środa, 6 marca 2019

Rozdział siódmy: Popielec

Ustał ból. Po tym jak chłód przeszył całe jego ciało. I nastała cisza. Cisza, która przeszywała bezmiar ciemności.

I był spokój. Schronienie. Dom. 
A wszyscy byli bezpieczni, bo nikt nigdy nie mógł umrzeć. 
Nikt nigdy nikomu nie był w stanie wyrządzić szkody. Nie w naszym ludzkim rozumieniu.

W ciszy nie odnalazł swoich dłoni, stóp, nosa ani oczu. I cieszył się, bowiem te zdawałyby się go jedynie ograniczać w niezmierzonej pustce. Z ciszy narodził się dźwięk. To mewa. To szum fali. I to także wiatr. Był w tym narastającym dźwięku także głos ludzki. Rozmowa. Powoli, powolutku, z małego punktu rozszerzyło się na całą jego świadomość światło. W świetle zaś były kształty. Morze, ptactwo nurkujące w poszukiwaniu ryb nad niespokojną wodą, klif, plaża, pochmurne niebo. Na plaży zaś trójka ludzi. Już to Bildad dokładał drzewca do stosu, Elifaz podkładał ogień pod całość, zaś Sofara jedynie stała przypatrując się temu i roniąc pojedynczą łzę. Zaś on. On leżał na stosie. Stary, umartwiony, pochłonięty przez chorobę. W strupach, w ranach. Oczy jego były zastygłe i wpatrzone w niebo w ostatnim akcie niezrozumienia. Nie żył.

Hiob podbiegł do przyjaciół i zaczął wesoło pokrzykiwać do Sofary: "Wszak to ja! Ja żyję, spójrz tylko". Jego nawoływanie pozostało jednak niezauważone, Sofara patrzała przez niego na wskroś niczym przez powietrze. "Bildadzie, Elifazie! Ten na stosie to nie ja! Ja ozdrowiałem, nic mi nie dolega! Jahwe mnie ocalił!". 

Stos jednak po prostu zapłonął. Najpierw małym ogniem, potem większym. W końcu ciemny dym wzbił się w niebiosa, a jeśli trójka przyjaciół mrużyła oczy i patrzyła w ogień, widziała już płonący szkielet swojego zmarłego kompana. I Hiob nie mógł nic na to poradzić. Stanął po drugiej stronie ognia i przyglądał się z niedowierzaniem jak stoją w ciszy, opłakując jego odejście.
  • Czy jesteś już gotowy?
Hiob po swojej prawej stronie ujrzał postać emitującą delikatne fioletowe światło. Nie był stanie jednak odczytać jej kształtu czy twarzy, obojętnie jak bardzo skupiłby wzrok. 
  • Kim jesteś? Czy to ty Jahwe?
  • Bardzo mi schlebiasz, ale to nie ja. Ale Ona też jest. Jest wszędzie, więc możemy przyjąć, że także tutaj. I przejawia się we mnie, ale przecież także i w tobie.
  • Nie rozumiem, ja nic nie rozumiem!
  • Przedstawię się. Jestem Imamiah. Wysłannik od tej, o którą pytasz.
  • Jesteś więc aniołem, tak?
  • Możemy się tak umówić, jeśli ci to odpowiada.
Wpatrywali się dłuższą chwilę w ogień. Hiob, a obok niego Imamiah. Po drugiej stronie stosu jego przyjaciele rozpoczęli dysputę, nie mógł jednak usłyszeć ani słowa przez buzujący ogień pochłaniający jego doczesne szczątki. W końcu zebrał się w sobie i podjął dalszą rozmowę z aniołem.
  • Gotowy na co?
  • Żeby iść dalej. Tutaj coś się już dokonało. Wyczerpało. W sensie dosłownym wypaliło, choć trwać będzie. Ale nie tak jak to rozumiesz.
  • Gdzie mam iść? Czy niebiosa mnie przyjmą? Czy spotkam moje zmarłe dzieci?
Imamiah wejrzała głęboko w niego.
  • Tak. Jest to jedna z opcji. Mogę zabrać cię Hiobie na zielone łąki, które bezpiecznie przemierza cała twa trzoda, której doglądają twoi poddani, zawsze zadowoleni z takiej pracy. Żyją tam twoje dzieci w zdrowiu, a żona wiernie trwa przy twoim boku.
  • Ale wszak ma żona Iustusa żyje jeszcze! - wykrzyczał gniewnie Hiob - Uszła ode mnie zacząć nowe życie!
  • Tak to prawda. - Imamiah przemawiała tonem wzbudzającym zaufanie - Nie zmienia to jednak mojej propozycji. Mogę zabrać cię do miejsca, gdzie nadal trwa przy twoim boku i nigdy nie opuściła.
  • Ale to nie będzie ona!
  • Będzie i nie będzie. To będzie na pewno twoje wyobrażenie raju. Możemy tam się udać. Moja podpowiedź jest jednak następująca. Nie wytrzymasz tam zbyt długo. Znudzisz się.
  • Jak to?
  • Taka już natura duszy. Szczególnie odważnej jak twoja. Podróżuje. Sprawdza się. Jest wiele rzeczy do odkrycia.
Hiob skonfundowany starał uporządkować swoje myśli.
  • Na co tutaj byłem? Na co to wszystko było? Dlaczego wszystko utraciłem? Dlaczego mnie tak srogo pokaraliście?! Odpowiedz!
  • Och... a więc może to moja wina? - Imamiah przekornie się uśmiechnęła, choć nie sposób było tego dojrzeć.
  • Wszak nie moja!
  • Przypomnij sobie - Imamiah ujęła go za głowę, lub przynajmniej za coś co było już jedynie jakąś manifestacją energii jego zmarłego ciała - cofnij się myślami. Twój ojciec pokazuje ci sztuczkę o znikającym pyłku. Potem cofnij się jeszcze o siedem lat szczęśliwego dzieciństwa. Wejdź z powrotem w łono twej matki, cofnij się do poczęcia, przekrocz ten czas. Co widzisz?

*** 

Do ciemnego gabinetu pełnego półek sięgających rozgwieżdżonego firmamentu, wtargnęło roześmiane światełko. Niczym motyl przelatywało pośród rozłożonych tam ksiąg rzucając ich cień i rozświetlając także twarz Bogini, która siedziała na swym fotelu wyściełanym atłasem o burgundowym kolorze. Światełko przycupnęło na dębowym stole zrzucając na wysoką trawę kilka pergaminów.
  • Witaj duszyczko - przemówiła Bogini.
  • Och witaj Pani! Proszę, pomóż mi!
  • Czy coś cię martwi?
  • Tak. Chcę wiedzieć kim jestem!
  • Naprawdę nie wiesz? - Bogini udawała zdziwienie - Jesteś światłem pośród mroku, miłością, odwagą, poświęceniem. Radością.
  • Ja nie rozumiem - w zakłopotaniu przemówiła duszyczka.
Bogini ujęła światełko czule w swe blade dłonie.
  • Czy chcesz zobaczyć czym jesteś?
  • Tak, proszę.
  • Niech więc będzie.
I Bogini odesłała duszę w najgorsze mroki. Tam gdzie biegnie dolina śmierci. W otchłań nieskończoną. Na ziemię.

***
  • Czy już pamiętasz? - spytała Hioba Imamiah.
  • Tak.
  • A co twojej historii... nie martw się tym. Tylko na nich spójrz.
Hiob spojrzał przez ogień i zobaczył trójkę swoich przyjaciół naradzających się.
  • Właśnie podejmują decyzję. Każdy z nich wróci do siebie. Elifaz do Temanu, Bildad do Szuach, a Sofara do Naamy. Wrócą do swoich ludzi. I opowiadać będą o tym co tutaj zaszło.
  • Marna to pociecha będzie dla ich rodzin, przyjaciół - rzekł zasmucony Hiob.
  • Opowiedzą, że Hiob pozostał wierny Jahwe przy najgorszej próbie, a ten go uratował od trądu. Że żona Iustusa trwała przy nim cały czas wiernie, a dzieci cieszyły się zdrowiem. Cała zaś wasza rodzina wyruszyła z ziemi Us, szukać nowego domu i nowej trzody. I będą mówili to z takim przekonaniem, że nie znajdzie się nikt kto podważy ich słowo.
  • Ale po co? Dlaczego mieliby kłamać?
  • Uhonorują w ten sposób pamięć swojego drogiego przyjaciela. Sprawiedliwego i mądrego Hioba. I dlatego, że historia lubi się powtarzać, a ty przetarłeś ścieżkę dla innych dusz, które będą szukać swojej tożsamości. Będą słyszeć o tobie w przekazywanym słowie, będą o tobie czytać historie. I będzie im łatwiej przejść przez wszystkie próby, które sobie tylko wybiorą. Będziesz ich drogowskazem i nadzieją na ocalenie. 
  • Tak po prostu?
  • A to źle?
  • No nie, wcale nie źle.
  • Nawet dobrze?
  • Tak, nawet dobrze. To dobry koniec dla mojej historii.
W międzyczasie trójka przyjaciół Hioba zaczęła pakować swoje rzeczy szykując się do drogi. Nie było końca uściskom, łzom i miłym słowom na pożegnanie. Imamiah zaś spojrzał na Hioba.
  • I na nas też czas.
  • Dobrze, ale dokąd? - spojrzał na nią pytająco Hiob.
  • A dokąd chcesz?
  • Wiesz... potrzebuję trochę wolnego od tego tutaj. Przynajmniej na jakiś czas.
  • W takim razie zmienimy gęstość. Myślę, że ta w Poczekalni będzie w sam raz.
  • W Poczekalni?
I zniknęli. Zaś stos drewna i ciało Hioba dopaliły się w końcu, aż został jedynie popiół. To co zostało zabrał wiatr i porwało morze.

A reszta pozostała słowem.

William Blake "Pan odpowiada Hiobowi z wichru"