pokój ze swą duszą. Z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwianymi marzeniami ciągle jeszcze ten świat jest piękny. Bądź uważny, staraj się być szczęśliwy.

I to koniec. Wiem, że nie jestem doskonały i wiem, że nigdy nie będę. Przepraszam was wszystkich, którzy przekroczyliście moją ścieżkę bardzo szczerze. Wiedzcie, że zawsze będę starał się być trochę lepszy. I to też jest coś. Prawda? I lubię już trochę siebie samego. Nawet jak jestem w tłumie ludzi i nie wiem jak się zachować i czuję się jak ostatnia fajtłapa. Bo nie umiem być taki fajny i radosny jak inni. Ale byłem radosny w chmurach i nadal się tak czuję.